Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BOHATEROWIE WIARY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BOHATEROWIE WIARY. Pokaż wszystkie posty

24 lipca 2017

Święta Kinga – patronka na obecny moment



Króluj nam Chryste!
- zawsze i wszędzie.


W ostatnich dziesięcioleciach wiele osób głosi, iż należy w Kościele katolickim dowartościować „świeckich”, wielu powołuje się na nauczanie Soboru Watykańskiego II o powszechnym powołaniu do świętości, Dekret o Apostolstwie Świeckich, adhortację św. Jana Pawła II Christifideles Laici, mówi o „domowym kościele”, doniosłej roli rodziny i zakorzenieniu jej życia w Ewangelii, o „powszechnym kapłaństwie”, o budowaniu życia społecznego na Chrystusie i Jego nauce. (Przy okazji: „wierni świeccy” to niebiblijne określenie, w Nowym Testamencie „świeccy”, czyli „ludzie ze świata” to niewierzący, a „duchowni” to ludzie duchowi, prawdziwie wierzący, a nie sami „prezbiterzy”).


Święta Kinga

Gdy jednak przychodzi do konkretów, to okazuje się, że w obecnej polskiej rzeczywistości „świeccy”, zwłaszcza kobiety, to mogą co najwyżej podlewać kwiatki w kościele. Owszem mają głos, pod warunkiem, że mówią dokładnie to, co chce hierarchia. Gdy tylko ośmielą się mieć jakieś inne postulaty, np. pełna Intronizacja Chrystusa Króla Polski, to stają się „sektą”, stawiają „poza kościołem”. Jeszcze gorzej jest na zachodzie Europy. Tam „świeccy” odgrywają sporą rolę, z braku księży, ale „głos świeckich” jest wysłuchiwany wtedy, gdy zmierza do zniszczenia tradycyjnego nauczania i praktyki. Gdy jacyś wierni chcą powrotu do form tradycyjnych, np. celebracji versus Deum, Komunii na klęcząco, wtedy już głosu nie mają, ale muszą być „posłuszni”. Zresztą w Polsce to również od dawna ma miejsce. Można by mnożyć przykłady, ale nie o tym chcę dziś pisać.

Z drugiej strony uderza nas potężna fala dążąca do wyeliminowania chrześcijaństwa, wiary katolickiej i zgodnych z nią zasad cywilizacji łacińskiej, zarówno z życia publicznego, jak rodzinnego i prywatnego. Ulegając temu, nawet tak wielu hierarchów wycofuje się z głoszenia społecznego panowania Jezusa Chrystusa, na rzecz akceptowania „demokracji”, „wolności religijnej” i „pluralizmu”, domagając się tylko „poszanowania godności człowieka” i co najwyżej respektowania „wartości chrześcijańskich”. Gdy w ostatnich dniach wzmaga się hybrydowa wojna mocy ciemności przeciwko Polsce, nie słychać od nich jednoznacznego potępienia prowokatorów i ich bezmyślnych rezonatorów.

Absolutnym novum w tej niszczącej fali jest od paru lat udział części najwyższych hierarchów w Europie, zwłaszcza z Niemiec, w ataku na katolickie małżeństwo, na jego nierozerwalność, na wartość wierności małżeńskiej, czystości, wstrzemięźliwości i świętości. „Małżeństwo niech będzie we czci pod każdym względem i łoże nieskalane, gdyż rozpustników i cudzołożników osądzi Bóg” - nakazuje Słowo Boże (Hbr 13, 4).

Inna sprawa, że tradycyjne nauczanie chrześcijańskie na temat pożycia małżeńskiego jest już praktycznie zapomniane, a jego miejsce zajmują zwodnicze poglądy własne grasantów, typu o. Ksawery Knotz w Polsce. Jest to skutek zaniku w kościele posoborowym nauczania o duszy ludzkiej (według „nowej teologii” dusza to wymysł filozofii greckiej o czym pisałem w tekstach o duszewności), o powiązaniu ciała z duchową rzeczywistością. Ostatnimi czasy w Polsce nawet oficjalnie w Kościele zwalcza się ważne prawdy o rozmaitych ranach duszy i chrześcijańskich sposobach uzdrowienia z nich.

Cielesność, materialność, doczesność, horyzontalność myślenia opanowuje różne środowiska kościelne i wyraża się w wielu aspektach (nawet „obrońcy Tradycji katolickiej” zdają się bardziej dbać o rzeczy zewnętrzne, typu koronki, stroje, obrusy, mantylki i perfekcyjność gestów ministrantów, niż o znajomość, a przede wszystkim wzrastanie w tradycyjnej katolickiej duchowości). Przy takich „obrońcach” Kościołowi katolickiemu grozi kapitulacja przed cielesnością i zmysłowością. Lekarstwem na pożądliwość i rozwiązłość ma być jej akceptacja.

Marcin Luter, którego ostatnio jakiś niemiecki hierarcha podał katolikom za wzór do naśladowania, tak radził zwalczać pokusy nieumiarkowania, gniewu i nieczystości:
„Szatańskie myśli zwalczać szatańskimi myślami. Trzeba częściej zaglądać do dzbana, śmiać się i bawić, na złość diabłu grzech jakiś popełnić, przedstawić sobie postać nadobnej dziewczyny, unieść się gwałtownym porywem gniewu”.

Dzisiaj duch, który przez niego przemawiał, mówi ustami niektórych katolickich hierarchów:
„plagę rozwodów powstrzymamy przez ich akceptację; węzeł małżeński obronimy przyspieszając procedurę jego unieważnienia”.

W tym kontekście doniosłe znaczenie mają kanonizacje osób „świeckich”, dokonane przez św. Jana Pawła II, także podczas pielgrzymek do Polski. Przedstawił nam bowiem, jako godne czci i naśladowania, m. in. królową Jadwigę i księżnę Kingę. Przeważnie beatyfikacje i kanonizacje dotyczą osób z czasów współczesnych, których życie związane jest z otaczającą nas, lub poprzednią, żywą jeszcze w pamięci rzeczywistością, której często były one ofiarami. Tymczasem w epoce totalnej demokracji, kultu pseudo-nowoczesności, konsumpcjonizmu, zmysłowości i cielesności, papież wyciągnął „z mroków średniowiecza” św. Kingę, którą dziś (24 lipca) w Kościele wspominamy.

Szok. „Weszliśmy do Europy”, a naszym wzorem nie ma być słynna piosenkarka, czy aktor? Ale święta Kinga? Jedyne co wielu współczesnych, także katolików, raczy u niej zrozumieć, to fakt, że „dbała o biednych i wykluczonych”. Ale te długie modlitwy, biczowanie, posty, chodzenie boso i inne umartwienia, to zupełnie „nie w duchu soboru”. A jeszcze to życie w małżeństwie z księciem Bolesławem Wstydliwym we wstrzemięźliwości. Bez sensu! Co na to redakcje czasopism „dla mężczyzn”, „dla kobiet” i „dla młodzieży”? A gdzie „radość miłości”? Nawet sztandarowy „obrońca katolicyzmu” Tomasz P. Terlikowski, pannie która pytała na forum Frondy o możliwość i plany życia w białym małżeństwie z przyszłym mężem, poradził aby udała się do seksuologa, skoro ma jakieś zahamowania (sic!!!).


Pierścień w soli św. Kingi

Albo po co księżna Kinga zakładała polskie kopalnie soli (do tego państwowe! - a fe, co za pisowski socjalizm!). Czy nie prościej było sprowadzać sól z sąsiednich Węgier? Albo z dalekich Chin? A na koniec jeszcze, zamiast zapewnić sobie godziwą i przyjemną emeryturę, ona oddała majątek i wstąpiła do klasztoru. Może i dobrze, tam jest jej miejsce. Ale żeby tacy mieli nami rządzić? Tacy, jak święci władcy: Ludwik, Stefan, Edward, Wacław, Jadwiga Śląska, Jadwiga Królowa, czy wreszcie Kinga oraz jej siostry Małgorzata i Jolenta, ciotka Elżbieta i stryjna Salomea? Tacy władcy, którzy wiernie wypełnili polecenie, jakie wygłaszał do przyszłej głowy państwa biskup podczas obrzędu koronacyjnego:

„Skoro dzisiaj, najlepszy monarcho, z rąk naszych, którzy (jakkolwiek niegodni) w tej mierze zastępujemy Chrystusa Zbawiciela naszego, masz przyjąć święte namaszczenie i oznaki królewskie, wypada, abyśmy cię wprzód o ciężarze, do któregoś przeznaczony, upomnieli. Królewską dziś przyjmujesz godność i trud rządzenia wiernym ludem tobie powierzonym bierzesz. Wspaniałe zaiste między śmiertelnymi miejsce, lecz pełne trosk, niebezpieczeństw i pracy. Lecz jeżeli wspomnisz, że wszelka władza jest od Pana Boga, przez którego i królowie królują i prawodawcy co jest sprawiedliwe orzekają, i że ty także za lud tobie powierzony samemu Bogu zdasz liczbę; naprzód zachowasz pobożność, Pana Boga twego całym umysłem i sercem czystym czcić będziesz; religię chrześcijańską, wiarę katolicką, którą od urodzenia wyznajesz, do końca nienaruszoną zachowasz i jej przeciw wszystkim przeciwnikom z całych sił bronić będziesz. Przełożonym kościelnym i innym kapłanom należny szacunek będziesz oddawał. Wolności kościoła nie zdepczesz. Sprawiedliwość, bez której żadne społeczeństwo długo istnieć nie może, względem wszystkich niewzruszenie będziesz wymierzał, dobrym oddając nagrody a złym kary. Wdowy, sieroty, ubogich i ułomnych od wszelkiego ucisku będziesz bronił. Dla wszystkich udających się do ciebie będziesz się okazywał łaskawym, względnym i przystępnym stosownie do królewskiej godności twojej. I tak będziesz postępował, aby się okazało, że nie dla swego, lecz dla całego narodu pożytku królujesz. Co niech ci raczy udzielić Ten który żyje i króluje, Bóg na wieki wieków. Amen“.

04 lipca 2016

Obrazoburstwo - przejaw ducha antychrysta


Króluj nam Chryste!

Biblia naucza o tym, jak Pan Bóg nakazał Mojżeszowi: Dwa też cheruby wykujesz ze złota. Uczynisz zaś je na obu krańcach przebłagalni. Cheruby będą miały skrzydła rozpostarte ku górze i zakrywać będą swymi skrzydłami przebłagalnię, twarze zaś będą miały zwrócone jeden ku drugiemu i ku przebłagalni będą zwrócone twarze cherubów. Tam będę się spotykał z tobą i sponad przebłagalni i z pośród cherubów, które są ponad Arką Świadectwa, będę z tobą rozmawiał (Wj 25, 18. 20. 22).

Arka Przymierza z figurami cherubinów (replika)

Oraz w innym miejscu: Wtedy rzekł Pan do Mojżesza: Sporządź węża i umieść go na wysokim palu; wtedy każdy ukąszony, jeśli tylko spojrzy na niego, zostanie przy życiu (Lb 21, 8). W świątyni Salomona znajdowały się, wykonane z brązu: jabłka granatu, kwiaty, lwy, woły i cheruby (zob. Krl 7, 13, 40). Wizerunki cherubów o twarzy ludzkiej i lwa widział też prorok Ezechiel w przyszłej świątyni (zob. Ez 41, 17-20).

Ale przecież ten sam Jedyny Bóg, nieco wcześniej, nakazał w rozwinięciu Pierwszego Przykazania Dekalogu: Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią! (Wj 20, 4). Na to powołuje się część protestantów, zarzucając Kościołowi katolickiemu grzech odrzucenia tych słów.

Jeżeliby przyjąć je jako odrębne przykazanie, wyabstrahowane z kontekstu Pierwszego, to grzechem byłoby wykonanie jakiegokolwiek obrazu, fotografii, czy filmu, przedstawianie czegokolwiek. Wówczas jedynymi sprawiedliwymi na ziemi byliby islamscy ekstremiści. Chociaż i oni, niszczący wszystkie wizerunki, zakazujący fotografii, muzyki, radia i telewizji, nie mają zahamowań w filmowaniu samych siebie i umieszczaniu tego w internecie, tak jakby literalnie rozumiany przez nich zakaz czynienia wizerunku jakiegokolwiek stworzenia, tylko ich własnych postaci nie dotyczył.

Nie o to jednak chodzi, Pan Bóg wyraźnie precyzuje, dodając: Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył, bo ja Pan, Bóg twój, jestem Bogiem zazdrosnym (Wj 20, 5). Określenia „kłaniać się” i „służyć” oznaczają w Biblii cześć należną Bogu (zob. Łk 4, 5-8), bo przecież wolno zwyczajnie kłaniać się i służyć drugiemu człowiekowi. Nie można więc czcić fałszywych bogów, ich wizerunków, ani traktować wizerunków, czy zwierząt, roślin, przedmiotów, jak bóstw, gdyż to jest bałwochwalstwo, jeden ze sposobów łamania Pierwszego Przykazania (czczenie innych bogów poza Jedynym Istniejącym; hebr. AHJH; gr. ho On).

W Starym Przymierzu Bóg pozostawał niewidzialny i niewyrażalny, a Izrael był na różne sposoby oddzielony od innych narodów. Ale w Nowym Przymierzu Syn Boży przyszedł na ziemię jako widzialny Człowiek (zob. J 1, 14), a Duch Święty ukazał się w postaci gołębicy (por. Łk 3, 22). Przedstawianie Jezusa Chrystusa i Jego świętych na wizerunkach nie jest więc łamaniem Pierwszego Przykazania, tak samo jak nieświętowanie szabatu (soboty) nie jest łamaniem Trzeciego, gdyż Syn Człowieczy jest Panem szabatu. Z tych samych powodów nie ma potrzeby też przestrzegać innych przepisów starego Prawa: obrzezania, krwawych ofiar, wybijania oka za oko, zakazu łączenia dwóch rodzajów tkanin w ubraniu, czy zakazu spożywania pokarmów „nieczystych”. W świetle Nowego Przymierza, prawdziwe bałwochwalstwo, tak jak i prawdziwa nieczystość, wychodzi z serca człowieka, a nie wchodzi z zewnątrz (zob. Mk 7, 14-23), np. z ikon, których tak bardzo lękają się pewni ludzie.


Część protestantów jednak upiera się wciąż, że zakaz biblijny dotyczy też wizerunków Pana Jezusa i tych, którzy należą do Niego. W XVI wieku luteranie tłukli kamieniami witraże w kościołach, przedstawiające sceny z życia Chrystusa i świętych, bo to „bałwochwalstwo”. Po jakimś czasie umieszczali tam witraże przedstawiające sceny z życia Marcina Lutra, np. w ewangelickiej bazylice w Legnicy, nawiasem mówiąc, bardzo ładne.

Obraz z postacią Lutra (z prawej), ołtarz kościoła w Weimarze

W Genewie kalwiniści zniszczyli wszystkie wizerunki Jezusa Chrystusa i Jego świętych, a nawet krzyże, by potem postawić wielki pomnik przywódców reformacji, na którym w centralnej części, obok postaci Jana Kalwina widnieją: Wilhelm Farel, Teodor Beza i John Knox. Olivier Cromwell w Anglii nakazał zniszczyć wizerunki Pana Jezusa, bo przecież „Biblia zabrania sporządzać podobizny”, po czym polecił malarzowi wykonać swój dokładny portret.

Jeżeli zatem wolno protestantom namalować obraz jakiejkolwiek postaci z ich tradycji, np. Lutra, Kalwina i Cromwella, albo zrobić fotografię słynnego ewangelisty Billy'ego Grahama (i ozdobić nimi pomieszczenia zboru), to wolno też wykonać obraz Syna Bożego, który stał się Człowiekiem, Maryi Panny, Piotra Apostoła, czy Antoniego z Padwy. Było to oczywiste dla pierwszych chrześcijan, którzy malowali obrazy, zwłaszcza Chrystusa Dobrego Pasterza i Maryi z Dzieciątkiem, już w katakumbach. Wizerunki są czymś zwyczajnym nie tylko w kościołach katolickich i prawosławnych (ikony), ale także luterańskich i anglikańskich, a zdarzają się i u denominacji post-kalwińskich.

Środowisko protestanckie wywodzące się od Williama Marriona Branhama, słynącego darem uzdrawiania, posługującego od lat 30. do 60. XX wieku w USA (jego syn, który mu asystował twierdził, iż wówczas "katolicy mieli największą wiarę"), dziś mające misje w kilku krajach, rozpowszechnia cudowne fotografie (tak!), wieszane też w ich zborach na wyeksponowanym miejscu. Jedna to Oblicze Chrystusa, które pojawiło się na stratosferycznej chmurze nad miastem, gdzie William Branham głosił, na drugim widać kolorowe cienie, mające być widzialną „chwałą Bożą”, trzecia przedstawia go samego przy kazalnicy, a nad jego głową... aureola!

William Branham, Boży Generał, czyli pentakostalny święty

Kwestia nie jest więc tak jednoznaczna, jak ją niektórzy potocznie przedstawiają. Może więc bałwochwalstwem jest samo zwracanie się w kierunku wizerunków na modlitwie? Gdyby tak było, to Bóg nakazując wykonać figury cherubów przy Arce, domagał się od Mojżesza popełnienia bałwochwalstwa! To jest przecież absurd, Biblia mówi: Nikomu On nie przykazał być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć (Syr 15, 20). Obrazy i figury ułatwiają uzmysłowienie sobie obecności Boga i rozmowę z Nim. To On sam powiedział: Z pośród [figur] cherubów będę z tobą rozmawiał.

Ponieważ chodzi o wizerunki Chrystusa, Jego Matki, aniołów i świętych, więc same w sobie też zasługują na szacunek - „należną cześć”, jak to określa Sobór Trydencki, a więc taką, jaka należy się wizerunkom, a nie Bogu (tutaj najistotniejsze wyjaśnienie: Biblia konsekwetntnie używa dwóch odrębnych słów, w łac. adorare - adorować, wielbić i honorare - czcić, szanować; to pierwsze odnosi się tylko do Boga, to drugie do Boga, ale też ludzi, aniołów i ważnych spraw z nimi związanych). Przecież i fotografie zwykłych ludzi, a nawet sztandary i godła należy traktować z szacunkiem ze względu na godność człowieka. Poprzez przedmioty i gesty możemy symbolicznie, gestem oddać cześć Bogu. Kiedy ktoś wpatruje się w fotografię żony, stawia na biurku, a nawet całuje zdjęcie, to przecież nie zdradza żony, ani nie popełnia bałwochwalstwa. Całując zdjęcie, wyraża uczucia i pragnienie pocałowania jej. Współcześni obrazoburcy powinni w końcu konsekwentnie odpowiedzieć sobie na pytanie: wolno czy nie wolno posiadać, oglądać, zawiesić na ścianie, nosić przy sobie, całować, czyli „czcić” wizerunku ukochanej osoby? Jeśli tak, to niech przyznają, że katolickie obrazy są dopuszczalne. Jeśli nie, to niech zniszczą wszystkie fotografie swoich bliskich.


Omawiany problem pokazuje, jak „dzikie”, prywatne wyjaśnianie Biblii doprowadza do absurdów godzących w samą naturę stworzonego świata. Przecież Bóg po to dał człowiekowi oczy, by widział. Po to dał mu talent artystyczny, by przedstawiał to co widzi, po to dał mu wyobraźnię, by zachowywał w swym wnętrzu piękno stworzenia. Jeżeli czytamy w Biblii, że prorok Daniel, lub św. Jan Apostoł ujrzał Syna Człowieczego, czy Niewiastę obleczoną w słońce, to możemy to opisać, ale równie dobrze, albo i lepiej możemy to narysować, czy namalować. Do XIX wieku ponad 80% ludzi nie umiało czytać i dla nich też malowano sceny z Pisma Świętego i życia Kościoła, zwane „Biblią ubogich” (łac. Biblia pauperum). Jeżeli wolno napisać i opowiedzieć o tym, jak np. Pan Jezus uzdrowił niewidomego, to wolno też tę scenę namalować.

Chrystus uzdrawia niewidomego,
Gioacchino Asserto (1600-1649)

Różne są formy przekazu, bo człowiek jest istotą o wielu zmysłach. Znamienne jest, że Kalwin przeciwstawiał się nie tylko wizerunkom, ale i muzyce kościelnej, którą znacznie zubożył. A przecież rzeczą najoczywistszą na świecie jest, że miejsca modlitwy przyozdabia się wizerunkami o treści religijnej. Jak trudno jest współczesnym protestantom wyrazić, że ich mieszkanie jest chrześcijańskie – nie wolno im powiesić obrazu, ani krzyża. Ich doktryna każe im pod tym względem upodobnić się do wojujących ateistów.

To purytanie po przejęciu władzy w Anglii w połowie XVII wieku, przeprowadzili „akcję dekrucyfiksacyjną”, niszcząc niemal wszystkie krzyże przy drogach i w miastach. Po trzech wiekach komuniści ich tylko naśladowali. Jakiś czas temu akcję dekrucyfiksacyjną w Warszawie nakazała Hanna Gronkiewicz-Waltz (zapewne pod wpływem swego mentora, pastora jednej ze wspólnot neoprotestanckich w Polsce), usuwając niemal sto krzyży przy drogach i wywożąc je na śmietnik. Cóż za paradoks, protestanci – byli katolicy, po „nawróceniu” wizerunek Chrystusa Pana, który mają np. od I Komunii, wyrzucają na śmietnik!

Bez wątpienia, agresja niektórych środowisk protestanckich i modernistycznych wobec chrześcijańskich wizerunków: od infantylnej krytyki, poprzez wyśmiewanie, faryzejskie gorszenie się, aż do niszczenia (ikonoklazmu, obrazoburstwa), jest przejawem ducha antychrysta. Zgodnie z Biblią każdy duch, który uznaje, że Jezus Chrystus przyszedł w ciele, jest z Boga. Każdy zaś duch, który nie uznaje Jezusa, nie jest z Boga i to jest duch Antychrysta (1 J 4, 2-3).

Odrzucenie i niszczenie wizerunków Chrystusa (tak jak i negacja realności Ciała Chrystusa w Eucharystii oraz awersja do Maryi, od której przyjął Ciało) jest formą nieuznawana, że Jezus Chrystus przyszedł w ciele, stał się widzialnym, dostępnym dla zmysłów Człowiekiem. Jest sprzeciwianiem się Apostołom, głoszącym: [To wam oznajmiamy], na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce (1 J 1, 1). Jest nieuznawaniem całości aktu Wcielenia, jako oczyszczenia, uświęcenia i zjednoczenia z Bogiem stworzonej natury.

Pogarda wobec przedmiotów religijnych z powodów „duchowych” jest też echem pychy demonów, ich pogardy wobec materii. Część protestantów, w walce z chrześcijańskimi wizerunkami i dewocjonaliami, staje niestety w jednym szeregu z wojującymi ateistami, masonami i innymi sługami Antychrysta, którzy również toczą taką wojnę. Jest to smutna ilustracja, cytowanych w poprzednim tekście, słów kard. Józefa Ratzingera:

„Teolog nie kochający sztuki, poezji, muzyki, natury, może być niebezpieczny. Ta bowiem ślepota i głuchota na piękno nie jest sprawa drugorzędną, lecz może wycisnąć piętno także na jego teologii”.

Z kolei wśród nowych kościołów protestanckich są jeszcze inne wyjątki od negacji wizerunków. Największe na świecie zbory typu zielonoświątkowego znajdują się w Korei Południowej i pozostają przedmiotem zachwytu protestantów na całym świecie. Wielu opisuje je, niektórzy jeżdżą tam uczyć się modlitwy i ewangelizacji. Tamtejsze kościoły mają własne góry, na których zbudowano centra modlitewne. Peter C. Wagner, w książce „Kościoły, które się modlą”, opisuje z przejęciem jedną z takich gór, iż „każdy ze specjalnie skonstruowanych regionów modlitewnych jest ozdobiony naturalnych rozmiarów posągami Jezusa i Jego uczniów w różnych epizodach ich służby”. To czym neprotestanci gorszą się, a nawet przerażają w kościołach katolickich, u swych braci koreańskich podziwiają.

Jeszcze dalej idzie Ana Mendez Ferrell, jedna z liderów neoprotestanckiego ruchu charyzmatycznego. Od kilku lat propaguje ona w środowisku protestanckim naukę wschodniego chrześcijaństwa o ikonie, jako nośniku Bożej Obecności. Argumentuje, że obrazy mają swoją rolę także w walce duchowej i jak demony wykorzystują złe wizerunki, tak samo powinniśmy używać wizerunków chrześcijańskich. Na konferencji w Warszawie w 2009 roku, pod hasłem „Rozszerzanie Królestwa Bożego” opowiadała o roli malowanych, także przez nią samą, obrazów aniołów w nowej ewangelizacji Holandii, ponieważ w kraju tym malarstwo odgrywało wielką rolę.


Chrystus - Baranek Ofiarny, Ana Mendez Ferrell

Swoją drogą ciekawe, że współcześni protestanci zachodni, którzy zwykle z zasady sprzeciwiają się nawet małym obrazkom Chrystusa, rozprowadzają filmy o Nim, tak jakby film, to nie był ciąg obrazów. Co więcej, piszą jak wielu ludzi nawróciło się podczas oglądania filmu „Jezus”. Nie mają też nic przeciwko plakatom i fotosom z tego filmu i podobnych. Dziwne, bo przecież z punktu widzenia tej doktryny neoprotestanckiej dopuszczalne być powinny jedynie słuchowiska radiowe.

Skoro protestanci owi akceptują możliwość przeżycia nawrócenia, czy uzdrowienia oglądając film o Chrystusie Panu, to czemu nie uznają tego samego, patrząc na nieruchomy obraz przedstawiający Go? Z założenia nie przyjmują do wiadomości niezliczonych łask, które otrzymało miliony ludzi podczas modlitwy przed chrześcijańskimi wizerunkami. Trzymają się w tym zasady filozofii luteranina Hegla: „jeżeli fakty przeczą naszym ideom, to tym gorzej dla faktów”.

Pozostaje pytanie, jak protestanccy ikonoklaści wyobrażają sobie postać Chrystusa? Bo robią to w myśli, na modlitwie, będąc ludźmi. Odpowiedź jest prosta – na podstawie katolickich obrazów, które kiedyś widzieli, inaczej pozostaje im niestety postać aktora z filmu o Nim, zresztą również stylizowanego według tradycji katolickiej. Trudno żeby było inaczej, człowiek nie jest czystym duchem, ale ma duszę i ciało.

Konsekwentny spirytualizm nie jest możliwy. Widać to choćby na powyższych przykładach. Nawet zasady „tylko Biblia” nie da się oderwać od realności świata materialnego. U luteranów, a także u klasycznych zielonoświątkowców można zobaczyć Biblię leżącą na jakby ołtarzu z przodu zboru, w którego stronę się modlą. Wielu fundamentalistów protestanckich w USA klęczy przed Biblią czytając ją, trzyma też Księgę na honorowym miejscu w domu. Liczni protestanci (ale też niektórzy katolicy) noszą ją zawsze ze sobą, jako najważniejszy przedmiot. Stosując sposób rozumowania wielu neoprotestantów odnośnie obrazów i dewocjonaliów u katolików, należy analogicznie uznać że i oni są bałwochwalcami, gdyż czczą papier, z którego jest zrobiona Biblia.


Nie da się jednak zaprzeczyć, że używanie wizerunków może czasem przynosić szkodę duszy i być jakimś bałwochwalstwem. Zdarza się ludziom zatracić w tym miarę i same wizerunki traktować jak bożki, czy po prostu zbyt się do nich przywiązywać. Takie bałwochwalstwo może być obecne w duszy także w subtelny sposób. To uczynili Żydzi, którzy kilkaset lat po wydarzeniach na pustyni czcili miedzianego węża (nechusztana), zrobionego przez Mojżesza, wobec czego król Ezechiasz był zmuszony go zniszczyć (zob. 2 Kr 18, 4), o czym było szerzej w tekście o złych duchach religijności. Z tych samych powodów, rzeczywiście niektórym katolikom należy pomóc uwolnić się od zbytniego przywiązania do wizerunków świętych, aby weszli w głąb modlitwy. Na przykład św. Jan od Krzyża wyjaśniał:

„Wiele można by powiedzieć na temat braku zrozumienia dla obrazów u niektórych osób. Niektórzy większą nadzieję pokładają w jednych obrazach niż w innych. Sądzą, że Bóg wysłucha ich prędzej przed tymi niż przed innymi obrazami, chociaż jedne i drugie przedstawiają to samo, np. Chrystusa czy Matkę Najświętszą. Jest to gruba ciemnota, jeśli chodzi o obcowanie z Bogiem i oddawanie Mu należnej czci i chwały, Bóg bowiem patrzy na wiarę i czystość modlącego się serca.
Zdarza się wprawdzie czasem, że Bóg udziela więcej łask w pewnych miejscach, przed jednym niż przed drugim obrazem. Przyczyną tego nie jest jednak większa skuteczność jednego, czy drugiego obrazu (który sam przez się nie jest niczym więcej niż malowidłem), lecz to, że ludzie więcej rozbudzają swą pobożność za pośrednictwem któregoś z tych obrazów. Gdyby zaś potrafili wzbudzić tę samą pobożność przed jednym i przed drugim, albo i bez pomocy żadnego z nich, otrzymaliby od Boga te same łaski.
Niech dusza uważa to za pewne, że im większe ma przywiązane do posiadania jakiegoś obrazu, czy innego środka, tym niedołężniej będzie się wznosić ku Bogu jej pobożność i modlitwa” („Droga na Górę Karmel” 3, 35-36).

Trzeba pamiętać, że wizerunek jest czymś zewnętrznym i ukazuje najpierw to, co widzialne (choć może wyrażać jakieś wewnętrzne cechy przedstawianej osoby oraz rzeczywistość duchową stojącą za twórcą), błogosławieństwo Kościoła nadaje mu wartość religijną, jednakże dopiero wewnętrzny stan duszy odbiorcy nadaje temu wizerunkowi określony sens duchowy dla niego. To, że ikona przedstawia brodatego mężczyznę z księgą w ręku, nie oznacza jeszcze, że dla patrzącego będzie ona pomocą w spotkaniu z Chrystusem, gdyż to dopiero jego wiara uwolni ten sens. Figura kobiety dla katolika będzie wizerunkiem Najświętszej Maryi Panny, ale dla bałwochwalcy (nawet formalnego chrześcijanina) może być jego boginią. Istotna jest duchowa rzeczywistość obecna w duszy człowieka, a jeśli jest zła, to i rzeczy dobre same w sobie, mogą służyć złemu (por. Mt 15, 10-20). Dla czystych wszystko jest czyste, dla skalanych zaś i niewiernych nie ma nic czystego, lecz duch ich i sumienie są zbrukane (Tt 1, 15). Dlatego też demon może wykorzystywać obrazy i figury do złudzeń i zwiedzeń religijnych, tak samo jak i Biblię.

Być może i tacy właśnie ludzie trafiają do nowych grup protestanckich, zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej, gdzie czują się uwolnieni. Źle, że niektórzy z nich wówczas stosują, opisany przez psychologię, mechanizm projekcji, czyli przypisywania innym, lub całej społeczności, np. Kościołowi katolickiemu, swoich własnych problemów. Analogicznie, to że chorym na żołądek niektóre potrawy szkodzą i nie powinni ich jeść, nie upoważnia tych ludzi do tego, żeby głosili, iż w ogóle są one trujące, lub że wszyscy, którzy je jedzą są chorzy.

Niezliczone są przykłady korzyści z obrazów i figur dla wierzących, potwierdzane niezwykłymi znakami i cudami od Boga, czego nie da się podważyć, a jedynie, jak czynią niektórzy, po faryzejsku zatkać sobie uszy. A wystarczy poczytać np. książki Joan Carroll Cruz: „Cudowne wizerunki Najświętszej Maryi Panny” i „Cudowne wizerunki naszego Pana”. Jeśli każdy, kto spojrzał na węża miedzianego na palu, który symbolizował Chrystusa Ukrzyżowanego (zob. J 3, 14), był uzdrowiony, to tym bardziej ci, którzy spoglądają na obraz przedstawiający Go, na przykład na Krzyżu. Dla milionów chrześcijan wizerunki były i są pomocą w wierze, przedstawiając im ukochaną Osobę.

Przykładem niech będzie katolicka królowa Szkocji Maria Stuart, legalna pretendentka do tronu Anglii, uwięziona i po 19 latach, w 1587 roku, wydana na śmierć z powodu Jezusa (por. 2 Kor 2, 11), przez rządzących w tym drugim kraju protestantów. Przed ścięciem napisała:
„Boże i Panie mój! W Tobie nadzieja moja, Najdroższy Jezu! Ocal mnie! Skrępowana więzami na miejscu krwawej śmierci, tęsknię do Ciebie, klęcząc i łzy lejąc i pragnąc Cię ujrzeć. Błagam Cię pokornie, abyś mnie zbawić raczył”.
Idąc na miejsce straceń trzymała w ręku krucyfiks i całowała go, rozpamiętując Mękę i Śmierć swego Zbawiciela.
Widząc to, jeden z protestanckich gapiów krzyknął oburzony:
„Powinnaś raczej mieć Ukrzyżowanego w sercu!”.
Na to królowa odpowiedziała:
„Nie tylko w sercu, ale i w ręku”.
Zanim oddała głowę pod miecz kata, Maria rzekła te słowa:
„O najmilszy Jezu, jak Ty wyciągnąłeś ramiona na krzyżu, tak obejmij mnie teraz ramionami nieskończonego Miłosierdzia Twego”. Amen.

15 czerwca 2016

Maryja z Biblią i Bruno Cornacchiola


Raduj się Maryjo!


Spośród wielu milionów chrześcijan różnych wyznań, którzy w XX wieku dobrowolnie, pod wpływem łaski Bożej i głębszego poznania Pisma Świętego oraz historii Kościoła, przyłączyło się do Kościoła katolickiego (najwięcej w Stanach Zjednoczonych) warto poznać bliżej postać chociażby jednego. Większość z nich, to byli protestanci z urodzenia. Ten zaś należał do grupy katolików pierwotnie nominalnych, którzy stali się wojowniczymi protestantami, by po latach już świadomie powrócić do Kościoła katolickiego. 

Jest nim Bruno Cornacchiola, rzymianin. Urodził się on w 1913 roku w stajni, z powodu skrajnego ubóstwa rodziców. Wychowywany w slamsach na przedmieściach Rzymu, w środowisku kryminalistów, w nędzy, często spał na schodach Bazyliki św. Jana na Lateranie. Gdy miał szesnaście lat wziął go stamtąd jakiś zakonnik i umieścił w klasztorze u sióstr, które zaopiekowały się nim. Po czterdziestu dniach przygotowania przyjął pierwszą Komunię św. i został bierzmowany. Na tym zakończyła się jego religijna formacja. Po kilku latach odbył służbę wojskową, a następnie ożenił się. 

W 1936 roku wstąpił do partii komunistycznej, po czym wyjechał do Hiszpanii wraz z wojskiem włoskim, by szpiegować i sabotować na rzecz Czerwonych w trakcie wojny domowej. Tam poznał niemieckiego żołnierza należącego do jakiejś grupy protestanckiej, który wręcz zionął nienawiścią do katolicyzmu. Żołnierz ten zaimponował mu, gdyż nie rozstawał się z Biblią. Pod jego wpływem Bruno kupił sobie sztylet i napisał na nim „Śmierć papieżowi”, którego postanowił zamordować.

Po powrocie do Włoch w 1939 roku, przystąpił do adwentystów dnia siódmego i wkrótce został dyrektorem ich młodzieżówki w Rzymie. Cornacchiolla nawet wśród adwentystów wyróżniał się wyjątkowo zajadłą nienawiścią do katolicyzmu, a zwłaszcza gorliwością w zwalczaniu kultu Maryjnego i papiestwa.

W kwietniu 1947 roku otrzymał zadanie wygłosić mowę na jednym z rzymskich placów ośmieszającą Eucharystię i Najświętszą Maryję Pannę. Postanowił przygotować się do tego jak najlepiej i dlatego wyjechał z dziećmi na przedmiejską polanę, by tam w spokoju opracować przemówienie. Wiązał z nim spore nadzieje, o czym świadczy fakt, iż na okładce swej Biblii napisał wówczas: „To będzie śmierć Kościoła katolickiego z papieżem na czele”. Szkic przemówienia zaczął od słów: „Maryja nie jest Dziewicą, nie jest Niepokalaną, nie jest Wniebowziętą”.


W pewnym momencie stracił z oczu swego najmłodszego, czteroletniego synka. Gdy go odnalazł, ujrzał jak ten klęczy wpatrując się w pobliską grotę i woła: „Piękna Pani!” (wł. Bella Seniora). Pomimo upomnień ojca, chłopiec wciąż powtarzał te słowa. Wkrótce do groty weszła jedenastoletnia córka i niespodziewanie uczyniła to samo, a po chwili nadszedł siedmioletni syn, również uklęknął i z zachwytem mówił: „Piękna Pani!”. Bruno zaczął krzyczeć na nie i próbował podnieść, lecz bezskutecznie. Pomyślał więc, że w grocie jest jakiś czarownik albo ksiądz i hipnotyzuje dzieci, jednak nikogo nie zauważył. 

Po chwili poczuł się całkowicie bezradny i skonsternowany. Wówczas wniósł oczy i ręce do nieba i zawołał z serca: „Boże, tylko Ty możesz mi pomóc!”. Gdy wypowiedział te słowa, zaraz ujrzał przeźroczyste ręce zbliżające się do jego oczu, które zdjęły z nich jakieś łuski. Wówczas ogarnęło go nadprzyrodzone światło, radość i pokój, czuł jakby jego dusza została wyzwolona z ciała. Po wielu latach tak to wspominał: „Jeżeli ktoś otrzymał nadzwyczajną łaskę zobaczenia niebiańskiego piękna, nie może już niczego innego pragnąć jak tylko tego, by po śmierci móc cieszyć się nim w wieczności”.

Z tego nadprzyrodzonego światła wyłoniła się postać niezwykle pięknej Niewiasty o semickich rysach twarzy, otoczonej złocistymi promieniami, w białej sukni i zielonym płaszczu sięgającym od głowy do stóp. Przyciskała Ona dłońmi do piersi Biblię.


Maryja z Biblią - Dziewica Objawienia


Bruno w zachwyceniu upadł na kolana koło swych dzieci, złożył ręce i również zaczął powtarzać: „Piękna Pani!”. Po jakimś czasie Niewiasta powiedziała do niego: 

Jestem Dziewicą Objawienia, a Objawienie to są słowa Boga, które mówią również o Mnie. Prześladujesz mnie, ale już jest najwyższy czas, abyś z tym skończył. Wracaj do świętej wspólnoty Kościoła katolickiego”. 

Najświętsza Maryja Panna rozmawiała z Brunem przez prawie półtorej godziny, zarówno o jego życiu, jak i o sprawach chrześcijaństwa. Wyjaśniała mu kwestie katolickich prawd wiary, natury Kościoła jako owczarni Chrystusa; uprzedziła o nadchodzącym kryzysie kapłaństwa oraz o atakach na Kościół katolicki z zewnątrz i z wewnątrz, ze strony fałszywych jego członków. 
Maryja prosiła, aby „nie zmieniać doktryny, którą jest Chrystus, ale aby tą doktryną kształtować serca dla zbawienia siebie i bliźniego”.


Zgodnie z zasadą prymatu Pisma (prima scriptura), w katolicyzmie każde objawienie prywatne musi być ogólnie zgodne z Biblią i nie może głosić nowych zasad wiary; w protestantyzmie ponadto, każde prywatne duchowe przeżycie musi posiadać jakiś odpowiednik zawarty w Piśmie. W oparciu o te kryteria należy spojrzeć na opis Bruna Cornacchioli.

Po pierwsze: Wizja była następstwem szczerej modlitwy do samego Boga, płynącej z serca. Pismo mówi: Czy gdy syn prosi o chleb, ojciec poda mu kamień? O ileż bardziej Ojciec Niebieski da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą. Wskazuje to na jej Boże pochodzenie.

Po drugie: Bruno ujrzał jakby duchowe ręce przychodzące z nieba. Tak samo pisze prorok Ezechiel: Popatrzyłem, a oto wyciągnięta była w moim kierunku ręka, w której był zwój księgi.

Po trzecie: Jakieś duchowe łuski zostały zdjęte przez te ręce z oczu Bruna. Dzieje Apostolskie opisują: Ananiasz wszedł do domu, położył na nim ręce i powiedział: <Szawle bracie, Pan Jezus, który ukazał ci się na drodze, którą szedłeś, przysłał mnie, abyś przejrzał i został napełniony Duchem Świętym> Natychmiast jakby łuski spadły z jego oczu i odzyskał wzrok, i został ochrzczony.

Po czwarte: Wówczas Bruno ujrzał nadprzyrodzone światło niebiańskie. Gdy Szaweł zbliżał się już w swej podróży do Damaszku, olśniła go nagle światłość z nieba.

Po piąte: W świetle tym ujrzał Maryję otoczoną chwałą, która mówiła mu o wierze chrześcijańskiej i rzeczach przyszłych. Gdy Apostołowie Piotr, Jakub i Jan ujrzeli przemienionego Jezusa i chwałę Bożą na Taborze, ukazali się im w chwale Mojżesz i Eliasz i mówili o Jego odejściu, którego miał dokonać w Jerozolimie.

Po szóste: Maryja pokazała się z Biblią w ręku i przedstawiła jako Dziewica Objawienia. Jak najbardziej, wymowny to znak, gdyż właśnie Ona jedyna w pełni i dosłownie przyjęła Słowo, to jest Syna Bożego, jako swego Syna, zostając Matką Słowa Wcielonego, zgodnie ze słowami: Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna. Jej jedynej przypisano w Biblii tytuł Dziewica. To Ona rzekła niech mi się stanie według Twego Słowa, by żyć każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych, gdyż uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Jej od Pana oraz nakazała czynić wszystko, cokolwiek Jej Syn nam powie. 

Po siódme: Maryja powiedziała, iż „Objawienie to są słowa Boga (Biblia wielokrotnie to twierdzi), które mówią również o mnie”. Tak, Jej Osoba jest integralną częścią oraz niezbędną postacią Objawienia Bożego. Została zapowiedziana pod wieloma figurami Starego Testamentu i przedstawiona na kartach Ewangelii oraz wspomniana w kilku innych księgach Nowego Testamentu. 

Po ósme: Maryja powiedziała: „Prześladujesz mnie, ale już najwyższy czas, abyś z tym skończył” i wezwała go do powrotu do Kościoła oraz znalezienia odpowiedniego księdza. Do tej pory bowiem Bruno zwalczał prawdę o Maryi i wyśmiewał wierzących, a w tym momencie też przygotowywał się do tego. Po objawieniu zaraz poszedł do kościoła, a następnie odnalazł księdza, który mu pomógł. W Piśmie Świętym Chrystus przemówił do Szawła, który dyszał żądzą zabijania uczniów Pańskich i w tym celu jechał do Damaszku: <Szawle, Szawle dlaczego mnie prześladujesz? Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz> oraz polecił udać się do miasta, by dowiedzieć się co czynić. Tam Ananiasz udzielił mu posługi.

Po dziewiąte: Po tym objawieniu Bruno pojednał się z Panem Jezusem i zaczął szanować Jego Matkę. Ewangelia stwierdza, że rezultatem prawdziwego spotkania z Maryją, jest uznanie Jezusa Panem i uczczenie Jej: Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, Duch Święty napełnił Elżbietę, która powiedziała: <Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie?>.

Po dziesiąte: W rezultacie tego spotkania Bruno poczuł się dogłębnie grzesznikiem, następnie wyznał grzechy, pokutował, pojednał się z Bogiem i z ludźmi oraz odtąd wiódł życie człowieka wierzącego. Pismo Święte stwierdza, iż Duch Święty, gdy przychodzi, przekonuje o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie oraz oznajmia rzeczy przyszłe i prowadzi do całej prawdy.


Gdy to niezwykłe spotkanie już się zakończyło, Bruno umieścił w grocie wzmiankę o nim, a później zawiesił tablicę, na której napisał między innymi: „Byłem wojującym sługą szatana w sekcie protestanckiej, nieprzyjacielem Kościoła i Dziewicy Maryi; tutaj 12 kwietnia 1947 roku dla mnie i moich dzieci objawiła się Dziewica Objawienia prosząc, abym wrócił do Kościoła katolickiego, apostolskiego, rzymskiego”.

Bruno Cornacchiola naucza przy grocie kilka lat po objawieniu


Wreszcie powiedział do dzieci: „Zawsze wam mówiłem, że w środku tabernakulum nie ma Jezusa, że jest to kłamstwo wymyślone przez księży. Teraz pokażę wam gdzie jest Jezus”. Po czym poszli do pobliskiego kościoła trapistów w Tre Fontane – miejsca męczeńskiej śmierci św. Pawła Apostoła. Tam uklękli, modląc się i adorując Najświętszy Sakrament.

Gdy Bruno wrócił z dziećmi do domu, ukląkł przed żoną i błagał o przebaczenie, gdyż dotąd często ją bił i zdradzał. Pod wpływem Bożego światła uświadomił sobie w jednej chwili swoją grzeszność, dlatego teraz wyznał żonie: „Z całego serca przepraszam cię za wszystkie zdrady, cierpienia i przykrości, które ci wyrządziłem, i proszę abyś mi to wszystko wybaczyła. Nauczyłem cię wielu złych rzeczy, bluźniłem przeciw Eucharystii, Matce Bożej, papieżowi i sakramentom. I takiemu nędznemu grzesznikowi jak ja objawiła się Niepokalana Dziewica Maryja”.

Po kilkunastu dniach dźwigania w udręczeniu brzemienia grzechów i szukania właściwego księdza, spotkał się z tym, który wcześniej przygotował wielu protestantów do przyjęcia katolicyzmu. Był to ks. Gilberto Carniel, którego kiedyś brutalnie wyrzucił z domu, gdy ten przyszedł na kolędę.

Po krótkim przygotowaniu, cała rodzina została przyjęta do Kościoła katolickiego. Bruno Cornacchiola wraz z żoną Jolandą wyspowiadali się i złożyli wyznanie wiary 8 maja 1947 roku. Po spowiedzi Bruno poczuł, że Chrystus całkowicie uwolnił go od ciężaru grzechów, który przygniatał go przez wiele lat. Doświadczył wewnętrznej wolności, radości i pokoju. Odtąd codziennie uczestniczył we Mszy św., czytał Biblię i modlił się oraz angażował w życie Kościoła.

W 1949 roku Bruno Cornacchiola został przyjęty na prywatnej audiencji przez Piusa XII. Wręczając papieżowi swój dawny egzemplarz Biblii rzekł: „To jest protestanckie Pismo Święte, które błędnie interpretowałem i przez to uśmierciłem wiele dusz ludzkich”. Następnie wręczył mu swój sztylet z napisem „Śmierć papieżowi!”, mówiąc: „Proszę o przebaczenie, gdyż przy użyciu tego sztyletu planowałem zamach na Jego Świątobliwość”. Wówczas papież pobłogosławił go i z uśmiechem odpowiedział: „Drogi synu, w ten sposób dałbyś Kościołowi nowego męczennika, a dla Chrystusa kolejne zwycięstwo miłości”.

Bruno Cornacchiola

Bruno Cornacchiola, od czasu cudownego nawrócenia, gdy Pan Bóg ze swej całkowicie darmowej, nieskończonej łaski uwolnił go od zaślepienia oraz pozwolił ujrzeć cząstkę chwały nieba i obecną tam Najświętszą Maryję Pannę, to chrześcijanin biblijny par excellence. Doświadczył nawet tego, co biblijni wielcy mężowie wiary: prorocy Izajasz, Ezechiel, Daniel, Apostołowie na Taborze, Szaweł w drodze do Damaszku, św. Jan na wyspie Patmos. 

Pod wpływem łaski uznał się za grzesznika i zgodnie z Biblią ze szczerym żalem wyspowiadał się Chrystusowi przed następcą Apostołów. Następnie aż do końca troszczył się o swe zbawienie z bojaźnią i pieczołowitością. Dbał o pomnażanie łaski i duchowy wzrost. Przyjmował prawdziwe Ciało i Krew Chrystusa, aby mieć w sobie Jego życie.

Czytał całą Biblię, wszystkie jej księgi, również te, które usunęli sobie faryzeusze i protestanci. Uznawał wszystkie biblijne prawdy, a nie tylko te, które się Lutrowi i Kalwinowi podobały. Przyjmował je z wiarą, w duchu modlitwy, w kontekście dwóch tysięcy lat tradycji chrześcijańskiej i nauki Kościoła. Do końca życia na ziemi odważnie głosił Ewangelię słowem i przykładem.

W 2001 roku Bruno Cornacchiola odszedł do Boga w opinii świętości.