wtorek, 31 maja 2016

Duszewność w liturgii i teologii

Króluj nam Chryste!

W Kościele współczesnym, istotny jest, zawsze istniejący, problem duszewności, czyli uważania aktywności naturalnych władz duszy (umysłu, woli i uczuć) za życie duchowe. Został on zdefiniowany i omówiony w poprzednim poście:
Warto teraz zwrócić uwagę na kilka konkretnych jej przejawów, zwłaszcza w postaci intelektualizmu (czyli nadmiernego akcentowania przyrodzonego intelektu w życiu wiary). Uwięźnięcie w umyśle w okresie nowożytnym spowodowało poważne zmiany w religii. Upraszczano doktryny z braku zrozumienia duchowego sensu różnych spraw, np. form sakramentalnych, nabożeństw, roli Maryi i świętych. Przejawem tego procesu stała się najpierw reformacja. Mentalna ciasnota „reformatorów” wyraziła się najsilniej w nadużywaniu słowa „tylko”: „tylko Biblia”, „tylko łaska”, „tylko wiara”, „tylko Chrystus”, „tylko Bogu chwała”, ignorując wieloaspektowość i subtelność duchowych zagadnień. Duszewna umysłowość (intelektualizm) odcisnęła swe piętno na „poprawianiu” po ludzku Kościoła i liturgii, uproszczonej i okrojonej wpierw u protestantów, a czterysta lat później w Kościele katolickim.
Zresztą, tak podczas reformacji, jak w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku czynili to tacy sami ludzie: środowisko religijnych „intelektualistów”. Benedykt XVI, jeszcze jako kardynał, napisał: „spostrzegłem, że pewnego typu <kontestacje> niektórych teologów są typową cechą umysłowości bogatego mieszczaństwa Zachodu. Rzeczywistość Kościoła konkretnego, Kościoła jako pokornego Ludu Bożego, jest całkowicie różna od tego co sobie roją w pewnego typu laboratoriach, w których destyluje się utopię” („Raport o stanie wiary”).
I podobnie także o odrzuceniu wielowiekowej tradycyjnej egzegezy i zastąpieniu jej niby „naukowymi” spekulacjami: „W rezultacie, tego typu bibliści budują swoje sądy opierając się jedynie na własnej wizji świata, a nie na autorytecie Biblii. Mówią oni jako szczególnego rodzaju filozofowie, czy socjologowie, a ich filozofia zawiera wyłącznie banały” („Raport”).
Zaś o zmianie liturgii: „To, co stało się po soborze było czymś całkowicie odmiennym [niż dotychczas]. W miejsce liturgii, będącej owocem nieprzerwanego rozwoju, przyszła liturgia sfabrykowana. Odrzuciliśmy organiczny, żywy proces wzrostu i wielowiekowego rozwoju i zastąpiliśmy go – jak to się ma w procesie produkcyjnym – fabrykacją, banalnym produktem chwili” (Przedmowa do książki jednego z najwybitniejszych liturgistów XX wieku, Klausa Gambera, „Zwróćmy się ku Panu!”).
Tracąc z oczu istotę, jaką jest duchowa łączność duszy z Bogiem obecnym w liturgii, a widząc tylko to, co dostępne dla naturalnego umysłu, zmysłów i woli, zmieniono też rozumienie „aktywnego uczestnictwa”. Podstawą stała się literalna zrozumiałość: stąd upraszczanie tekstów oraz języki narodowe i to jeszcze w wersji kolokwialnej, jak w anglojęzycznych tłumaczeniach Mszału z lat 70. Nachalna dostępność dla zmysłów: stąd „potrzeba” odprawiania „twarzą do ludu”, poprzeczne i okrągłe kościoły, by „wszyscy mogli widzieć”, obowiązkowe mikrofony oraz głośniki ze wszystkich stron. Wreszcie „czynna” rola świeckich, polegająca na spełnianiu rozmaitych funkcji, a to czytania, a to komentarze, przynoszenie darów itp., lub chociaż głośne odmawianie, aby zaspokoić pragnienie aktywności. Nie chodzi tu o odrzucanie tłumaczeń i zdobyczy techniki, ani o podważanie wartości tych czynności liturgicznych, ale o powierzchowne motywacje części osób domagających się udziału w ich spełnianiu.
Wbrew takim motywacjom pisał też kard. Józef Ratzinger, wspominając jednego z najwybitniejszych liturgistów XX wieku, Romano Guardiniego: „W liturgii nie chodzi o to żeby działać, ale o to, żeby być. Idea głosząca, że powszechna aktywność stanowi centralną wartość liturgii, jest radykalnym przeciwieństwem koncepcji reprezentowanej przez Guardiniego. W rzeczywistości ogólna aktywność wszystkich nie tylko nie jest podstawową wartością liturgii, ale w ogóle nie przedstawia żadnej wartości” („Kościół-Ekumenizm-Polityka”).
W „Raporcie” zaś precyzował: „Actuosa participatio [z łac. aktywne uczestnictwo] to był przenajświętszy pomysł, jego interpretacje posoborowe całkowicie go zawęziły. Powstało bowiem wrażenie, że uczestnictwo aktywne to tylko aktywność zewnętrzna potwierdzana słowami, wypowiedziami, śpiewem, kazaniami, czytaniami, ściskaniem rąk. Zapomniano, iż sobór za actuosa participatio uważał także milczenie, które pozwala na uczestnictwo naprawdę głębokie, osobiste, z uważnym słuchaniem Słowa Bożego”.
Wielką muzykę sakralną odrzucono w imię uczestnictwa aktywnego, ale czyż to uczestnictwo nie może znaczyć także percepcji przez ducha i przez zmysły? Czy rzeczywiście nie ma niczego aktywnego w słuchaniu, intuicyjnym pojmowaniu, wzruszeniu? Czyż nie umniejsza się właśnie roli człowieka, każąc mu uczestniczyć w liturgii jedynie za pomocą słów? Przecież wiemy, że to co w nas racjonalne, świadome, pojawia się na powierzchni i jest jedynie wierzchołkiem góry, w porównaniu z naszą całością”.
Ten, kto nigdy w życiu nie uczestniczył w cichej Mszy w klasycznej formie obrządku, zapewne nawet nie jest w stanie sobie wyobrazić o co chodzi w duchowym „byciu” na liturgii. A jest to uczestnictwo naprawdę aktywne, jeżeli się ma otwarte serce i ducha zwróconego ku świętej Bożej Obecności. Wówczas także na duszę oddziałuje duchowa rzeczywistość, uobecniana podczas liturgii. Mentalna indoktrynacja zewnętrznością jest jednak tak silna, że nawet ludzie od lat uczestniczący w Mszach trydenckich, przez całą liturgię wertują mszalik, aby czytać tłumaczenia, zaś inni śledzą poprawność rytuału (czasem wyłapując potknięcia celebransów i ministrantów).
Problem ten dotyczy także uczestniczących w nabożeństwach protestanckich i katolickich „charyzmatycznych”. Chodzi bowiem właśnie nie o taką, czy inną formę, ale o to, czy uczestnik zwrócony jest głównie ku zewnętrznej otoczce, lub swej osobie, czy ku Chrystusowi. Jak naucza jeden z przywódców „trzeciej fali” w Polsce, Andrzej Stepanow: „Uwielbienie (granie i śpiewanie pieśni) to tylko otoczka, okrywająca Bożą Obecność i to w nią trzeba wejść”. Warto zauważyć, iż obecnie w licznych wspólnotach tego nurtu dostrzega się istotną wartość, już nie tylko w aktywnym „uwielbieniu”, ale i w tzw. „trwaniu w Bożej Obecności”, czyli milczącej adoracji.
Wielu jednak wciąż skupia się zbytnio na zewnętrznej stronie i aktywności. W związku z tym problemem przestrzegał kilka lat temu w Warszawie hinduski kaznodzieja protestancki Gideon Jacob: „Lider muzyczny może uwielbiać swoją gitarę, a nie Pana Boga”. Emerytowany dziś papież jeszcze mocniej: „Opowieść o złotym cielcu jest ostrzeżeniem przed samowolnym i samolubnym kultem, w którym ostatecznie nie chodzi o Boga, lecz o to, by z tego, co własne, stworzyć sobie mały, alternatywny świat. W takim wypadku liturgia rzeczywiście staje się pustą grą lub, co gorsza, może prowadzić do odejścia od Boga żywego, który skrywa się za sakralną zasłoną” („Duch Liturgii”).
Wierni wyedukowani w tym całym kontekście duchowym (a raczej nieduchowym) XX-wiecznej europejskiej teologii, stanowiącej późne pokłosie reformacji, oświeceniowego racjonalizmu oraz scjentyzmu, mają znaczne trudności w otwarciu się na duchową rzeczywistość, na prawdziwe spotkanie ze Słowem, zarówno w Piśmie Świętym jak i w liturgii, czy modlitwie osobistej i wspólnotowej. Jedynie intelektualne przyjmowanie go, nie uczy duszy ludzkiej wychodzenia ze zranionej naturalności, ku życiu duchowemu.


Sytuację tę pogarsza jeszcze tzw. „nowa teologia”, która w drugiej połowie lat sześćdziesiątych przyjęła doktrynę pochodzenia kalwińskiego, negującą w ogóle istnienie w człowieku nieśmiertelnej duszy (w pełnym sensie, to znaczy i ducha). Jako pierwszy, przez pewien czas, głosił to Luter, stwierdzając: „Umieszczam nieśmiertelność duszy w liczbie artykułów zmyślonych przez papieży i wyciągniętych ze śmietnika dekretów rzymskich”. W związku z tym zmarli mieli „spać bez czucia”, a dopiero po zmartwychwstaniu ciała żyć wiecznie. Ta doktryna dostała się do nurtu kalwińskiego i była akceptowana w niektórych jego odłamach, a potem przez adwentystów i jehowitów.
Od czasów reformacji do początku XX wieku, ogół protestantów stopniowo odszedł od tej fałszywej doktryny, akceptując istnienie nieśmiertelnej duchowej duszy, sądu i życia wiecznego zaraz po śmierci oraz wskrzeszenia ciał na końcu świata, tak jak głosił zawsze katolicyzm. Po pierwszej wojnie światowej powrócił do starej reformacyjnej doktryny kalwiński pastor i teolog Karl Barth. Jego znaczny wpływ na protestantyzm i katolicyzm w XX wieku stanowi osobne zagadnienie, w tym kontekście jest istotne, iż to on właśnie oraz luterański teolog Oscar Cullman, rozpowszechnili teorię, jakoby pojęcie duszy (i w ogóle dualizmu duchowo-cielesnego w człowieku) jest „wytworem filozofii greckiej”, zaś słowo „dusza” występujące Piśmie Świętym ponad pięćset razy, oznacza tam tyle, co „życie”, lub „całego człowieka”. Znacząco zmieniło to w Europie sposób rozumienia Biblii.
Pogląd taki współgrał z odrzuceniem klasycznej filozofii bytu, której częścią jest właśnie nauka o złożonej duchowo-fizycznej naturze człowieka, na rzecz filozofii egzystencjalistycznej. Jego pokłosiem w katolicyzmie po 1969 roku jest usunięcie słowa „dusza” w wielu oficjalnych modlitwach, zwłaszcza w obrzędach pogrzebu i wprowadzenie próśb o „wskrzeszenie ciał” oraz wyraźny zanik nauczania o duszy w „nowej teologii”, a nawet codziennej praktyce duszpasterskiej. Wciąż też można usłyszeć o potrzebie „oczyszczenia” teologii i biblistyki z pojęć i poglądów „greckich”.
Na początku lat siedemdziesiątych XX wieku, na styku kalwińsko-katolickim przedostała się do Kościoła jeszcze inna fałszywa doktryna - „zmartwychwstania w śmierci”, która starała się pogodzić negację duchowej duszy w człowieku z biblijną prawdą o życiu zaraz po śmierci. Wedle doktryny tej, człowiek w momencie śmierci „zmartwychwstaje” od razu w rzekomo „duchowym ciele” (może raczej rzec „eterycznym”), a zatem prawdziwego, fizycznego zmartwychwstania nigdy nie będzie. I ta doktryna również została rozpropagowana wśród katolików na Zachodzie przez zwolenników „nowej teologii”. Wówczas przeciwstawiał się jej jako teolog ks. bp Józef Ratzinger.
Równocześnie zignorowano cenne poselstwo służebnicy Bożej m. Pauli Zofii Tajber (1890-1963), polskiej zakonnicy, która z polecenia Bożego opracowała zgodne z Nowym Testamentem nauczanie o odnowieniu i uświęceniu dusz ludzkich poprzez zjednoczenie z Najświętszą Duszą Jezusa. Głosiła ona: "W Duszy Jezusa jest uzdrowienie naszych dusz". 
Skoro jednak człowiek „duszy nie ma”, to nie ma też czego uzdrawiać, odnawiać i uświęcać. Jeżeli „nie ma ducha”, którego można oddzielić, a nawet przeciwstawić ciału, to czym rozsądzać i pojmować Pismo? - tylko naturalnym, cielesnym intelektem. W ten sposób te nowe teorie protestanckiego pochodzenia utrudniły wielu chrześcijanom, zwłaszcza w Europie, duchowy rozwój, paradoksalnie utwierdzając ich w duszewności, czym przeszkodziły im w pełnej i głębokiej recepcji Słowa Bożego. Wyrzucając ze swej doktryny pojęcie duszy, „nowa teologia” stała się jeszcze bardziej duszewna.
Nieuchronną konsekwencją takiej doktryny jest błędne utożsamienie ducha z umysłem, choć św. Paweł wyraźnie je rozgranicza: będę się modlił duchem, ale będę się też modlił i umysłem (1 Kor 14, 15). Zwolennicy takiego utożsamienia, choć nie stawiający tego koniecznie wprost, istnieli zawsze, od starożytności, czego przejawem jest wieloznaczność łacińskiego słowa mens i greckiego nous tłumaczonego i rozumianego jako umysł, ale też duch, dusza i serce. Stopniowo, od IV wieku, w teologii pneuma została zastąpiona tym zaczerpniętym z filozofii umysłem”: w trójpodziale obok duszy i ciała (na Wschodzie), a w dwójpodziale jako najwyższą częścią, lub wręcz istotą duszy ludzkiej, będącej przede wszystkim „rozumną, lub „umysłową” (na Zachodzie).Umysł” więc, a nie „duch”, stał się głównym miejscem kontaktu z Bogiem. Ojcowie Kościoła i inni znaczący teologowie chrześcijańscy dokonali tego zabiegu może m. in. po to, aby uniknąć biblijnej dwuznaczności: Duch [Święty] - duch [ludzki] (alfabety starożytne miały tylko wielkie litery). Także aniołów nazwano „czystymi (tj. samymi) umysłami”, w sensieczystymi duchami”.
Wraz z upływem wieków i rozszerzaniem się intelektualizmu zapominano, iż nous/mens został w chrześcijaństwie ekwiwalentem osobowego ducha, a nie rozumu, lub intelektu, jako jednej z władz duszy. Ponieważ nous/mens w dziełach dawnych teologów tłumaczy się na polski jako umysł, a słowo to (od „myśleć”) zwykle, jak i w Biblii, jest synonimem rozumu i intelektu (choć filozofia rozróżnia te pojęcia), można źle rozumieć to, co oni pisali raczej o duchu ludzkim, niż o samej władzy myślenia i utwierdzać się w intelektualizmie.
Przy takim błędnym podejściu dusza rozumna ma czerpać życie z umysłu, a więc z samej siebie, sprawiając duszewność, czyli z drzewa poznania, zamiast być duszą żyjącą, a więc czerpać życie z ducha ożywiającego, a przezeń od Boga, czyli z drzewa życia. Zastąpienie biblijnej duszy duchowej filozoficzną duszą rozumną wywarło wpływ na różne obszary teologii. Wykluczono na przykład możliwość zbawienia przez wiarę osób „nieużywających rozumu”, na przykład dzieci zmarłych bez chrztu. Ta ostatnia kwestia (ostatnia zarazem w „Sumie Teologicznej” św. Tomasza z Akwinu) pozostaje najbardziej rażącym przejawem zejścia na manowce teologii intelektualistycznej, ale to odrębne zagadnienie.

Zbawienie dzieci zmarłych bez chrztu 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz