Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WALKA Z DEMONAMI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WALKA Z DEMONAMI. Pokaż wszystkie posty

09 lipca 2017

1150 lat duchowej wojny o Trójmorze


Króluj nam Chryste!
- zawsze i wszędzie.

Poprzedni wpis widniał na pierwszej stronie tego bloga przez pół roku. Było to proste, ale kluczowe wezwanie do modlitwy za Ojczyznę i Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, zawierające podstawowy schemat wstawiennictwa w tej intencji w konkordacie z 1925 roku. Ta niezmiernie ważna sprawa pozostaje nadal aktualna, jako fundament działania każdego patrioty, który pragnie realnie wpływać na losy swego państwa. Św. Jan Paweł II ujął to najbardziej dosadnie i przekonująco:
"Ośrodki dziejów świata i historii zbawienia nie znajdują się w ruchliwych metropoliach polityki, gospodarki, pieniądza i ziemskiej potęgi. Prawdziwymi ośrodkami historii są ciche miejsca ludzkiej modlitwy.
Tutaj dochodzi do szczególnie bliskiego zetknięcia się świata ziemskiego i świata nadprzyrodzonego, do spotkania Kościoła pielgrzymującego na ziemi z wiecznym i zwycięskim Kościołem w niebie. Tutaj dzieją się rzeczy większe i ważniejsze dla życia i śmierci niż w wielkich stolicach, gdzie ludzie sądzą, że trzymają ręce na pulsie epoki i obracają kołem historii."
 Z tych słów, które chciałbym, aby każdy Czytelnik tego bloga wziął sobie za motto swej walki w szeregach Krucjaty Chrystusa Króla o Jego Panowanie w Polsce i na świecie, pragnę wyjść do zwięzłej refleksji nad wydarzeniami 5-8 lipca 2017 roku. Dodatkowym znakiem niech będzie fakt, że papież wypowiedział je w Niemczech. Obradowali właśnie w tym państwie ci, którzy sądzą, iż "obracają kołem historii" przy pomocy "pieniądza i ziemskiej potęgi". Bynajmniej nie mam zamiaru ich tu krytykować, przeklinać, czy wyśmiewać. Chodzi mi tylko o zwrócenie uwagi, że nie mamy wcale mniejszego wpływu na losy świata, niż oni. Wprost przeciwnie, możemy mieć większy, nie robiąc nawet jednego kroku, wystarczy uczynić znak Krzyża i zacząć się modlić.

Modlitwa nasza będzie po prostu spełnianiem nakazu samego Pana Jezusa, wyrażonego w wezwaniu do Modlitwy Pańskiej i jej rozwinięciem: Przyjdź Królestwo Twoje, bądź Wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi. Królestwo Boże, które już jest w niebie, mamy przenosić na ziemię. (Tym właśnie jest Intronizacja.) Czynimy to poprzez modlitwę, słowo i czyn (używając zwięzłego określenia św. Faustyny).

Warto tu przywołać znany i popularny w kaznodziejstwie biblijny przykład Mojżesza i Jozuego podczas bitwy z Amalekitami (zob. Wj 17, 8-16). Gdy Mojżesz miał ręce wzniesione w modlitwie, Izraelici pod wodzą Jozuego wygrywali, gdy je opuszczał, przegrywali, dlatego Aaron i Chur zaczęli podtrzymywać omdlałe ręce Mojżesza i walkę wygrał Izrael. Gdyby nie wstawiennictwo, żołnierze przegraliby bitwę pomimo wybitnego wodza. Czy to znaczy, że Jozue z żołnierzami byli niepotrzebni, wystarczyłby Mojżesz z pomocnikami i grom z jasnego nieba powaliłby wrogów? Nie, potrzebni byli wszyscy. I zalety wodza, i męstwo żołnierzy, i modlitwa wstawiennika, i wsparcie jego pomocników. Znaczenie tego w dzisiejszej rzeczywistości wymaga wyjaśnienia w osobnym tekście, tutaj chciałem tylko zasygnalizować absolutną niezbędność duchowej perspektywy w naszym patrzeniu na sprawy polityczne. I tak właśnie trzeba przyjrzeć się sprawie Trójmorza (dotąd  zwanego mniej precyzyjnie Międzymorzem).


święci Cyryl i Metody, twórcy idei Trójmorza


Dzieje Trójmorza, jako projektu zarazem politycznego i duchowego, sięgają połowy IX wieku. Wówczas to Bracia Sołuńscy (od miasta Sołuń  - słowiańskiej nazwy Salonik), czyli święci Cyryl i Metody (ogłoszeni przez św. Jana Pawła II współpatronami Europy, a których z całą pewnością możemy przyjąć jako Patronów Trójmorza), uznali, iż cała Słowiańszczyzna, rozciągająca się od Morza Czarnego i Adriatyku po Bałtyk, powinna stać się trzecim wielkim filarem Europy i chrześcijaństwa, pomiędzy łacińskim Zachodem a greckim Wschodem. W tym celu opracowali osobny alfabet - głagolicę (zastąpioną później przez cyrylicę) dla wspólnego języka słowiańskiego oraz przetłumaczyli nań Pismo Święte i księgi liturgiczne. Następnie, w 862 roku, udali się na północ (wcześniej prowadzili misje w Chazarii i Arabii - jaka szkoda, że nieudane!), by w ówczesnym centrum organizacyjnym Słowiańszczyzny, czyli Państwie Wielkomorawskim rozpocząć swoje posłannictwo.

I w tym momencie zaczęła się ta najdłuższa wojna średniowiecznej i nowoczesnej Europy. Idea i praca Cyryla i Metodego spotkała się z gwałtownymi sprzeciwami niemieckich księży tam działających. W 868 roku bracia udali się więc do Rzymu po wsparcie papieża Hadriana II, które uzyskali. Starszy z braci, schorowany Cyryl, wkrótce zmarł pozostawszy tam w klasztorze. Metody zaś, z błogosławieństwem papieża, kontynuował dzieło jako arcybiskup Sirmium (obecnie w Serbii). W 870 roku Metody został uwięziony przez niemieckich biskupów z poparciem króla Ludwika II Niemieckiego. Uwolniony dopiero po dwóch i pół roku, po wielokrotnych interwencjach Ojca Świętego, Jana VIII, udał się ponownie na Morawy.

Niemcy jednak nie odpuszczali i wszelkimi metodami: zbrojnymi, dyplomatycznymi i religijnymi usiłowali zniszczyć to dzieło. Mieli oni bowiem inny plan duchowo-geopolityczny: podbój i kolonizację Słowian (a po kilku wiekach Bałtów) pod pretekstem ich nawracania, aby stworzyć własną Mitteleuropę, jako zintegrowany, wysoce zorganizowany (żeby nie nadużywać współczesnego określenia "totalitarny") system polityczno-religijny, którego szczególnie charakterystycznymi ucieleśnieniami były kolejno: Państwo Krzyżackie, Królestwo Pruskie i III Rzesza.

Tutaj koniecznie trzeba zauważyć specyfikę Niemiec/Niemców jako kraju (w sensie szerokim) i narodu (takoż, zwykle zarazem rozdrobnionego i tworzącego całość) rozdwojonego wewnętrznie. Feliks Koneczny, najwybitniejszy historyk cywilizacji, nazwał to rozdwojeniem cywilizacyjnym, dowodząc szczegółowo, iż Niemcy są mieszanką cywilizacji łacińskiej i bizantyńskiej, i nie jest to tylko obecnie prosty podział na landy katolickie (rządzi CDU/CSU) i protestanckie (rządzi SPD), ale podział ten przebiega, jak pisał Koneczny, w duszach poszczególnych Niemców, którzy kierują się podwójną etyką (inną w życiu rodzinnym, inną w politycznym, symbolizowaną przez zbrodniarzy, który po pracy w obozach śmierci, w domu głaskali dzieci po główkach i słuchali płyt romantycznych kompozytorów). Bizantynizm zrodził, według niego, grzech główny Niemców, jakim jest statolatria (kult/ubóstwienie państwa), nieznana w żadnym innym narodzie europejskim, oczywiście oprócz Rosji, uważającej się za kontynuację Bizancjum.

W tekście niniejszym nie chcę jednak skupiać się na rozdwojeniu cywilizacyjnym Niemiec/Niemców, ale na ich pewnej duchowej specyfice. Otóż z nich właśnie wywodzi się pewien szczególny, negatywny wpływ duchowy na Europę i chrześcijaństwo. O ile bizantyjski wpływ cywilizacyjny zaczął się, według Konecznego, od małżeństwa cesarza Ottona II z księżniczką bizantyjską Teofano, to początek wpływu duchowego, który mam na myśli, upatruję już w koronacji Karola Wielkiego na cesarza w 800 roku i ustanowieniu "Świętego Cesarstwa Rzymskiego".

Osobiście nie sądzę, aby Wolą Bożą było przywracanie w zachodniej Europie jakiegokolwiek cesarstwa, a zwłaszcza "uniwersalnego imperium" (jak to określano), jako scentralizowanej władzy kontynentalnej, usiłującej podporządkować sobie także Kościół (co miało miejsce i w tym i w bizantyjskim cesarstwie). Fakt, że ukoronowania dokonał papież było, zdaniem niektórych historyków, jego próbą zaznaczenia zwierzchności władzy duchownej, bowiem Leon III tylko uprzedził Karola, wiedząc, iż chce on sam siebie ogłosić imperatorem. Zaczął się kilkuwiekowy spór o inwestyturę (mianowanie biskupów) i niejednokrotnie dosłownie zbrojna wojna cesarstwa z papiestwem. Biskupi niemieccy nieraz byli narzędziem politycznej ekspansji Germanii. Kontynuacją idei tego pseudo-Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego jest obecnie Unia Europejska pod przewodem Niemiec. Ich wrogiem zaś są tak teraz, jak i od początku, te narody Trójmorza, które nie chcą być ich kolonią.

Św. Hildegarda z Bingen, mistyczka i też Niemka, którą za życia i po śmierci zwalczał miejscowy biskup niemiecki, uhonorowana dopiero przez Benedykta XVI, w którymś z przyszłych cesarzy niemieckich upatrywała Antychrysta. "Cesarza" nie musimy tu rozumieć literalnie, a faktycznie to tam narodziła się idea, i jej kolejne realizacje, polityczno-religijnego tworu panującego na kontynentem, a w każdym razie jego środkową częścią, którego celem będzie zapewnienie tam dominacji niemieckiej pod płaszczykiem szerzenia niemieckiej wersji chrześcijaństwa podporządkowanego państwu. Dokładnie tym było, stworzone przez Niemców, jako wzorcowe, Państwo Krzyżackie. Tam, w Niemczech, narodził się w XVI wieku luteranizm, jako (niezależnie od kwestii doktrynalnych) niemiecki model chrześcijaństwa, czyli kościołów państwowych (gdzie księża i pastorzy są urzędnikami opłacanymi przez rząd), przyjęty oczywiście w ich praojczyźnie, germańskiej Skandynawii (Gotlandia to wszak, jak mówią Szwedzi, "macierz narodów" [germańskich]). W Niemczech też narodziła się w XVIII/XIX wieku "krytyczna biblistyka", zwana w Ameryce na przełomie XIX/XX wieku "niemiecką teologią", z której wyrósł "modernizm" niszczący Kościół katolicki w XX wieku.

Określa to symbolicznie tytuł jednej z książek o Soborze Watykańskim II i kryzysie "posoborowym": "Ren wpada do Tybru". To wpadanie "Renu" (owego negatywnego czynnika duchowego z Niemiec) do "Tybru" (rzymskiego katolicyzmu) nie zaczęło się bynajmniej w 1962 roku, ale jak wspomniałem wyżej, na przykład w 862-870 roku, gdy niemieccy biskupi postanowili zniszczyć misję świętych Cyryla i Metodego wśród Słowian. Ów "Ren" wpadał do "Tybru", gdy Krzyżacy usiłowali w Rzymie nastawiać, nieraz niestety skutecznie, papieży przeciwko Polsce. Temu "Renowi" przeciwstawił się na Soborze Konstanckim w 1414-18 roku Paweł Włodkowic, w swych słynnych conlusiones ukazując różnicę między prawdziwym katolicyzmem "polskim", wolnym, a jego krzyżackim, "niemieckim" modelem "siłowym". "Ren" również wypadał z "Tybru", gdy niektórzy biskupi niemieccy, po prostu z dnia na dzień, przechodzili w XVI wieku na "zreformowaną wiarę" pociągając za sobą księży i wiernych, którzy pewnej niedzieli dowiadywali się, że od dziś liturgia jest nieco "zreformowana", w języku narodowym itp. (nota bebe zmiany te były mniejsze niż około 1970 roku). Również obecnie "Ren" wpada do "Tybru" i wypada, gdy pewni niemieccy biskupi i kardynałowie usiłują zmienić moralną naukę Kościoła, wpływając na papieża, albo i bez niego.





Nie twierdzę przez to, że Niemcy to samo zło, absolutnie nie! Również cesarze niemieccy [i austriaccy] z pewnością nie byli z reguły wrogami Kościoła, wielu było prawdziwymi protektorami chrześcijaństwa, a także przyjaciółmi Polski. Niemcy wniosły znaczący wkład w rozwój naszej cywilizacji, wydały też wielu świętych, wśród nich i tych, których czcimy jako polskich, jak: św. Jadwiga Śląska, św. Bruno z Kwerfurtu, św. Otton z Bambergu, bł. Juta z Chełmży, bł. Dorota z Mątowów... Ta ostatnia, żona i matka w Gdańsku pod panowaniem krzyżackim, która później obrała życie w całkowitym zamknięciu jako rekluza w Kwidzynie, jest od kilkudziesięciu lat szczególnie czczona przez kard. Józefa Ratzingera-Benedykta XVI i podejrzewam, że jej przykład, obok papieża-mnicha Celestyna V, był inspiracją dla niego przy abdykacji i wyborze życia jakby w rekluzie. Przypuszczam również, że psychologicznym powodem (obok przyczyn innego typu) jego ustąpienia była przede wszystkim właśnie opozycja ze strony biskupów niemieckich. Kardynał Józef Ratzinger, a potem Benedykt XVI, był (i jest, już jako tylko wstawiennik) reprezentantem tej dobrej strony duchowej Niemiec. Był (a może i nadal jest, właśnie jako wstawiennik - jeden ze współczesnych Mojżeszów) tym, który powstrzymuje.

Ustąpienie dobrego (moim zdaniem: wielkiego) niemieckiego papieża i ofensywa ideologiczna niemieckich hierarchów reprezentujących ducha "Renu", czyli jednego z przejawów wpływu Lewiatana ("ducha  wodnego", którego specyfiką jest mącenie w chrześcijaństwie) to znak, iż w Niemczech znowu zdobywa przewagę ten negatywny czynnik duchowy. Dlatego Polska (jak i inne państwa Trójmorza) nie może w żadnym razie ustąpić przed jakimikolwiek naciskami ze strony Niemiec, choćby były pozornie dobre (przyjęcie nieszczęśliwych uchodźców, "praworządność", "wolność prasy" [niemieckiej], "wolność handlu" [niemieckiego] itp.), bowiem pochodzą z nieprawego ducha. Tu naprawdę nie chodzi o te kilka tysięcy uchodźców, bo niedawno Polska przyjęła około sto tysięcy islamskich uchodźców z Czeczenii bez żadnego problemu. Tu chodzi o duchową wojnę o chrześcijańską Europę. Dlatego nie możemy ustąpić Niemcom, od których właśnie wypływa jej destrukcja, nawet na milimetr, tak jak tysiąc lat temu nie ustąpiliśmy im pod Cedynią, Głogowem i Budziszynem.

Naciski idą i będą szły na Trójmorze, tak jak i wtedy, dwutorowo, ze strony niemieckiego kościoła i państwa. Ten germański "sojusz ołtarza z tronem" przejawia, przynajmniej czasami, jak obecnie, istniejące w rzeczywistości duchowej współdziałanie dwóch bestii biblijnych: Lewiatana i Behemota, które prowadzą ludzi ku sobie i antychrystowi. Lewiatan będzie używać manipulacji uczuciowo-religijnych: "nie można być równocześnie katolikiem i być wrogim wobec uchodźców", jak powiedział niedawno jeden z biskupów niemieckich. Behemot (imperium świeckie) będzie straszyć sankcjami i innymi karami. Cel jest jeden: otwarcie całej Europy na destrukcję wiary i cywilizacji.

Negatywna strona Niemiec nie jest i od początku nie była jedynym wrogiem Trójmorza. Drugi wróg przychodził ze wschodu. Niektórzy błędnie utożsamiają misję świętych Cyryla i Metodego i ich obrządek słowiański ze "wschodnim chrześcijaństwem" (w sensie: bizantyjskim). W rzeczywistości Bizancjum np. toczyło wojny z niepodległą Bułgarią, a przede wszystkim również wywierało naciski, aby zatrzeć odrębność słowiańskiego chrześcijaństwa i wchłonąć je przez obrządek bizantyjski, co też w części Trójmorza się stało. Szerzej napiszę o tym w kolejnym tekście, w którym omówię rolę Polski w tworzeniu trzeciego centrum chrześcijańskiego w Europie, począwszy od około 866 (a nie: 966) roku.

Trójmorze jest od 1150 lat blokowane w spełnieniu jego misji duchowej i cywilizacyjnej przez dwie potęgi inspirowane przez tego samego ducha. Jest nim jeden z duchów imperium, określony w Księdze Daniela jako "książę Helleński" (lub w innych tłum. Jawanu, co znaczy to samo, gdyż jest dawną żydowską nazwą Grecji), z którym walczą Archaniołowie Michał i Gabriel (zob. Dn 10). Książę Helleński, czyli demoniczna zwierzchność wspierająca budowę imperium "greckiego" (trzeciej bestii o wyglądzie pantery według Daniela), manifestował się w Imperium Hellenistycznym, potem w Bizancjum, w Cesarstwie Niemieckim (zarażonym u zarania duchem bizantyńskim), wreszcie w Imperium (Carstwie) Rosyjskim, jako kontynuacji Cesarstwa Bizantyjskiego, po jego upadku. Chociaż państwa te były chrześcijańskie, to jednak ich wspólną cechą było podporządkowywanie sobie lokalnych kościołów (prawosławnych, katolickich, protestanckich) i wprzęganie ich w służbę imperium. Kolejną formą istnienia tego imperium był Związek Sowiecki, a obecnie jest nim post-sowiecka Rosja. W duchowej symbolice demon wspierający imperium wyraża się przez czarnego orła.

"Między Niemcami a Rosją nie ma miejsca na Polskę słabą", jak słusznie się mawiało w dwudziestoleciu międzywojennym. "Pakt trzech czarnych orłów" dokonał rozbiorów państwa Orła Białego. Ale trzeba dodać też więcej: między Niemcami, uzurpującymi sobie prawo do budowania kontynentalnego "uniwersalnego imperium", lub przynajmniej "Mitteleuropy", a Rosją uzurpującą sobie bycie "Trzecim Rzymem" nie ma w ogóle miejsca na Polskę samotną, choćby silną. Stąd wzięło się wówczas ponowienie idei Międzymorza. Dlatego państwo nasze, od samego początku, aż do dziś, wielokrotnie brało udział w próbach utworzenia Trójmorza - cywilizacyjnej i duchowej opoki chrześcijaństwa europejskiego, ze swoją specyfiką lokalną, wolnego od wpływów imperium.

W tym miejscu należałoby dokonać szerokiego omówienia kilku ważnych etapów w ponad tysiącletnich dziejach walki o Trójmorze, ale by nie powiększać zbytnio tego tekstu, uczynię to w następnym. Chciałbym uczulić w podsumowaniu na dwie sprawy: Obecnie wzmogą się jeszcze ataki na tę ideę. Będzie ona dalej zwalczana, krytykowana, deprecjonowana i ośmieszana. Spotykając się ze sprzeciwem wobec idei Trójmorza, możemy być pewni jednego na 100% (słownie: sto procent): że mamy do czynienia z niemiecką (względnie rosyjską) agenturą, bądź jej bezmyślną papugą. Ale musimy też mieć świadomość drugiej sprawy: że mamy do czynienia z potężnymi zwierzchnościami demonicznymi (zob. Ga 6, 12), z którymi koniecznie trzeba walczyć, ale bardzo roztropnie. Nie każdy czuje się na siłach by być jak Mojżesz, walczący na pierwszej linii, ale każdy może być jak Aaron i Chur, wspierający wstawienników z pierwszej linii, np. modlić się za Benedykta XVI. Z pewnością zaś wszyscy możemy się czuć wezwani do modlitwy za Ojczyznę i Prezydenta RP.

01 sierpnia 2016

Syrena - demoniczna patronka Warszawy


Króluj nam Chryste
-zawsze i wszędzie!


Chrystus Król Wszechświata, ale czy Polski?


W dniu dzisiejszym, w którym w Polsce obchodzi się kolejną rocznicę wykonania Bożego wyroku na Sodomę, jaką była przedwojenna Warszawa, warto napisać tekst na temat jednej ze zwierzchności demonicznych wywierających wpływ na nasz kraj.

"Pewnego dnia powiedział mi Jezus, że spuści karę na jedno miasto, które jest najpiękniejsze w Ojczyźnie naszej. Kara ta miała być - jaką Bóg ukarał Sodomę i Gomorę. Widziałam wielkie zagniewanie Boże i dreszcz napełnił, przeszył mi serce".
św. Faustyna, "Dzienniczek", 39, 1928 rok

"Polacy pod względem zezwierzęcenia przewyższyli wszystkie narody - nie tylko europejskie, ale całego świata. Jeśli komuś zda się to być nieprawdą, niech zapyta się Pana Jezusa, to On odpowie mu na to, że tak! [...] Wielkie i straszne są grzechy i zbrodnie Polski. Sprawiedliwość Boża chce ukarać ten naród za grzechy, a zwłaszcza za grzechy nieczyste, morderstwa i nienawiść. [...] Pan Jezus z większym wstrętem odwracał się od byłego Rządu Polskiego, niż od Heroda, bo tam popełniano straszne, przerażające grzechy nieczyste. Warszawa to gorsze miasto niż Sodoma".
 Rozalia Celakówna, "Wyznania z przeżyć wewnętrznych", 1939 rok

Warszawę zwano w okresie międzywojennym "Paryżem Północy", ze względu na wielką liczbę domów publicznych i rojących się na ulicach prostytutek, których liczebność szacowano na 20 tysięcy, w tym połowę "legalnie zarejestrowanych" i kilka tysięcy nieletnich. W Warszawie według statystyk z 1928 roku 65% dzieci szkolnych upijało się (obecnie narzeka się, że ok. 40%). Do tego trzeba dodać znaczące zjawisko prostytucji homoseksualnej wśród ówczesnej młodzieży.

W Polsce międzywojennej zabijano rocznie kilkaset tysięcy dzieci nienarodzonych oraz dokonywano wielu innych zbrodni. Sprzedawano kobiety do domów publicznych w Brazylii i innych krajów. Polska była jednym z pierwszych państw świata, w którym zalegalizowano sodomię w 1932 roku (podczas gdy np. w Wielkiej Brytanii za homoseksualizm można było dostać nawet dożywocie). Celem łatwego deprawowania nieletnich ustawowo obniżono "wiek zdolności seksualnych" do 15 roku życia. W 1928 roku "zliberalizowano", niemal najbardziej na świecie, prawo rozwodowe. 85% (słownie: osiemdziesiąt pięć procent) wszystkich członków kolejnych rządów (premierów i ministrów) II Rzeczpospolitej było jawnymi masonami. Pod rządami masońskiej "sanacji" Polska była jednym z najbardziej "postępowych" krajów świata.

"Najwięcej zawiniły przed Bogiem władze - ich zły przykład, lecz to mało tak powiedzieć - ich zwierzęce życie sprowadziło na cały kraj i naród tak straszne nieszczęście. Dlaczego nasz Episkopat tak tolerował te rzeczy? Dlaczego nasi Biskupi i Kapłani milczeli? Nie znalazł się ani jeden taki Piotr Skarga, który by Prezydentowi naszej Rzeczypospolitej wytknął jego występki, i w ogóle całemu Rządowi, bo tam - od pierwszego do ostatniego - prawie wszyscy tacy byli do ostatniej chwili".
Rozalia Celakówna, wrzesień 1939 roku





Pan Jezus dał szansę Rzeczypospolitej: Jego prawdziwą Intronizację. Nie wykorzystano jej wtedy.

"Ludzie mnie nie zrozumieli, przeto przemawiam do ich twardych serc kulami i bombami, a to dlatego, że ich miłuję. Zbrodnie popełniane tak bardzo licznie muszą być zmyte krwią. I to wszystko jest z miłości, bo jest wiele dusz takich, które przez akt doskonałego żalu znajdą przebaczenie, a te, które się potępią, będą o tyle mniej cierpieć, o ile krótsze będzie ich życie, bo tym samym mniej nagrzeszą".
Chrystus do Rozalii 1 września 1939 roku

I te słowa naszego Zbawiciela to jest zasadniczy sens tego, co się stało w Polsce w czasie wojny.


Czy w III/IV RP Warszawa jest lepsza? Czy nie jest już Sodomą? Czy jej demoniczna patronka nie manifestuje się już nierządem większym niż w innych głównych miastach Polski? Bynajmniej. Ci, którzy naprawdę interesują się tą tematyką, wiedzą, iż sama Wielka Nierządnica jednoznacznie zamanifestowała się kilkanaście lat temu w tym mieście, jako swej światowej stolicy. Czy mogło być inaczej, skoro głównym bóstwem, wzywanym niezliczoną ilość razy, przez chyba zdecydowaną większość mieszkańców naszego kraju, we wszystkich sytuacjach życiowych, a zwłaszcza w nagłych problemach, jest właśnie Wielka Nierządnica, zwana pospolitym imieniem "K...a"?

Każdego dnia miliony ludzi w Polsce wzywa tej bogini, wołając do niej przy każdej możliwej okazji najpopularniejszym u nas aktem strzelistym: "o k...a!". Nic dziwnego, że ona przychodzi po swoją własność. Przychodzi każdego dnia po dusze, które wzywają jej imienia i przychodzi czasem zebrać większe żniwo, jak w czasie kolejnych wojen. Jedna z jej demonów służebnych, czyli tzw. "syren", dumnie pręży się na herbie stolicy Polski.

O tym, że syreny to duchy zwodnicze, teoretycznie nie ma potrzeby przekonywać ludzi o minimalnym choćby poziomie wykształcenia humanistycznego. Wystarczy też obejrzeć różne warianty herbu Warszawy przez wieki, aby się przekonać bez żadnych wątpliwości, że jest na nim wizerunek demona. Nie prezentuję ich tu, gdyż z zasady nie umieszczam na moim blogu wizerunków złych duchów, chociaż z konieczności sporo o nich piszę. Warszawska Syrena jest określonego rodzaju. Nie jest to zwykła "syrenka", jak kopenhaska, ale wojownicza. Dlatego Kopenhaga jest pod silnym wpływem pornei, promieniując tym na inne kraje, ale nie ulegała fizycznemu zniszczeniu. Natomiast Warszawa, prócz ulegania duchom nierządu, podlegała wielokrotnym zniszczeniom i rzeziom: od Potopu, poprzez rzeź Pragi, powstanie listopadowe, 1905 rok, pierwszą wojnę, 1939 rok, okupację, powstanie w Getcie, aż do powstania warszawskiego.

Ten konkretny rodzaj ducha złego, wyrażanego w kulturze najczęściej pod postacią syreny, łączy w sobie kilka elementów. Pierwszym jest zwodzenie, znane już z greckiej tradycji. Syrena ma piękny głos, sprawia wrażenie czegoś/kogoś dobrego, ale wciąga marynarzy do śmierci. To zadziwiające, że po tym, co się stało, wciąż, także dzisiaj, słyszymy ten syreni śpiew pochwał pod adresem powstania, które spowodowało zagładę miasta i śmierć prawie dwustu tysięcy ludzi. Jej zwodniczy okrzyk: "Do broni!", rozlegający się w Warszawie w nieodpowiednich momentach, jak w listopadzie 1830 roku, by uratować masońską rewolucję w Belgii, czy podczas "cywilnej obrony stolicy", wbrew dowództwu armii, we wrześniu 1939 roku, wiedzie okręt naszego narodu do katastrofy. Po drugie, syreny śpiewają oczywiście o zaletach nierządu i rozwiązłości, wciągając w śmierć duszy i choroby ciała tak wielu ludzi. Wreszcie, po prostu zabijają swe ofiary. Za pozorami przez nich stwarzanymi, kryje się śmierć i zniszczenie. W ruinach które pozostawiają po sobie, zamieszkuje pokrewny duch zwodzenia, pożądania i dzieciobójstwa: tam Lilit przycupnie i znajdzie sobie zacisze na odpoczynek (Iz 34, 14).

Inną charakterystyczną cechą demona Syreny jest fakt, iż należy on do duchów wodnych. Zasadniczym demonem wodnym jest Lewiatan. Wpływ jego mocy na Polskę, to osobny problem. Tutaj trzeba jedynie zauważyć, iż manifestuje on swój wpływ na nasz kraj na całej długości Wisły, jako głównej polskiej rzeki. W górnym biegu, w Krakowie jest wyrażony Smok Wawelski, który według opisu bł. Wincentego Kadłubka, wypił wodę z Wisły. Pośrodku, w Warszawie stoi Syrena, według Apokalipsy św. Jana Ap. Nierządnica siedzi na Bestii (Ap 17, 3), pijana krwią świętych i krwią świadków Jezusa (6). U ujścia, w Gdańsku stoi Neptun, czyli "bóg" morza, jako symbol tego miasta. Nic dziwnego, że nasz kraj jest ciągle odpychany od korzyści morskiego położenia.

Kolejnym, także współczesnym przejawem działania ducha zwodniczego w stolicy, jest manifestacja innego ducha, bardziej działającego poprzez konkretne osoby, a mianowicie Izebel (Jezabel). Ciekawe, że od lat na czele władz Warszawy stoi niewiasta, która podaje się za prorokinię, lecz zwodzi moje sługi (Ap 2, 20). Od bardzo dawna tolerowano to zasiadanie w stolicy ducha zwodniczego, pomimo przestrogi Chrystusa z Ap 4, 20-22:
mam przeciw tobie to, że pozwalasz działać niewieście Jezabel, która nazywa siebie prorokinią, a naucza i zwodzi moje sługi, by uprawiali rozpustę i spożywali ofiary składane bożkom. Dałem jej czas, by się mogła nawrócić, a ona nie chce się odwrócić od swojej rozpusty. Oto rzucam ją na łoże boleści, a tych, co z nią cudzołożą - w wielkie utrapienie, jeśli od czynów jej się nie odwrócą; i dzieci jej porażę śmiercią.
Warszawskie Dzieci poszły w bój i zginęły. Jakiej jeszcze potrzeba rzezi, aby Naród Polski nawrócił się do Jezusa Chrystusa w pełnym tego słowa znaczeniu, przez wszechstronną Intronizację? Życie duchowe to nie zabawa, to prawdziwa wojna. Bój przeciwko złym duchom, także w wymiarze społecznym, nad całymi miastami i narodami. Bez Intronizacji tej wojny się nie wygra.

Przecież powszechnie znane są słowa św. Pawła o tym, że nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciwko pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich (Ef 6, 12). A jednak poziom ignorancji w dziedzinie walki duchowej na poziomie społecznym w Polsce jest wręcz przerażający. Jestem ciekaw na przykład, ilu księży w Warszawie ma świadomość, że jednym z ich głównych wrogów jest realna duchowa istota o imieniu Syrena?

07 lipca 2016

Duch antychrysta w Kościele


Króluj nam Chryste
na ołtarzach całego świata!

Wczoraj świat katolicki zelektryzowała niecodzienna wiadomość:

Prefekt Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów kard. Robert Sarah zaproponował, aby począwszy od tegorocznego Adwentu księża znów zaczęli odprawiać Msze twarzą "ad orientem", czyli "na wschód", a nie do wiernych.

"Jest bardzo ważne, aby kapłani i wierni jak najszybciej powrócili razem zwrócili się w tym samym kierunku - na wschód lub przynajmniej ku absydzie, ku Panu, który przychodzi" - powiedział gwinejski kardynał kurialny na konferencji "Sacra Liturgia" w Londynie 5 lipca (za portalem Deon.pl: Cała wiadomość).

Kard. Robert Sarah na konferencji

Kardynał poprosił obecnych na spotkaniu duchownych, aby "wszędzie, gdzie tylko jest to możliwe, wcielali w życie tę praktykę". Podkreślił, że wprawdzie niezbędne są tu "roztropność" i odpowiednia katecheza, ale zaapelował do swych słuchaczy, aby "ufali, że jest to coś dobrego dla Kościoła i dla naszego ludu". Kardynał wyraził przekonanie, że "ich własne przekonanie duszpasterskie podpowie im, jak i kiedy będzie to możliwe, ale być może warto zacząć od pierwszej niedzieli tegorocznego Adwentu, gdy czekamy «na Pana, który przychodzi» i «który się nie spóźnia»". Słowa te wywołały długą owację uczestników konferencji.

Dodał, że wiele badań nad liturgią pokazało, iż niektóre reformy posoborowe "były być może prowadzone zgodnie z duchem swoich czasów", ale "wyszły poza" wskazania ojców soborowych zwartych w konstytucji o liturgii Sacrosanctum Concilium. Jest wiele "bardzo poważnych nieporozumień w odniesieniu do liturgii" - stwierdził kardynał prefekt, wyjaśniając, że chodzi o taką postawę w czasie Mszy, w której centrum staje się bardziej człowiek niż Bóg.

"Liturgia nie jest o mnie ani o tobie" - tłumaczył i przypomniał mówca. Podkreślił, że nie jest to "sprawa naszej tożsamości, osiągnięć, uniesienia lub wspierania własnej kultury czy miejscowych zwyczajów religijnych, ale liturgia jest najpierw i przede wszystkim o Bogu i o tym, co On nam dał". Za kard. Josephem Ratzingerem powtórzył, że "zapominanie o Bogu jest najgroźniejszym niebezpieczeństwem naszych czasów".

Jest to doskonały moment, aby przypomnieć sobie nauczanie osoby Benedykta XVI z czasów, gdy obecny system liturgiczny zdominował kościoły, a Józef Ratzinger był jednym z głosów wołających na pustyni, że kult Pana Boga jest wypierany przez kult człowieka. W artykule sprzed trzydziestu lat w Consilium (opublikowanym w Polsce w zbiorze: Józef kardynał Ratzinger, "Kościół -Ekumenizm-Polityka" w 1990 roku) analizował:

"Spróbujmy w skrócie przypatrzeć się tej koncepcji [nowego rozumienia liturgii] w jej istotnych rysach. Punktem wyjścia dla liturgii jest, jak się mówi [w OWMR z 1967 roku] zgromadzenie dwóch lub trzech zebranych w imię Chrystusa. To nawiązanie do słów obietnicy Pana z Mt 16, 20 brzmi na pierwszy rzut oka niewinnie i tradycyjnie. Uzyskuje jednak rewolucyjną dynamikę na skutek pozbawienia tych słów właściwego im kontekstu biblijnego i przeciwstawienia ich całej tradycji liturgicznej.

Ci dwaj lub trzej zostają teraz bowiem przedstawieni jako przeciwieństwo instytucji z jej instytucjonalnymi zadaniami i przeciwieństwo każdego skodyfikowanego programu. Tak więc wyrażenie to oznacza, iż nie Kościół wyprzedza grupę, ale grupa wyprzedza Kościół. Nie Kościół, jako wielkość powszechna, niesie liturgię każdej pojedynczej grupy, albo parafii, lecz grupa sama jest właściwym miejscem powstawania liturgii. Dlatego też liturgia nie wyrasta z jakiejś powszechnej prazasady, z jakiegoś „rytu”; powstaje ona tu, na miejscu, z twórczości zgromadzonych. […] Izolacja tekstu Mt 16, 20 od powszechnej, biblijnej i kościelnej tradycji wspólnotowej modlitwy Kościoła powoduje, jak widzimy, daleko idące konsekwencje: z obietnicy Pana, dotyczącej modlących się w każdym miejscu, dochodzi do dogmatyzacji autonomicznej grupy.

A jak wygląda to „nowe i lepsze”? Zwróciliśmy już uwagę na wiodące koncepcje; teraz trzeba przyglądnąć się bliżej ich konkretyzacji. Na pierwszym planie zjawiają się wyraźnie dwie wartości. Pierwszorzędną – jak nam mówią – wartością odnowionej liturgii jest „pełna i autentyczna aktywność wszystkich jej uczestników”. […] Ważniejsze (tak nam mówią) niż co jest jak. Umieć świętować, znaczy przede wszystkim: umieć zrobić. […] Jedność, która na skutek oparcia liturgii o grupę, zamiast o Kościół, właściwie znika – i to nie teoretycznie lecz w konkretnej praktyce liturgicznej.

Nie mówiłbym o tym tak otwarcie, gdybym sądził, że takie idee przypisać można tylko pojedynczym teoretykom. Choć bowiem nie ulega wątpliwości, że nie mogą się one powołać na żadne teksty Soboru Watykańskiego II, to jednak w niektórych ośrodkach liturgicznych i ich organach udało się ukuć opinię, że właśnie w tym kierunku zmierza duch Soboru. [...]

Nie tylko księżom, ale nawet niektórym biskupom wydaje się, że nie byliby wierni duchowi Soboru, gdyby modlili się tylko tak, jak jest napisane w nowym Mszale; trzeba więc dorzucić przynajmniej jakąś jedną twórczą (improwizowaną) formułkę, choćby najbardziej banalną. A obywatelskie pozdrowienie uczestników, jak również serdeczne życzenia na pożegnanie stały się nieomal obowiązkowym elementem świętych czynności, którego już prawie nikt nie waży się ominąć".

W tym miejscu trzeba uczynić dygresję, czym jest, a raczej właściwie kim jest ów duch Soboru. Kard. Ratzinger, już jako prefekt Kongregacji Doktryny Wiary, uczył o nim w „Raporcie o stanie wiary”: „Przy okazji stawiania diagnozy Kardynał wspominał, że już podczas trwania Soboru <ujawnił się rzekomy jego duch, który był niczym innym jak antyduchem> (niem. Konzil-Ungeist). Za jego sprawą zaczęto uważać, że wszystko, co nowe lub rzekomo nowe (ileż to bowiem dawnych herezji odżyło w ostatnich latach jako absolutna nowość!), jest o wiele lepsze od tego, co było lub jest. To za sprawą tego antyducha zaczęto uważać, że historia Kościoła zaczyna się od Soboru Watykańskiego II jako swoistego punktu zerowego”. Przy innej okazji stwierdził, że „jeżeli istnieje jakiś <duch Soboru>, to z całą pewnością jest to duch zły”.

Rozwijając tę myśl zauważamy, że jak Duch Prawdy to Duch Chrystusa, tak antyduch to po prostu duch antychrysta. Skoro jest antychryst, to istnieje też jego antyduch. W radykalnych środowiskach chrześcijańskich, zarówno tradycjonalistów katolickich, jak i fundamentalistów protestanckich, popularne są dywagacje kto będzie, lub nawet już kto jest Antychrystem. [W tym miejscu stanowczo pragnę oświadczyć wszem, wobec i każdemu z osobna, iż według mnie nie jest, nie może być i nigdy nie będzie nim żaden papież. Amen.] Tymczasem o wiele ważniejsze zawsze jest to, co dzieje się w rzeczywistości duchowej. Należy przede wszystkim rozpoznawać przejawy obecności ducha antychrysta, niż ekscytować się zewnętrznymi sensacjami i roszadami personalnymi.

Tę korektę dał nam przecież już św. Jan Apostoł, gdy ostrzegał: Dzieci, jest już ostatnia godzina, i tak, jak słyszeliście, Antychryst nadchodzi, bo oto teraz właśnie pojawiło się wielu Antychrystów; stąd poznajemy, że już jest ostatnia godzina. Wyszli oni z nas, lecz nie byli z nas; bo gdyby byli naszego ducha, pozostaliby z nami; a to stało się po to, aby wyszło na jaw, że nie wszyscy są naszego ducha (1 J 2, 18-19). Jest to więc kwestia zawsze aktualna, a ważniejsze od tropienia tej jednej osoby, jest odróżnianie prawego ducha, czyli wpływu Ducha Świętego, od ducha antychrysta, który może się manifestować w wielu osobach pozornie będących wpierw we wspólnocie z chrześcijanami.

Zdaniem emerytowanego papieża, antyduch, czyli duch Soboru, czyli duch antychrysta, pojawił się już w czasie obrad Soboru Watykańskiego II, a w późniejszych latach sprawił, iż księża i biskupi starali się być mu wierni, zasadniczo poprzez zmianę sposobu rozumienia, przeżywania i sprawowania liturgii, z teocentrycznej na antropocentryczną. W przytaczanym artykule z tamtej epoki, Benedykt XVI wchodził w głąb tego kluczowego dla obecnej sytuacji problemu:

"Dotąd nie dotknęliśmy jednak samej istoty zagadnienia. Wszystko, co zostało powiedziane, wynika z nadania grupie pierwszeństwa przed Kościołem. […] W liturgii grupowej przekracza się ponownie, zupełnie celowo, granice określonej przestrzennie wspólnoty: w oparciu o liturgiczną formę i jej muzykę tworzy się nową solidarność, poprzez którą ma powstać nowy lud, określający się wprawdzie mianem ludu Bożego, ale przez słowo Bóg rozumiejący samego siebie i w nim urzeczywistnione, historyczne energie. […] Przeprowadzili oni swoje dzieło tak gruntownie i wywarli silny wpływ na świadomość, zauważalny nawet tam, gdzie ludzie zupełnie nie zdają sobie sprawy z jego źródła”.

Teraz wróćmy do fundamentu Pisma Świętego. W kluczowym fragmencie dla tego zagadnienia, w Drugim Liście do Tesaloniczan, św. Paweł Apostoł naucza na temat pojawienia się Antychrysta przed Paruzją:

W sprawie przyjścia Pana naszego Jezusa Chrystusa i naszego zgromadzenia się wokół Niego, prosimy was, bracia, abyście się nie dali zbyt łatwo zachwiać w waszym rozumieniu ani zastraszyć bądź przez ducha, bądź przez mowę, bądź przez list, rzekomo od nas pochodzący, jakoby już nastawał dzień Pański. Niech was w żaden sposób nikt nie zwodzi, bo [dzień ten nie nadejdzie], dopóki nie przyjdzie najpierw odstępstwo i nie objawi się człowiek grzechu, syn zatracenia, który się sprzeciwia i wynosi ponad wszystko, co nazywa się Bogiem lub tym, co odbiera cześć, tak że zasiądzie w świątyni Boga dowodząc, że sam jest Bogiem (2 Tes 2, 1-4).

Zainteresowani tematem Antychrysta zwykle przyjmują utartą interpretację, że człowiek grzechu, syn zatracenia, który zasiądzie w świątyni Boga, dowodząc, że sam jest Bogiem, to będzie jakiś konkretny światowy przywódca, który może wręcz fizycznie zasiądzie w odbudowanej świątyni jerozolimskiej. Czy na pewno to jednoznacznie wynika z listu św. Pawła? Zacznijmy od tego, iż od czasu Paschy Jezusa Chrystusa, świątynią Boga nie jest i nie będzie ta budowla w Jerozolimie (zob. J 4, 21), bo jest nią po pierwsze: Jego Zmartwychwstałe Ciało (zob. J 2, 19-21), po drugie: Jego Ciało -  Kościół Chrystusowy (zob. 1 Kor 3, 9; 1 P 2, 5), po trzecie: chrześcijanin (zob. 1 Kor 3, 16-19), jego ciało (1 Kor 6, 19), dusza i duch (zob. J 4, 23-24).

Człowiek grzechu, który dowodzi, że sam jest bogiem i wynosi się ponad wszystko, na masową skalę już objawił się w XX wieku, poprzez laicyzację, ateizm, materializm praktyczny, pychę tego życia itp. Człowiek ten, w znaczeniu ogólnym, a nie jakiejś konkretnej postaci, już wszedł do świątyni Bożej, czyli Kościoła, jako wspólnoty oraz umysłów wiernych, fizycznie, mentalnie i duchowo poprzez antropocentryzm, który odcisnął swe piętno na nowej teologii i liturgii, zwłaszcza w latach 60. tego stulecia, o czym przecież powiedział w 1972 roku papież bł. Paweł VI w słynnych słowach o dymie szatana, który przeniknął przez jakąś szczelinę do świątyni Bożej.

Skoro istotniejsze jest działanie ducha antychrysta, niż jakiegoś człowieka, przyjrzyjmy się jeszcze omawianemu wersetowi. Przyznam się, że od lat, wchodząc do któregoś nowego, bądź gruntownie przerobionego (to znaczy zdewastowanego) kościoła, przychodzi mi czasami na myśl ten fragment Pisma. Tam, gdzie był, lub powinien być tron dla Chrystusa Króla, na najwyższym miejscu, pośrodku, ponad nowym ołtarzem, znajduje się tron dla człowieka. Jest to chyba najbardziej widoczny wyraz antropocentryzmu w kościołach, związany integralnie z celebracją „twarzą do ludu”, czyli versus populum. Co bardzo istotne, owo łacińskie versus nie oznacza tylko fizycznego zwrócenia, ale nade wszystko istotowe skierowanie wewnętrzne. Dlatego kierunek „ku ludowi” jest rzeczywistym przeciwieństwem zwrócenia „ku Bogu”, czyli versus Deum.

Tę duchową istotę problemu kierunku celebracji podkreślił właśnie kard. Sarah, prefekt Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów: "Drodzy bracia, powinniśmy wsłuchiwać się w lament Boga, który przemawia do nas słowami proroka Jeremiasza: do Mnie zaś obracają się plecami, a nie twarzą (Jer 2,27). Odwróćmy się znów twarzą do Boga!” - zaapelował.



Z owego odwrócenia ołtarza i narzucenia „wspólnotowości celebracji”, czyli zwrócenia się ludzi ku sobie samym, zarówno duchowo, jak i przestrzennie wynikła dewastacja wnętrz kościołów. Masowy obłęd obrazoburstwa, który miał miejsce w Kościele katolickim na przełomie lat 60/70. XX wieku, głównie w niektórych krajach zachodnich, również był manifestacją ducha antychrysta, o czym pisałem w poprzednim tekście. Bowiem nowa teologia antropocentryczna wycisnęła swe piętno na tysiącach kościołów katolickich, z których wyrzucono niezliczone obrazy i figury, a zwłaszcza główne ołtarze.

W nowo wybudowanych kościołach nierzadko wręcz zionie ohyda ziejąca pustką, o której mówi prorok Daniel, zalegająca miejsce święte - kto czyta, niech rozumie - co świadczy, że zbliża się czas (por. Dn 9, 27; Mt 24, 15). Tu i ówdzie owa pustka duchowa „przysłaniana” jest jakimiś szpetnymi wytworami „sztuki nowoczesnej”. Nie tylko kapłan, ale cała „uczestnicząca wspólnota” siłą rzeczy odwróciła się mentalnie od przestrzeni świątyni, tworząc postulowany, teoretyczny, a w niektórych małych grupach faktyczny krąg, zwrócony ku sobie nawzajem, jakby na przekór liturgicznemu wezwaniu: „Zwróćmy się ku Panu!”

Co gorsza, zamrożony ten stan rzekomej „nowości” liturgii (taka nowa to ona już nie jest, była wytworem swojej epoki, banalnym produktem chwili, jak skwitował kard. Ratzinger, o czym szeroko pisałem w tekście „Duszewność w liturgii i teologii”), jest od początku zażarcie broniony jak świętość. Francis Frangipane, amerykański teolog życia duchowego i demonolog zauważył: „Możesz odnaleźć antychrysta w kościołach, które są pełne czci wobec swojej martwoty. Atmosfera w takich miejscach nie jest wypełniona świętością, ale nicością. Jest ona w swojej istocie taka sama jak atmosfera domu pogrzebowego. Antychryst usiądzie na ludziach, stwarzając atmosferę chłodu, która dosłownie wypełnia budynek kościoła”. Taka atmosfera właśnie sprawia, że niektórzy usiłują ją „ożywić” na sposób ludzki, co czasem pogłębia antropocentryzm, a zatem nie wypełnia duchowej pustki, dając chwilową satysfakcję z jej „urozmaicenia”.

"W ten sposób – pisał dalej kard. Józef Ratzinger w cytowanym artykule – dotarliśmy do puntu posiadającego ogromne znaczenie dla sztuki. Liturgia grupy nie jest bowiem kosmiczna; opiera się przecież na autonomii grupy. Nie posiada historii […] nawet jeśli przy tym posługuje się historycznymi rekwizytami. Liturgia grupy nie zna wreszcie tajemnicy, gdyż wszystko jest w niej z góry wyjaśnione i musi być objaśniane. Dlatego też rozwój i uczestnictwo są jej tak samo obce jak posłuszeństwo, w którym objawia się sens większy od tego, który da się objaśnić. W miejsce tych wszystkich wymiarów pojawia się natomiast kreatywność, poprzez którą pragnie się wyrazić autonomię człowieka niezależnego, kreatywność, która chciałaby być realizacją autonomii i emancypacji, staje się dokładnym przeciwieństwem jakiegokolwiek uczestnictwa. […]

W ten sposób się okazuje, że ludzka kreatywność [w sferze religii określana czasem jako duszewność], która chce być przyjęciem i uczestnictwem, jest w swej istocie bezsensowna i nieprawdziwa, ponieważ człowiek dopiero przez przyjęcie i udział może w ogóle być sobą. Ludzka kreatywność jest ucieczką z conditio humana, a więc jest nieprawdą. Nieprawda zaś powoduje rozkład kulturalny, bo wraz z utratą wiary w Boga trzeba też zaprzeczyć naturalnemu rozsądkowi”.

A zatem, podsumowując niniejszy tekst, pozostaje nam odpowiedzieć na wezwanie: „W górę serca!” nie tylko słowami, ale sercem: „Wznosimy je do Pana!”. Odrzucić antropocentryzm, który przez jakąś szczelinę wszedł do Kościoła i powrócić do prawdziwie wspólnej dla kapłana, ministrantów i wiernych celebracji „twarzą do Boga”. Przecież uczy nas Pismo Święte: Wy natomiast przystąpiliście do góry Syjon, do miasta Boga żyjącego, Jeruzalem niebieskiego, do niezliczonej liczby aniołów, na uroczyste zebranie, do Kościoła pierworodnych, którzy są zapisani w niebiosach, do Boga, który sądzi wszystkich, do duchów sprawiedliwych, które już doszły do celu, do Pośrednika Nowego Testamentu - Jezusa, do pokropienia krwią, która przemawia mocniej niż [krew] Abla. Strzeżcie się, abyście nie stawiali oporu Temu, który do was przemawia (Hbr 12, 22-25). "Uważam, że to bardzo ważny krok, aby zapewnić, że podczas celebracji Mszy świętej to Bóg jest najważniejszy" - powiedział kard. Sarah.

02 czerwca 2016

Złe duchy religijności


Króluj nam Chryste!

Ostatnimi czasy popularne jest w środowiskach pentekostalnych nauczanie o złych duchach religii, bądź religijności. Niektórzy przypisują ich działaniu każdą uporządkowaną formę modlitwy, twierdząc iż powinna ona być zawsze spontaniczna i niepowtarzalna. Czy jest to tylko wymysł niektórych neoprotestanckich charyzmatyków, czy też rzeczywiście istnieje tego typu zagrożenie duchowe?

Nie chcemy, żeby Ten królował nad nami!

Zacznijmy od tego, iż wolno, a nawet należy modlić się ustalonymi w Kościele słowami. Biblia o tym mówi. Kiedy uczniowie prosili Chrystusa Pana, by nauczył ich, jak mają się modlić, On odpowiedział: Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się Imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja i tak dalej (zob. Mt 6, 7-15; Łk 11, 1-4), a nie: „mówcie co wam ślina na język przyniesie”.

Osobista modlitwa, własnymi słowami, to dobra rzecz, ale wiara rodzi się ze słyszenia, a tym czego się słucha jest słowo Chrystusa. W Biblii zawarta jest Księga Psalmów, którymi modlą się chrześcijanie różnych wyznań od dwudziestu wieków. Kościół od początku zapisywał formuły modlitewne, wyrażające poprawnie wiarę i zawierające prośby, dziękczynienia, ofiarowania i uwielbienia. Również protestanci przez stulecia mieli swoje modlitewniki i kancjonały.

Słowa św. Pawła: gdy nie umiemy się modlić, tak jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami (Rz 8, 26), odnoszą się do natchnionej modlitwy prośby, czy uwielbienia, na przykład w darze języków, ale Duch Święty także poprzez Kościół podaje nam gotowe teksty modlitw, których sami z siebie nie wyrazilibyśmy. Na ich podstawie wierzący uczy się też modlitwy „spontanicznej”. Św. Paweł pisze: będę się modlił duchem, ale będę się też modlił i umysłem (1 Kor 14, 15). Z resztą każda, nawet najbardziej osobista modlitwa „płynąca z serca” we własnym języku, jest zbudowana ze słów i całych fraz, które wcześniej się słyszało. „Spontaniczne” nabożeństwa protestanckie, przeciwstawiane ustalonej liturgii, zazwyczaj są śpiewaniem pieśni, które ktoś wcześniej ułożył, a nawet jak prowadzący improwizują, to i tak reszta zgromadzenia podąża za nimi.

Gdy w połowie lat 70. pojawiły się w Polsce katolickie grupy charyzmatyczne, a potem też protestanckie, czasami rekrutujące się z tych pierwszych, dążono tam do bardziej samodzielnych modlitw. Gdy duszpasterz Odnowy w Duchu Świętym, wówczas ksiądz, późniejszy biskup Bronisław Dembowski przekonywał prymasa Stefana Wyszyńskiego do zgody na to, kardynał rzekł: „jak ludzie będą się modlić jak chcą, to mogą też wygadywać herezje”. Na co ksiądz odpowiedział: „to dobrze, wówczas będziemy mogli ich skorygować, gorzej jak pozostanie to w ich myśli”, wtedy prymas się zgodził.

Pojawiło się jednak zarazem coś, co można nazwać „reżyserowaną spontanicznością” poprzez pouczenia typu: „módlcie się swoimi słowami, a nie formułkami”, „wznoście ręce w górę, a nie składajcie”, „bądźcie radośni, a nie poważni”, „musicie otworzyć serce”, „czemu jesteście smutni, przecież Pan Bóg was kocha” i tym podobne religijne manipulacje. Dręczono tym niektórych ludzi w Oazie, Odnowie i na pielgrzymkach. Ten proces zaszedł o wiele dalej w nowych zborach protestanckich, stając się obowiązującą [anty]religijną doktryną.

Michael Harper, najpierw duchowny anglikański, odsunięty od tej funkcji za używanie charyzmatów, a od 1995 roku do śmierci ksiądz antiocheńskiego kościoła prawosławnego, w latach 60. i 70. sekretarz generalny Fountain Trust, „organizacji zajmującej się służeniem pomocą kościołom wszystkich denominacji w zrozumieniu i przeżywaniu charyzmatycznych manifestacji Ducha Świętego”, przestrzegał wówczas przed tym, m. in. w książce „Chodzenie w Duchu Świętym”. Pisał tam, iż stwierdzenia „tak mówi Pan”, okrzyki „alleluja!”, „chwała Panu!”, „mogą się stać czynami automatycznymi i rytuałem”. Tak samo, jak przeszkadzające kaznodziei i słuchaczom „potwierdzenia” w czasie kazania wołaniem „ameeen”, gdyż „Duch Święty może być wtedy zagaszony”.

Przykładem skrajnego kultu spontaniczności jest wypowiedź znaczącego neoprotestanckiego ewangelisty Rodney'a Howarda Browna, który ogłosił bez żadnych ogródek: „Będę szybciej członkiem takiej społeczności, w której działa diabeł lub hołdują ciału, niż takiej, w której nic się nie dzieje. [...] Dopóki w ogóle coś się dzieje, to żadnej roli nie odgrywa, czy to jest od Boga, od człowieka, czy od diabła”. Nawet jeśli była to tylko prowokacja, dobrze wyraża pokusę aktywizmu.

W modlitwie jednak najistotniejsza jest łaska Ducha Świętego, a następnie pokora i żywa wiara modlącego się. Pierwsze przebudzenie duchowe wśród protestantów, po dwóch ciemnych wiekach od reformacji, które wyrażało się też w spontanicznych modlitwach, nie zaczęło się od nich, lecz od odmawiania zwykłej, oficjalnej litanii.

Jeden z pionierów tego przebudzenia, to Daniel Rowlands, ordynowany na pastora, choć był niewierzący, gdyż wraz z bratem odziedziczył po ojcu trzy parafie w Walii. Nawrócił się później i zaczął gorliwie się modlić. W 1735 roku, jak pisze Colin Whittaker, zielonoświątkowy historyk Kościoła: „pewnego niezapomnianego dnia w Llangeitho zostało rozniecone wyjątkowe przebudzenie, które rozeszło się na całą okolicę Walii, a stało się to, gdy Rowlands czytał Litanię Anglikańską. Gdy powtarzał słowa: przez Twoją agonię i krwawy pot, dobry Panie, wyratuj nas, całe zgromadzenie zostało natychmiast poruszone i zaczęło płakać. Rozpoczęło się ożywienie życia duchowego, które ogarnęło całe okolice”.

Pierwsze Wielkie Przebudzenie


To samo odnosi się do używania w kulcie Boga i na modlitwie przedmiotów, czy w ogóle materii. Pokusa zbytniego uduchawiania (spirytualizacji), której zwykle ulegają współcześni protestanci, jest tu jeszcze bardziej widoczna. Od początku Bóg stworzył świat materialny, z ziemi ulepił człowieka, w którego tchnął ducha. Człowiek tym różni się od aniołów, że przy oddawaniu czci Bogu posługuje się i musi się posługiwać materią, gdyż sam jest duchowo - materialny, a nie czysto duchowy.

Abel, Noe, Abraham i Jakub wykonywali ołtarze, składali ofiary z baranków i innych zwierząt. Mojżesz sporządził arkę z pozłacanego drewna, zawierającą kamienne tablice, czynił cuda przy pomocy laski. Jan chrzcił wodą, Apostołowie namaszczali olejem i uzdrawiali. Także chusty i przepaski z ciała Pawła były skutecznym narzędziem łaski (zob. Dz 19, 12). Dla jakiegoś celu sam Jezus Chrystus użył śliny, by uzdrowić głuchoniemego i niewidomego (zob. Mk 7, 32-37; 8, 22-26) oraz błota ze śliną, by uzdrowić niewidomego (zob. J 9, 1-41).

To sam Bóg uczynił materię niezbędnym środkiem zbawienia i różnych łask, a nie „tylko wiarę”. Materialne Ciało Chrystusa, którym dokonał On pojednania człowieka z Bogiem jest nim przede wszystkim. Następnie woda do chrztu, olej i nakładanie rąk do udzielania Ducha Świętego, chleb i wino do Eucharystii itd. Za negacją materialnych środków wyrażania i pobudzania wiary, ukrywa się błąd spirytualizacji, pycha duchowa, a nawet manicheizm. Za "antyreligijną", wypaczoną postacią zasady „tylko wiara” może czaić się więc religia demoniczna, wpływ złych duchów, które gardzą materią; bowiem sprzeciw wobec Wcielenia był, według chrześcijańskiej tradycji, przyczyną buntu upadłych aniołów, w oparciu o nauczanie św. Jana Apostoła, iż to zły duch nie uznaje, że Jezus Chrystus przyszedł w ciele (zob. 1 J 4, 2-3).

Obecnie jednak już i niektórzy neoprotestanci z ruchu charyzmatycznego posługują się pobłogosławionym olejem, wodą, solą i chustką, wykonują pewne symboliczne czynności, w ramach walki duchowej, jak oczyszczanie wód w rzekach, układanie w nich pobłogosławionych kamieni, wbijanie palików na rogatkach miast, a nawet zakopywanie Biblii pod budynkiem zboru. Oczywiście spotyka się to z gwałtowną krytyką tradycyjnych protestantów, że są to czynności „magiczne”.

Ma to jednakże oparcie w Biblii i jest zgodne z wiarą i tradycją Kościoła katolickiego wszystkich wieków. Już prorok Elizeusz oczyścił wodę w źródle sypiąc do niej sól (zob. 2 Kr 2, 19-22). W klasycznym katolickim obrzędzie poświęcenia wody, kapłan dodaje sól do wody, wpierw egzorcyzmując je. Odmawia też egzorcyzm nad olejem, aby służył przeciw złym duchom i chorobom (zob. Rituale Romanum). Pierwszy zapis o używaniu we wczesnym Kościele wody święconej do wypędzania złych duchów, pochodzi już ze 120 roku. Pastor anglikański Michael Green, w książce „Wierzę w klęskę szatana”, na podstawie własnego doświadczenia w służbie, pisze: „Woda święcona jest jedną z najcenniejszych pomocy przy uwalnianiu. [...] Kościoły protestanckie odrzuciły wodę święconą jako przesąd, zauważając tylko martwy symbol i sprzeciwiając się mu. Tak naprawdę głupio robimy nie korzystając z niej”.

W kościołach wschodnich do dziś praktykuje się poświęcanie wody w rzekach na pamiątkę chrztu Pana Jezusa w Jordanie. Błogosławi się pola i domy zawierzając je opiece Boga. Pierwszy biskup Kołobrzegu, Reinbern, ustanowiony w 1000 roku, za Bolesława Chrobrego, „wrzucił do morza poświęcone kamienie, aby odpędzić złe duchy i zapewnić rybakom obfite połowy”.

Oczywiście czynności te spełnia się w imię Boga i Jego mocą, opierają się na prośbie i błogosławieństwie Kościoła, a skuteczność ich użycia zależy od wiary przyjmującego. Niezliczone są niepodważalne przykłady uwolnień i uzdrowień za sprawą tych sakramentaliów. Zawsze jednak istnieje ryzyko sprowadzania tego do obrzędów magicznych (siły samego wykonania czynności), lub przypisywania skuteczności samej materii (żywiołom świata). Trzeba umiejętnie pouczać o tym wierzących, aby sakramentalia (błogosławieństwa) stosowane były właściwie.


Istnieje zagrożenie, że można być zniewolonym formami i praktykami religijnymi, na nich się zbytnio skupiając, nie tyle obłudnie, co mimowolnie, z gorliwości, braku dojrzałości i wiedzy, pójścia na religijną łatwiznę, gaszenia Ducha, nieznajomości Boga. Tak było w przypadku faryzeuszy i w inny sposób Greków. Św. Paweł przemawiając do Ateńczyków stwierdził: widzę że jesteście pod każdym względem bardzo religijni (Dz 17, 22). W oryginale greckim jest tu słowo deisidaimonesterous, po łacinie superstitiosiores, trudne do przetłumaczenia na język polski. Może ono też znaczyć „nadmiernie religijni”, lub „zabobonni”. Bliskoznaczne polskie „dewotki” i „bigoci”, to raczej tylko obraźliwe epitety ze strony niewierzących.

Podobne określenie pojawia się też, gdy św. Paweł gani samowolne praktyki ascetyczne i religijne (zob. Kol 2, 16-23), pisząc: przepisy te mają pozór mądrości dzięki kultowi własnego pomysłu; gr. ethelothreskeia; łac. superstitione (w. 23). Trochę to oddaje, może najbliższe oryginałowi, ukute przez komunistów, słowo „religianctwo”. W rzeczywistości chodzi tu raczej o skupienie się na zewnętrznej stronie religii.

Kościół katolicki używał tego łacińskiego słowa w takim negatywnym znaczeniu. W klasycznym Rytuale Rzymskim, w obrzędach chrztu dorosłych, nawracającego się z judaizmu, ksiądz wzywa: respue Hebraicam superstitionem ("odrzuć hebrajską religijność"). Protestanci nadużywają jednak słów „religia” i „religijność”, pochodzących od łacińskiego religio (a więc zupełnie innego słowa), zwykle będącego odpowiednikiem greckiego threskeia (stąd polskie „troska” [o sprawy Boga]) wyłącznie w tym kontekście. Jest to wyraźną, złośliwą manipulacją antykatolicką, gdyż słowa te mają już w językach europejskich ustalone pozytywne znaczenie, jako praktykowanie wiary.

Używanie słów „religia”, „religijny”, na określenie czegoś z gruntu negatywnego, wręcz demonicznego, nie ma oparcia w Biblii i tekstach chrześcijańskich wszystkich wyznań aż do XX wieku. Tak Stary, jak i Nowy Testament w wersji łacińskiej używa słowa religio na określenie kultu Boga, podając przykłady zarówno prawidłowej, jak wypaczonej religijności. Pierwszy raz słowo to pojawia się w Księdze Wyjścia na określenie święta Paschy: Gdy się was zapytają dzieci: cóż to za święty zwyczaj? (łac. Quae est ista religio?; dosłownie: Cóż to jest za religia?) tak im odpowiecie: To jest ofiara Paschy na cześć Pana (Wj 12, 26-27). Św. Paweł Apostoł wspomina, że żył według zasad naszej religii (łac. religionis; gr. threskeias), jako faryzeusz (por. Dz 26, 5).

Św. Jakub Apostoł rozróżnia religijność prawdziwą i fałszywą: Jeżeli ktoś uważa się za człowieka religijnego (łac. religiosum; gr. threskos), lecz łudząc serce swoje nie powściąga swego języka, to pobożność jego pozbawiona jest podstaw (łac. vana est religio; gr. mataios he threskeia; dosłownie: czcza, daremna, fałszywa [to] jest religia). Religijność czysta i bez skazy wobec Boga i Ojca (łac. religio munda et immaculata apud Deum et Patrem; gr. threskeia kathara kai amiantos para to Theo kai Patri; dosłownie: religia czysta i niepokalana przed Bogiem i Ojcem) wyraża się w opiece nad sierotami i wdowami w ich utrapieniach i w zachowaniu siebie samego nieskalanym od wpływów świata (Jk 1, 26-27). Ciekawe, że przekłady protestanckie tłumaczą to wyłącznie jako „pobożność” (BW), „nabożeństwo” (BG), byleby nie użyć znienawidzonego słowa „religia” w pozytywnym znaczeniu.

Zatem istnieje „religia czysta i niepokalana przed Bogiem”. Co więcej, jest to właśnie religia wyrażająca się w dobrych uczynkach i pracy nad sobą! Wynikają one oczywiście z wiary i stanu łaski, gdyż bezowocną „religijnością” jest „aktywizm”, będący dziełem samego człowieka, w celu „samozbawienia”, bądź tylko spełniania uczynków dla Boga. Tymczasem dla pewnej części współczesnych protestantów nurtu ewangelikalnego i charyzmatycznego, tak jedno, jak drugie, to „religia uczynków i własnych starań”, demoniczne zło, przeciwieństwo „ewangelicznego chrześcijaństwa” posługującego się „tylko wiarą” (sola fide) w skrajnie wąskiej wersji.

Niepoliczalną ilość razy można usłyszeć w kazaniach i modlitwach tego środowiska jaka to zła jest „religia”. W kółko powtarzają „religia to, religia śmo, religia tamto”, „walczmy z religią!”, „nie bądźmy religijni!” itp. itd. Zwracają uwagę, że słowo religio pochodzi od łacińskiego religere, czyli „wiązać”, dając do zrozumienia, że religia „wiąże” ludzi; nie dodają tylko, że wiąże z Bogiem. Dla niektórych krytyków owa „religia” oznacza odmawianie jakichkolwiek ustalonych modlitw, zachowywanie terminów postów, czy pór na modlitwę, praktykowanie cnót, czy choćby poważne zachowywanie się w kościele; jakoby Bogu miły był wyłącznie totalny „spontan” i brak jakiegokolwiek porządku. Inni, gdy mówią [zła] „religia”, to w domyśle mają: „katolicka”, jako przeciwieństwo [dobrej] „wiary chrześcijańskiej”, a w domyśle: „protestanckiej”.

Tego typu słowne manipulacje przybierają czasem cechy, elegancko mówiąc: programowania neurolingwistycznego (NLP), a mówiąc wprost: prania mózgu. Wyznawcy mają mieć zakodowane: „religia jest zła!”, cokolwiek rozumieją pod tym pojęciem, a że zdecydowana ich większość wywodzi się ze środowiska kulturowo katolickiego, zaś wszyscy w nim żyją, to słysząc wcześniej i później słowo „religia” używane w dobrym znaczeniu przez Kościół katolicki, reagują odrzuceniem i oto programatorom zapewne chodzi.

Chociaż pobrzmiewa w tym jakieś echo zmagań Marcina Lutra ze swoją religijnością, to zasadniczo rodowód tego typu retoryki sięga zaledwie połowy XX wieku. A stoi za nią konkretnie jeden człowiek: Karl Barth. Ten kalwiński teolog wywarł tak ogromny wpływ na współczesny protestantyzm, a nawet na modernizm pseudo-katolicki, że zwany jest przez niektórych sympatyków „XX-wiecznym protestanckim doktorem Kościoła”. To on m. in. postulował odrzucenie pojęcia duszy, jako „greckiego” i życia zaraz po śmierci, na rzecz wyłącznie zmartwychwstania ciał, on zachęcał by raczej nie zmieniać przynależności kościelnej, lecz „nawracać się do Chrystusa” w swojej wspólnocie, on też wymyślił nową dychotomię wiara – religia.

Do tej pory używano tych słów bądź wymiennie, bądź jako uzupełnianie: wiara to zespół przekonań, coś bardziej wewnętrznego, zaś religia to sposób ich uzewnętrzniania, a więc nabożeństwa, struktura kościelna, wypełnianie przykazań, miłosierdzie itp., ewentualnie całość, łącznie z wiarą. Takie rozumienia są jak najbardziej zgodne z Nowym Testamentem i ogólnie przyjętym zwyczajem w językach europejskich. Tymczasem Barth wprowadził nowe znaczenia: „wiara” to coś autentycznego, głębszego, zaś „religia”, to tylko bezmyślne wykonywanie praktyk religijnych. Zatem słowo to stało się synonimem faryzeizmu, a z czasem wręcz demonicznej pułapki.


Teraz pojawia się kwestia, czy chodzi tylko o słowa, czy też o treść. Jeżeli o słowa, to można by z pewnym zastrzeżeniem spróbować ich sens jedynie skorygować. Formalizm religijny przecież istnieje. Dawniej po polsku nazywany był „dewocją”, choć słowo to pochodzi od łacińskiego devotio, czyli pobożność, a zatem w pełni pozytywnego. O uprawiających czczą dewocję św. Paweł pisze, iż będą zachowywać pozór pobożności (łac. speciem pietatis), ale wyrzekną się jej mocy (2 Tm 3, 5). Zatem problem pustej „religijności” istnieje, tak samo jak istnieją duchy „religijne”, sam bowiem szatan podaje się za anioła światłości (2 Kor 11, 14), więc trzeba je jakoś nazwać, choćby i „duchem religii”, jeśli pozwala to je wypędzić.

Św. Jan od Krzyża, Doktor Kościoła, jeden z największych katolickich mistrzów modlitwy i życia duchowego w XVI wieku zwracał uwagę, iż wypaczone praktyki religijne mogą łączyć człowieka ze złym duchem:

"Zostawmy na razie te praktyki oszałamiające wielością niezwykłych nazw i terminów, które nic nie znaczą, oraz inne rzeczy bezbożne, jakie ludzie głupi o duszy prostackiej i zabobonnej zwykli mieszać do swoich modlitw. O tych praktykach, tak wyraźnie złych i grzesznych, w których się kryje tajemny układ z szatanem, a co za tym idzie, pobudzających Boga raczej do gniewu niźli do miłosierdzia, nie będę tutaj mówił. Zatrzymuję się tylko nad tymi, które nie są tak podejrzane, o których dzisiaj wiele osób używa z nierozumną pobożnością, przypisując im wielką skuteczność i znaczenie. [...]

Gorszą jeszcze rzeczą, [której nie można tolerować,] jest to, że niektóre osoby pragną odczuć w sobie jakiś skutek i objaw spełnienia swej prośby. Pragną otrzymać jakiś znak, że modlitwa ich i towarzyszące jej ceremonie zostały przyjęte; jest to niczym innym, jak tylko kuszeniem i obrażaniem Pana Boga. Zabobony te taki wywołują gniew Boga, iż pozwala szatanowi, ażeby im dawał uczuć i usłyszeć pewne rzeczy, zupełnie zresztą tym duszom niepożyteczne, a tym samym wprowadzał je w błąd. Dusze bowiem, powodujące się takimi zabobonami, na taką zasługują karę" („Droga na Górę Karmel” 3, 43, 1-3).

Wspomniana supestitio, czyli faryzejska, lub „pogańska” religijność (określana przez protestantów jako „religia”), jest więc spotykana wśród chrześcijan, bywa również podsycana przez złe „duchy religijności”, lub „duchy religii”. Lepiej może byłoby przyjąć jednoznaczne określenie „superstycja”, „duch superstycji”, aczkolwiek w niektórych językach, jak w angielskim, czy francuskim, słowo superstition znaczy ściśle „zabobon”, „przesąd”, a zatem kontynuuje inny sens tego łacińskiego określenia. W nowszej literaturze katolickiej, po imieniu opisał „ducha religijności” słynny francuski charyzmatyk o. Joseph-Marie Verlinde, w książce „Jeden jest Pan”.

Inną natomiast kwestią jest treść, jaką ktoś rozumie pod tymi pojęciami. Dla niektórych neoprotestantów Msze i inne nabożeństwa katolickie są demoniczne, opanowane przez „duchy religii” już z tego tylko powodu, że mają ściśle ustalony porządek! Są więc wytworem owej [złej] „religii”. W konsekwencji wszelkie cuda i uzdrowienia, które miały i wciąż mają miejsce podczas katolickich obrzędów, to zwodzenie przez „duchy religijności”, które w tym kontekście wydają się wręcz wszechpotężne. Pewne środowiska neoprotestanckie, głoszące tego typu teorie, same są pod wpływem faryzejskiej religijności, gdyż zamiast uznać działanie Ducha Świętego i dobre drzewo po owocach, chwytają się ostatniego argumentu faryzeuszy: mocą władcy złych duchów, wyrzuca złe duchy (zob. Mt 12, 22-37). Część neoprotestantów natomiast traktuje tę sprawę poważnie, nie opierając się na swych doktrynach, ale na duchowej rzeczywistości. Wówczas możliwa jest rzeczowa dyskusja na temat pułapek superstycji i przeszkód w pogłębianiu wiary.

Powierzchowna, czy wręcz wypaczona „religijność” jest zewnętrznym wyrazem duszewności, jest religijnością ludzi duszewnych. Ludzie tacy, określeni w Nowym Testamencie jako psychikoi; łac. animales (od gr. psyche i łac. anima – dusza), czyli dosłownie „duszewni” (zob. 1 Kor 2, 14; Jud 1, 19; por. Jk 3, 15; 1 Kor 15, 44-46), w różnych przekładach Biblii określeni zostali niejasno jako: zmysłowi, cieleśni, naturalni, intelektualni i odpowiednio w innych językach. Tylko niektóre tłumaczenia oddają to precyzyjnie, jak angielskie: soulical, bądź soulish, a także słowiańskie. Owi „ludzie duszewni” w Kościele z listów apostolskich, to wierzący, ale kierujący się w religii nie duchem, lecz nieprzemienionymi jeszcze, naturalnymi, a zarazem zranionymi i zaćmionymi przez grzech, władzami duszy: rozumem (intelektem), wolą (gorliwością), nieuzdrowioną pamięcią, nieuporządkowanymi uczuciami (emocjami) i wyobraźnią (fantazją), lub głównie doznaniami zmysłowymi.

Na takich właśnie, duszewnych ludzi, mogą mieć wpływ duchy religijne, powstrzymując ich rozwój duchowy. (Problematykę tę najpełniej opisuje w swoich dziełach św. Jan od Krzyża). Ludzie ci byli i są też utrapieniem, zwłaszcza w zakonach, dla duchowych wierzących, takich jak choćby św. Jan od Krzyża, czy św. Faustyna i św. Małgorzata Maria Alacoque. Co charakterystyczne, to właśnie święci byli z reguły podejrzewani przez tamtych o to, że ich autentyczna relacja z Chrystusem jest złudzeniem demonicznym.

Obecne oskarżenia części protestantów o wpływy „ducha religii”, czy „religijności” w katolicyzmie, są zwykle dziełem takich duszewnych, zewnętrznie rozumujących krytyków, którzy nie pojmują istoty i głębi, ani sakramentów, ani różnych form pobożności w Kościele. Człowiek zmysłowy (duszewny) bowiem nie pojmuje tego, co jest z Bożego Ducha. Głupstwem mu się to wydaje i nie może tego pojąć, bo tylko duchem można to zrozumieć (1 Kor 2, 14 BT wyd. V). Dlatego właśnie katolicka pobożność płytkiego rodzaju protestantom wydaje się głupstwem.

Nie znaczy to jednak, że słuszną reakcją jest oburzenie, lub kpina oraz uznanie, iż wszystko w Kościele jest doskonałe, a tłumy praktykujących katolików to giganci ducha. Problem „religijności” (w tym kontekście należałoby właśnie używać jasnego określenia „duszewność”) rozgrywa się na poziomie duszy indywidualnego wierzącego i tylko człowiek duchowy, np. autentyczny kierownik duchowy, może to rozeznać i pomóc (por. 1 Kor 2, 15). Drugi duszewny będzie raczej proponował, lub narzucał własne teorie i praktyki.


Niedojrzała, duszewna religijność może wypaczać to, co samo w sobie jest, lub było dobre, dyskredytując to w oczach innych. Król Ezechiasz potłukł węża miedzianego, którego sporządził Mojżesz, ponieważ aż do tego czasu Izraelici składali mu ofiary kadzielne, nazywając go Nechusztan (2 Kr 18, 4). Z tego nie wynika przecież, że Mojżesz wykonując go oraz ci, którzy wówczas spoglądali na węża, by zostać uzdrowieni, popełniali bałwochwalstwo. Niedopuszczalnym nadużyciem jest więc określanie bałwochwalstwem obrazów w kościołach dlatego, że dla kogoś stały się „nechusztanem”, co jest negatywnym zjawiskiem. Andrzej Stepanow, jeden z liderów charyzmatycznego protestantyzmu w Polsce, zjawisko takiego zrutynizowania, cofania się, zbytniego przywiązania do zewnętrznej formy, która kiedyś była, lub dla innych jest, dobrym środkiem w relacji z Bogiem, nazywa duchem nechusztana, bądź po prostu nechusztanem i jest to interesujące spostrzeżenie.

Subtelną odmianę tego zjawiska można dostrzec też na poziomie strukturalnym. Charakterystycznym przejawem takiego procesu jest starzenie się Odnowy w Duchu Świętym. To, co przed kilkudziesięciu laty było nowością, ożywieniem, spontanicznością, przerodziło się w ściśle obowiązujący rytuał: krąg, zapalenie świecy, ustalony wzór krucyfiksu, stałe modlitwy wstępne, porządek spotkania itd. Odnowa Charyzmatyczna, która kiedyś zainicjowała nowe sposoby modlitwy o uwolnienie, uzdrowienie fizyczne i wewnętrzne, teraz jest sceptyczna wobec ich dalszego rozwoju. Głosy krytyczne wobec modlitwy o uzdrowienie międzypokoleniowe (propagowanej m. in. przez o. Roberta DeGrandisa) wyszły także z Odnowy, podobnie wobec terytorialnej walki duchowej i niektórych spontanicznych zjawisk, np. upadania w czasie modlitwy. Wiekowo również uczestnicy spotkań modlitewnych są coraz starsi, młodzież wybiera nowsze wspólnoty tzw. „trzeciej fali charyzmatycznej”.

Ten sam proces zachodzi w tradycyjnym kościele zielonoświątkowym, acz nie wszędzie. Powstał on sto lat temu z powodu usunięcia charyzmatyków z szeregów klasycznych denominacji protestanckich. Teraz sam bywa niechętny wobec „trzeciej fali” zborów charyzmatycznych oraz ich praktyk, takich jak wspomniana walka duchowa, nowe formy działania, większa spontaniczność. Odnowa jest zresztą równoległa do zielonoświątkowców, gdyż wywodzi się z tego samego poruszenia duchowego. Znamienny jest fakt, że w numerze 90 „Zeszytów Odnowy w Duchu Świętym” z roku 2007, poświęconemu tej problematyce, autorem najbardziej niechętnego wobec „nowych charyzmatyków”, wręcz tendencyjnego artykułu, jest były pastor zielonoświątkowy przez 25 lat, a obecnie katolik z Odnowy, Richard Borgman.


Forma jest przede wszystkim nośnikiem treści, a tą treścią jest Boża Obecność. Są formy odpowiednie do tego same w sobie, są stosowne w danej epoce, czy kulturze, są wreszcie odpowiadające konkretnym osobom w ich dążeniu do zjednoczenia z Bogiem. Dlatego w Kościele katolickim (co znaczy „powszechnym”) są rozmaite obrządki, duchowości, formy modlitwy i wspólnoty, mogą też powstawać kolejne, o ile wyrażają i przekazują wiarę katolicką.

Bez względu na to, czy nabożeństwo jest „charyzmatyczne”, czy „tradycyjne”, prawdopodobnie uczestniczą w nim trzy grupy ludzi: jedni szukają formy uważanej za słuszną (nowej lub starej), drudzy zaspokojenia potrzeb emocjonalnych (radości lub powagi), trzeci autentycznego spotkania z Bogiem. Pierwsi i drudzy z reguły oburzają się, gdy ci trzeci ośmielą się dostrzec Boga także w innej formie niż zaakceptowana przez nich, bo tego nie rozumieją.

Dotyczy to zarówno rodzaju modlitwy, jak i przedmiotów pomocnych w niej (dewocjonaliów). Zadaniem Kościoła jest pomóc tym ludziom w dojrzewaniu chrześcijańskim, przejściu od religijności duszy do otwarcia duchowych oczu na to, co jest rzeczywiście.

Św. Jan od Krzyża ostrzegał: „Niektórzy pokładają wiarę w formułkach i praktykach, chcąc przez nie uzupełnić swą pobożność i modlitwę. Sądzą, że jeśli jednej kropki zabraknie, lub cokolwiek opuszczą, Bóg nie wysłucha ich modlitwy. Tym samym więc pokładają więcej ufności w tych praktykach i sposobach niż w żywej modlitwie. Jest to wielkim lekceważeniem i obrazą Boga” („Droga na Górę Karmel” 3, 43, 2).

„Wielu początkujących ulega wielkiemu łakomstwu duchowemu. Szukają ustawicznie pociechy i wskazówek duchowych, wynajdują książki i bezustannie je czytają, nadto jeszcze gromadzą osobliwe obrazy i różańce, wybierając raz te raz tamte. Ujrzycie ich obwieszonych agnuskami, relikwiami, to znów spisem imion świętych, jak dzieci, które ozdabiają się świecidełkami. Jest to przeciwne ubóstwu duchowemu. Prawdziwa pobożność wypływa z serca i korzysta tylko z tego, co jest w przedmiotach duchowych prawdziwe i istotne. Wszystko zaś inne jest przywiązaniem i oznaką niedoskonałości” („Noc Ciemna” 1, 3, 1 w skrócie).

Następnie podał przykład osoby, której musiał odebrać prosty drewniany krzyżyk, gdyż była do niego chorobliwie przywiązana oraz takiej, która miała oryginalny różaniec z rybich ości, ale nie przeszkadzało to jej we wzroście duchowym. Formy pobożności dla konkretnych osób mogą być więc pomocą, lub przeszkodą. Sam św. Jan, autor tych słów, jako karmelita, nosił przecież szkaplerz i odmawiał różaniec.

św. Jan od Krzyża

Niektórzy nadgorliwi protestanci, widząc u katolika materialny różaniec, lub szkaplerz, już automatycznie podejrzewają, że jest pod wpływem złego ducha religijności, czy „królowej nieba” i przekonują do pozbycia się tych sakramentaliów. Jest to jednak z ich strony nieznajomość istoty katolickich form pobożności, w połączeniu z jakimiś jednostkowymi doświadczeniami, czasami też własnymi. Niestety, przyczyną tego jest także jej słaba znajomość wśród znacznej części zdeklarowanych katolików.

W modlitwie różańcowej najważniejsze jest rozważanie Ewangelii, na drugim miejscu znajduje się osnowa w postaci modlitwy ustnej (też biblijnej), na trzecim same paciorki, które służą przede wszystkim do liczenia modlitw, a raczej by nie myśleć o liczeniu, choć i sam materialny różaniec należy szanować jako poświęcony (przeznaczony wyłącznie do modlitwy i ubogacony błogosławieństwem Kościoła). Szkaplerz zaś jest wyrazem okrycia szatą zbawienia, a nie talizmanem. Oczywiście są tacy niedojrzali katolicy, którzy przyjmują inną hierarchię, lub wręcz popełniają błędy opisane przez św. Jana od Krzyża i należy im umiejętnie pomóc, ale przez to nie wolno całkiem odrzucić tego, co tylu innych ludzi prowadzi w głąb modlitwy do Boga.

Generalnie rzecz biorąc, modlitwy o ustalonej formule, także odmawiane na paciorkach (różańce, koronki), mają trzy stopnie dojrzewania: skupienie na słowie, na sensie i na Bogu (łac. atentio ad verbum, ad sensum et ad Deum). Zatrzymanie się na materii, bądź na pierwszych stopniach, bez wątpienia zahamuje ten rozwój i tutaj nie ma kontrowersji. Afrykańskie przysłowie mówi: „Kiedy mędrzec pokazuje księżyc, to głupiec patrzy się na palec”. Ale z tego nie wynika, że należy mędrcowi odciąć palec.