Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HISTORIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HISTORIA. Pokaż wszystkie posty

24 lutego 2021

Konfederacja Wiosnę do senatu wprowadziła

 

 Króluj nam Chryste!


Konfederacja to ugrupowanie, wedle rozmaitych deklaracji jej członków i sympatyków, gromadzące „prawdziwych” prawicowców, katolików, konserwatystów, narodowców i patriotów. Aby racjonalnie ocenić, czy identyfikacje te i etykiety odpowiadają prawdzie, wystarczy przenalizować wyniki wyborów do parlamentu w 2019 roku.

W wyborach do sejmu, gdzie Konfederacja zarejestrowała kandydatów we wszystkich okręgach, zdobyła 1 256 953 głosy, czyli 6,71% ważnie oddanych głosów. W wyborach do senatu wystawiła jednak tylko siedmiu kandydatów na sto okręgów. Niektórzy mogli naiwnie sądzić, że jako „prawdziwa prawica”, stojąca „na prawo od PiS-u”, w pozostałych okręgach zastosowała, przynajmniej domyślnie, „pakt senacki” z Prawem i Sprawiedliwością, które choć w oczach konfederatów jest „zbyt lewicowe”, to jednak przecież „na prawo” od Koalicji Obywatelskiej, a już na pewno od Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Wiosny.

Wyniki wyborów rozwiały jednak to złudzenie. Okazało się, że kandydaci Prawa i Sprawiedliwości do senatu otrzymali łącznie 8 110 193 głosy (nie licząc 106 035 głosów na nieformalnie wspartą przez PiS, niezależną kandydatkę Lidię Staroń w okręgu olsztyńskim 86), czyli 45,00% w skali kraju z wyłączeniem tego okręgu. Jest to wynik tylko o ok. 1,5% lepszy, niż padło na listę PiS do sejmu (43,59%). Zatem na kandydatów PiS do senatu zagłosowało jedynie 122 566 osób więcej niż na tę partię do sejmu (bez terenu okręgu 86). Gdyby więc te dodatkowe głosy były w całości dziełem konfederatów, to i tak stanowiłyby one tylko około 10% elektoratu Konfederacji.

Prawo i Sprawiedliwość złożyło kilka protestów wyborczych odnośnie wyników do senatu, dziwiąc się, dlaczego liczba głosów nieważnych oddanych na listy senackie (2,55%) była znacząco wyższa niż oddanych na listy poselskie (1,11%), choć te drugie są nieco bardziej skomplikowane. W całym kraju w wyborach do senatu oddano o 269 362 mniej ważnych głosów, niż w wyborach do sejmu, czyli o około 1,5% mniej. Czyżby listy do senatu były częściej fałszowane w komisjach wyborczych przez dodanie drugiego krzyżyka, celem unieważnienia głosu? W przeszłości takie sytuacje miały miejsce, od kilku lat jednak kontrola przy liczeniu jest na tyle silna, że nie jest możliwy znaczniejszy wpływ tego procederu. Szczegółowa analiza rodzaju i liczby nieważnych głosów wyklucza w ogóle taką możliwość, poza ewentualnymi lokalnymi incydentami i zwykłymi pomyłkami komisji.

Wśród 207 747 głosów nieważnych do sejmu, na 128 553 kartach zaznaczono więcej niż jedną osobę, a na 79 794 żadnej. Na 476 582 głosy nieważne do senatu, z paroma krzyżykami było kart 136 886, czyli praktycznie tyle samo, co w wyborach do sejmu, a pustych aż 339 696. Ten 0,7% nieważnych głosów do sejmu (i też do senatu) ze zbyt dużą liczbą znaków x, to najczęściej zapewne pomyłki ludzkie (ktoś zaznacza nie tego, co chce i poprawia), choć nie można wykluczyć, że i w ten sposób niektórzy wyrażali brak akceptacji wobec wszystkich ugrupowań i kandydatów.

Dlaczego zatem aż o 259 902 więcej nieważnych głosów przez brak zaznaczenia jakiekolwiek kandydata na listach do senatu? Sprawa oczywista, do senatu był o wiele mniejszy wybór osób i opcji politycznych. W paru przypadkach wynikać to mogło z kontrowersyjności któregoś kandydata. Aby odpowiedzieć na ważne pytanie, czyj elektorat zasadniczo, w skali kraju, odrzucał możliwość zagłosowania na przedstawiciela innej partii niż tylko własna, należało porównać rezultaty w poszczególnych okręgach. Wówczas bowiem jawi się zadziwiająca prawidłowość: we wszystkich siedmiu okręgach, gdzie kandydowali przedstawiciele Konfederacji, liczba nieważnych głosów była zdecydowanie niższa niż w pozostałych. W okręgu 9 (Bydgoszcz i sąsiednie powiaty) i 35 (Tarnów i sąsiednie powiaty) było ich więcej tylko o 0,9% niż w wyborach do sejmu, w okręgach 50 (Radom i sąsiednie powiaty) i 27 (Sieradz) o 0,7% więcej, w okręgu 92 (wsch. Wielkopolska) niemal równa, a w okręgach 85 (pd-zach. Mazury) i 10 (na pd. od Bydgoszczy) sensacja: w wyborach do senatu wyjątkowo więcej głosów ważnych niż w wyborach do sejmu. Wyjaśnienie jest więc proste – to właśnie część elektoratu Konfederacji, gdy nie było ich kandydata do senatu, oddawała głos nieważny, kierując się jakoby zasadą „PiS-PO – jedno zło!”.

Pozostaje oszacować, jaki elektorat dostarczył kandydatom Prawa i Sprawiedliwości do senatu owe dodatkowe głosy powyżej wyników tego ugrupowania do sejmu. Elektorat Koalicji Obywatelskiej i Lewicy raczej nie wchodzi w grę, choć oczywiście nie można wykluczyć pojedynczych osób. Mogła to być więc część zwolenników Polskiego Stronnictwa Ludowego, bądź Konfederacji. Nie trzeba jednak spekulować. Aby rozwiązać ten dylemat należy przeliczyć głosy w wyborach do sejmu w podziale na okręgi senackie oraz sprawdzić wyniki w tych okręgach senackich, gdzie jedynym konkurentem kandydata PiS był przedstawiciel PSL w ramach „paktu senackiego” totalnej opozycji.

Takim okręgiem jest np. 46 (Ostrołęka i powiaty: ostrołęcki, pułtuski, ostrowski, makowski i wyszkowski). W nim Robert Momątow z PiS otrzymał 104 694 głosy (61,53%), a Tadeusz Nalewajk z PSL 65 445 głosów (38,47%). Jeżeli zsumować wyniki wyborów do sejmu w tych powiatach, to PiS otrzymał 104 188 głosów a zatem kandydat tej partii do senatu otrzymał tam tylko 506 głosów więcej niż to ugrupowanie do sejmu. Tymczasem Konfederacja otrzymała na tym obszarze 10 753 głosy (6,22%). Jest to dowód, że to wcale nie jakaś, choć trochę znacząca, część elektoratu Konfederacji popierała kandydatów PiS do senatu, ale część elektoratu PSL (około jedna piąta), w tych okręgach gdzie nie było ich kandydata, nie respektowała „paktu senackiego”, w niektórych z nich woląc Zjednoczoną Prawicę. Potwierdza to ogólne zjawisko pewnego przepływu między elektoratami PSL i PiS-u w różnych wyborach (np. spora część rolników wybierających do sejmu PiS, do samorządu preferuje PSL, przy okazji: znaczna część „kukizowców” przeszła na stronę PiS-u).

Analiza szczegółowych wyników wyborów w powiatach tworzących okręg senacki 95 (Kalisz i powiaty: kaliski, pleszewski i jarociński) ostatecznie rozstrzyga kwestię, czyj elektorat: Polskiego Stronnictwa Ludowego czy Konfederacji, dawał dodatkowe głosy na kandydatów Prawa i Sprawiedliwości do senatu. Wyniki całościowe potwierdzają ogólną prawidłowość, że na obszarach gdzie PSL ma ponadprzeciętne poparcie (ale nie wystawił kandydata do senatu), tam pisowscy kandydaci do senatu więcej bonusu zyskiwali. W okręgu 95 PSL zdobył 12,87%, czyli 4,4% ponad wynik ogólnopolski. W okręgu tym Andrzej Wojtyła (PiS) uzyskał w wyborach do senatu wynik 49,45%, czyli też 4,4% wyżej niż rezultat PiS w wyborach do sejmu na terenie tego okręgu senackiego (45,05%).

Porównanie dwóch powiatów w tym okręgu wyjaśnia sprawę definitywnie. W powiecie pleszewskim PSL zdobył 17,66%, a PiS 46,70% głosów do sejmu; do senatu w tym powiecie kandydat PiS otrzymał 53,69%, czyli aż o 7% więcej niż jego ugrupowanie. W Kaliszu PSL dostał 7,04%, a PiS 34,68%; do senatu kandydat PiS otrzymał w tym mieście 36,84%, a zatem tylko o 2% więcej niż jego partia. Konfederacja zdobyła praktycznie tyle samo w powiecie pleszewskim (6,57%), jak w Kaliszu (6,46%). A zatem bez żadnych wątpliwości, to wcale nie część Konfederacji (jak niektórzy mogli się łudzić), ale elektorat Polskiego Stronnictwa Ludowego w części okręgów dostarczył kandydatom Prawa i Sprawiedliwości do senatu dodatkowych głosów.

W omawianym okręgu 95 wygrał jednak konkurent Andrzeja Wojtyły (PiS), Janusz Pęcherz z Koalicji Obywatelskiej, chociaż porównanie wyników z powiatów wskazuje, że spora część wyborców PSL złamała „pakt senacki” i zagłosowała na Wojtyłę. Brakujących głosów kandydatowi totalnej opozycji dostarczyła więc część wyborców Konfederacji. Znaczna liczba konfederatów musiała też zachować względem niego „życzliwą neutralność”, skoro w tym okręgu liczba głosów ważnych do senatu była aż o 3384 mniejsza, niż w wyborach do sejmu na tym obszarze.

Liczba głosów nieważnych, nawet do senatu, była jednak w całym kraju niewielka. 71,3% z nich do senatu, czyli 1,8% oddanych głosów to karty puste. Z porównania liczby głosów na ugrupowania sejmowe z liczbą głosów na popieranych przez nich senatorów oraz liczby głosów nieważnych w poszczególnych okręgach wynika, że znacząca większość z nich, to mogły być świadome decyzje właśnie konfederatów.

Oznacza to, że co najwyżej 20% sejmowego elektoratu Konfederacji w wyborach do senatu zachowało „neutralność”. Tylko maksymalnie 5% poparło kandydatów Prawa i Sprawiedliwości. Co najmniej 75%, czyli zdecydowana większość głosowała na kandydatów opozycyjnych, bez względu na to, czy byli „niezależni”, czy należeli do PO, Nowoczesnej, PSL, SLD, czy Wiosny. W przypadku tej ostatniej partii może się to wydać komuś wręcz nieprawdopodobne, dlatego należy dokładnie przeanalizować wyniki wyborów w okręgu 75 (Mysłowice, Tychy, powiat bieruńsko-będziński).

Startowało tam dwoje kandydatów: Czesław Ryszka (Prawo i Sprawiedliwość), zasłużony publicysta i autor książek katolickich, kawaler Zakonu Rycerskiego Grobu Bożego w Jerozolimie oraz Gabriela Morawska-Stanecka (Wiosna), wiceprezes tego ugrupowania ds. prawno-legislacyjnych, która zadeklarowała na stronie MamPrawoWiedzieć.pl, że poprze wprowadzenie „małżeństw” osób tej samej płci.

Wyniki są następujące: Czesław Ryszka (PiS) otrzymał 61 823 głosy (49,07%), a Gabriela Morawska-Stanecka (Wiosna) 64 172 głosy (50,93%). W wyborach do sejmu w powiatach: Mysłowice, Tychy i bieruńsko-będziński łącznie PiS otrzymał 57 962 głosy (45,08%), Konfederacja 9473 głosy (7,37%).

Czesław Ryszka otrzymał zatem dodatkowo 3861 głosów ponad liczbę głosów na listę PiS do sejmu. Nawet jeśli przyjąć założenie (niezgodne z wyżej przedstawionymi szacunkami podanymi na przykładzie okręgu ostrołęckiego oraz kaliskiego, ale dajmy na to), że nikt z elektoratu PSL, ale wyłącznie konfederaci dali Ryszce te dodatkowe głosy, to i tak stanowiłyby one tylko 40,76% głosów oddanych na Konfederację w wyborach do sejmu na tym obszarze. 

Co najmniej 59,24% wyborców Konfederacji wolało wesprzeć (część biernie, poprzez oddanie głosu nieważnego, ale większość czynnie, przez głosowanie wprost) kandydatkę partii Roberta Biedronia. Nawet więc zakładając, że wszystkie głosy nadwyżki na Czesława Ryszkę oddali konfederaci, a wszystkie nadliczbowe głosy nieważne do senatu (w stosunku do głosów nieważnych do sejmu na tym obszarze), w liczbie 2570, to również świadome decyzje konfederatów, to i tak na Morawską-Stanecką oddały głos co najmniej 3042 osoby głosujące do sejmu na Konfederację (32,11%, faktycznie zaś większość, wyborców Konfederacji na obszarze tego okręgu senackiego).

Licząc od drugiej strony: ugrupowania tworzące „pakt senacki” totalnej opozycji (KO, SLD, PSL) na obszarze tego okręgu senackiego uzyskały do sejmu łącznie 61 130 głosów, Morawska-Stanecka otrzymała 64 172 głosy, a zatem dodatkowo akurat dokładnie 3042 głosy. Mogła je dostać tylko od Konfederacji, bo przecież nie od PiS, a innych list do sejmu w tym okręgu nie zarejestrowano.

Kandydatka Wiosny wygrała z kandydatem Prawa i Sprawiedliwości różnicą 2349 głosów. Oznacza to ponad wszelką wątpliwość, że została senatorem w wyniku poparcia jej przez wielką część elektoratu Konfederacji.

Postawa wyborców Konfederacji zadecydowała o zwycięstwie jeszcze trzech kandydatów totalnej opozycji do senatu, a zatem o utracie większości w senacie przez Prawo i Sprawiedliwość. Są to startujący z ramienia Koalicji Obywatelskiej: wspomniany wyżej Janusz Pęcherz (okręg kaliski 95), Ewa Matecka (okręg kaliski 96), która pokonała Łukasza Mikołajczyka z PiS oraz Jolanta Hibner (okręg podwarszawski 40), która bardziej przypadła do gustu sporej części konfederatów, niż prof. Jan Żaryn (PiS), czołowy historyk Kościoła, obozu narodowego i żołnierzy niezłomnych, publicysta prasy prawicowej, obrońca godnej pamięci Narodowych Sił Zbrojnych.

Ten wniosek może szokować, ale to także jest prawda. Jan Żaryn otrzymał 137 674 głosy (48,48%), czyli o 11 441 więcej niż Prawo i Sprawiedliwość do sejmu na tym terenie, podczas gdy Konfederacja dostała tam 19 658 głosów, a przecież profesora zapewne poparła też część wyborców Bezpartyjnych i Samorządowców (startujących tam do sejmu), którzy znajdują się w koalicji samorządowej z PiS oraz Polskiego Stronnictwa Ludowego, podobnie jak w omawianych wcześniej okręgach. Jolanta Hibner otrzymała 146 318 głosów (52,52%), czyli o 8 544 więcej niż partie „paktu senackiego”, a Bezpartyjni 6 164 głosy. Nawet więc gdyby (zakładając czysto teoretycznie) nikt z PSL i BiS nie poparł Jana Żaryna, to i tak otrzymał on głosy od jedynie 58,2%  elektoratu Konfederacji. 41,8% nie uważało za stosowne poprzeć historyka polskiej prawicy, w tym 5 837 konfederatów oddało głos nieważny (aż tyle wynosi tam różnica między liczbą ważnych głosów do sejmu i senatu), a 2380 (faktycznie zaś większość konfederatów) wprost zagłosowało na kandydatkę KO.

Czesław Ryszka, który też utracił mandat senatora za sprawą konfederatów, to człowiek od dziesiątków lat wierny katolicyzmowi w tradycyjnej formie. Uzyskał na pewno znaczące poparcie wśród praktykujących katolików, którzy na obszarze południowo-wschodniego Górnego Śląska są wciąż liczni. Ale na PiS głosują licznie także ludzie, mówiąc delikatnie, „dalecy od Kościoła”, lecz kierujący się dobrze pojętym interesem ekonomicznym. Prawo i Sprawiedliwość-Zjednoczona Prawica jest przecież ugrupowaniem zapewniającym nie tylko „transfery socjalne”, ale i wzrost gospodarczy, względnie wysoki, zwłaszcza na tle UE.

W konkretnej sytuacji wewnętrznej oraz geopolitycznej PiS musi zarazem, jak przystało na ludzi kierujących się rozumem i roztropnością, iść na pewne kompromisy, a myślący obywatele powinni (oczywiście z możliwymi poważnymi zastrzeżeniami do pewnych kwestii) to zaakceptować. Ta oczywistość jednak nie dociera i przez wieki nie docierała do polskich „ideowców”.

Od prawie tysiąca lat, bo od czasów Mieszka II, kolejne pokolenia rozmaitych „konfederatów”, „rokoszan” i tym podobnych, walczących „w obronie wiary i tradycyjnych praw”, regularnie torpedowały wysiłki rozsądnych patriotów rządzących Polską. Nie inaczej stało się w ostatnich wyborach parlamentarnych. Teraz także współczesnym konfederatom, broniącym „czystej idei”, "pryncypialna" postawa nie pozwoliła zagłosować na pisowskich „komunistów”, takich jak Czesław Ryszka i Jan Żaryn. Co innego oddać głosy na kandydatkę Wiosny, czy na reprezentantów Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Wszak generałowie PRL byli „ludźmi honoru”, a ich spadkobiercy z SLD przedzierzgnęli się w kapitalistów, toteż zasługują na „szacun” ze strony konserwatystów z „prawdziwej prawicy”.

Robert Winnicki, jeden z przywódców Konfederacji, kilka miesięcy przed wyborami, podczas debaty na antenie Polsat News, dwukrotnie oświadczył dobitnie:

„Tylko Konfederacja może zatrzymać marsz tęczowych do parlamentu”.

W rzeczywistości stało się dokładnie odwrotnie. Wybory do senatu ujawniły, że Konfederacja to „czwarta głowa smoka” totalnej opozycji, kierującej się irracjonalną ideologią infantylnego antypisizmu, a nie „prawdziwa prawica”. Tak, to właśnie dzięki poparciu elektoratu Konfederacji, partia Roberta Biedronia wprowadziła swoją jedyną reprezentantkę do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej.


24 lipca 2017

Święta Kinga – patronka na obecny moment



Króluj nam Chryste!
- zawsze i wszędzie.


W ostatnich dziesięcioleciach wiele osób głosi, iż należy w Kościele katolickim dowartościować „świeckich”, wielu powołuje się na nauczanie Soboru Watykańskiego II o powszechnym powołaniu do świętości, Dekret o Apostolstwie Świeckich, adhortację św. Jana Pawła II Christifideles Laici, mówi o „domowym kościele”, doniosłej roli rodziny i zakorzenieniu jej życia w Ewangelii, o „powszechnym kapłaństwie”, o budowaniu życia społecznego na Chrystusie i Jego nauce. (Przy okazji: „wierni świeccy” to niebiblijne określenie, w Nowym Testamencie „świeccy”, czyli „ludzie ze świata” to niewierzący, a „duchowni” to ludzie duchowi, prawdziwie wierzący, a nie sami „prezbiterzy”).


Święta Kinga

Gdy jednak przychodzi do konkretów, to okazuje się, że w obecnej polskiej rzeczywistości „świeccy”, zwłaszcza kobiety, to mogą co najwyżej podlewać kwiatki w kościele. Owszem mają głos, pod warunkiem, że mówią dokładnie to, co chce hierarchia. Gdy tylko ośmielą się mieć jakieś inne postulaty, np. pełna Intronizacja Chrystusa Króla Polski, to stają się „sektą”, stawiają „poza kościołem”. Jeszcze gorzej jest na zachodzie Europy. Tam „świeccy” odgrywają sporą rolę, z braku księży, ale „głos świeckich” jest wysłuchiwany wtedy, gdy zmierza do zniszczenia tradycyjnego nauczania i praktyki. Gdy jacyś wierni chcą powrotu do form tradycyjnych, np. celebracji versus Deum, Komunii na klęcząco, wtedy już głosu nie mają, ale muszą być „posłuszni”. Zresztą w Polsce to również od dawna ma miejsce. Można by mnożyć przykłady, ale nie o tym chcę dziś pisać.

Z drugiej strony uderza nas potężna fala dążąca do wyeliminowania chrześcijaństwa, wiary katolickiej i zgodnych z nią zasad cywilizacji łacińskiej, zarówno z życia publicznego, jak rodzinnego i prywatnego. Ulegając temu, nawet tak wielu hierarchów wycofuje się z głoszenia społecznego panowania Jezusa Chrystusa, na rzecz akceptowania „demokracji”, „wolności religijnej” i „pluralizmu”, domagając się tylko „poszanowania godności człowieka” i co najwyżej respektowania „wartości chrześcijańskich”. Gdy w ostatnich dniach wzmaga się hybrydowa wojna mocy ciemności przeciwko Polsce, nie słychać od nich jednoznacznego potępienia prowokatorów i ich bezmyślnych rezonatorów.

Absolutnym novum w tej niszczącej fali jest od paru lat udział części najwyższych hierarchów w Europie, zwłaszcza z Niemiec, w ataku na katolickie małżeństwo, na jego nierozerwalność, na wartość wierności małżeńskiej, czystości, wstrzemięźliwości i świętości. „Małżeństwo niech będzie we czci pod każdym względem i łoże nieskalane, gdyż rozpustników i cudzołożników osądzi Bóg” - nakazuje Słowo Boże (Hbr 13, 4).

Inna sprawa, że tradycyjne nauczanie chrześcijańskie na temat pożycia małżeńskiego jest już praktycznie zapomniane, a jego miejsce zajmują zwodnicze poglądy własne grasantów, typu o. Ksawery Knotz w Polsce. Jest to skutek zaniku w kościele posoborowym nauczania o duszy ludzkiej (według „nowej teologii” dusza to wymysł filozofii greckiej o czym pisałem w tekstach o duszewności), o powiązaniu ciała z duchową rzeczywistością. Ostatnimi czasy w Polsce nawet oficjalnie w Kościele zwalcza się ważne prawdy o rozmaitych ranach duszy i chrześcijańskich sposobach uzdrowienia z nich.

Cielesność, materialność, doczesność, horyzontalność myślenia opanowuje różne środowiska kościelne i wyraża się w wielu aspektach (nawet „obrońcy Tradycji katolickiej” zdają się bardziej dbać o rzeczy zewnętrzne, typu koronki, stroje, obrusy, mantylki i perfekcyjność gestów ministrantów, niż o znajomość, a przede wszystkim wzrastanie w tradycyjnej katolickiej duchowości). Przy takich „obrońcach” Kościołowi katolickiemu grozi kapitulacja przed cielesnością i zmysłowością. Lekarstwem na pożądliwość i rozwiązłość ma być jej akceptacja.

Marcin Luter, którego ostatnio jakiś niemiecki hierarcha podał katolikom za wzór do naśladowania, tak radził zwalczać pokusy nieumiarkowania, gniewu i nieczystości:
„Szatańskie myśli zwalczać szatańskimi myślami. Trzeba częściej zaglądać do dzbana, śmiać się i bawić, na złość diabłu grzech jakiś popełnić, przedstawić sobie postać nadobnej dziewczyny, unieść się gwałtownym porywem gniewu”.

Dzisiaj duch, który przez niego przemawiał, mówi ustami niektórych katolickich hierarchów:
„plagę rozwodów powstrzymamy przez ich akceptację; węzeł małżeński obronimy przyspieszając procedurę jego unieważnienia”.

W tym kontekście doniosłe znaczenie mają kanonizacje osób „świeckich”, dokonane przez św. Jana Pawła II, także podczas pielgrzymek do Polski. Przedstawił nam bowiem, jako godne czci i naśladowania, m. in. królową Jadwigę i księżnę Kingę. Przeważnie beatyfikacje i kanonizacje dotyczą osób z czasów współczesnych, których życie związane jest z otaczającą nas, lub poprzednią, żywą jeszcze w pamięci rzeczywistością, której często były one ofiarami. Tymczasem w epoce totalnej demokracji, kultu pseudo-nowoczesności, konsumpcjonizmu, zmysłowości i cielesności, papież wyciągnął „z mroków średniowiecza” św. Kingę, którą dziś (24 lipca) w Kościele wspominamy.

Szok. „Weszliśmy do Europy”, a naszym wzorem nie ma być słynna piosenkarka, czy aktor? Ale święta Kinga? Jedyne co wielu współczesnych, także katolików, raczy u niej zrozumieć, to fakt, że „dbała o biednych i wykluczonych”. Ale te długie modlitwy, biczowanie, posty, chodzenie boso i inne umartwienia, to zupełnie „nie w duchu soboru”. A jeszcze to życie w małżeństwie z księciem Bolesławem Wstydliwym we wstrzemięźliwości. Bez sensu! Co na to redakcje czasopism „dla mężczyzn”, „dla kobiet” i „dla młodzieży”? A gdzie „radość miłości”? Nawet sztandarowy „obrońca katolicyzmu” Tomasz P. Terlikowski, pannie która pytała na forum Frondy o możliwość i plany życia w białym małżeństwie z przyszłym mężem, poradził aby udała się do seksuologa, skoro ma jakieś zahamowania (sic!!!).


Pierścień w soli św. Kingi

Albo po co księżna Kinga zakładała polskie kopalnie soli (do tego państwowe! - a fe, co za pisowski socjalizm!). Czy nie prościej było sprowadzać sól z sąsiednich Węgier? Albo z dalekich Chin? A na koniec jeszcze, zamiast zapewnić sobie godziwą i przyjemną emeryturę, ona oddała majątek i wstąpiła do klasztoru. Może i dobrze, tam jest jej miejsce. Ale żeby tacy mieli nami rządzić? Tacy, jak święci władcy: Ludwik, Stefan, Edward, Wacław, Jadwiga Śląska, Jadwiga Królowa, czy wreszcie Kinga oraz jej siostry Małgorzata i Jolenta, ciotka Elżbieta i stryjna Salomea? Tacy władcy, którzy wiernie wypełnili polecenie, jakie wygłaszał do przyszłej głowy państwa biskup podczas obrzędu koronacyjnego:

„Skoro dzisiaj, najlepszy monarcho, z rąk naszych, którzy (jakkolwiek niegodni) w tej mierze zastępujemy Chrystusa Zbawiciela naszego, masz przyjąć święte namaszczenie i oznaki królewskie, wypada, abyśmy cię wprzód o ciężarze, do któregoś przeznaczony, upomnieli. Królewską dziś przyjmujesz godność i trud rządzenia wiernym ludem tobie powierzonym bierzesz. Wspaniałe zaiste między śmiertelnymi miejsce, lecz pełne trosk, niebezpieczeństw i pracy. Lecz jeżeli wspomnisz, że wszelka władza jest od Pana Boga, przez którego i królowie królują i prawodawcy co jest sprawiedliwe orzekają, i że ty także za lud tobie powierzony samemu Bogu zdasz liczbę; naprzód zachowasz pobożność, Pana Boga twego całym umysłem i sercem czystym czcić będziesz; religię chrześcijańską, wiarę katolicką, którą od urodzenia wyznajesz, do końca nienaruszoną zachowasz i jej przeciw wszystkim przeciwnikom z całych sił bronić będziesz. Przełożonym kościelnym i innym kapłanom należny szacunek będziesz oddawał. Wolności kościoła nie zdepczesz. Sprawiedliwość, bez której żadne społeczeństwo długo istnieć nie może, względem wszystkich niewzruszenie będziesz wymierzał, dobrym oddając nagrody a złym kary. Wdowy, sieroty, ubogich i ułomnych od wszelkiego ucisku będziesz bronił. Dla wszystkich udających się do ciebie będziesz się okazywał łaskawym, względnym i przystępnym stosownie do królewskiej godności twojej. I tak będziesz postępował, aby się okazało, że nie dla swego, lecz dla całego narodu pożytku królujesz. Co niech ci raczy udzielić Ten który żyje i króluje, Bóg na wieki wieków. Amen“.

09 lipca 2017

1150 lat duchowej wojny o Trójmorze


Króluj nam Chryste!
- zawsze i wszędzie.

Poprzedni wpis widniał na pierwszej stronie tego bloga przez pół roku. Było to proste, ale kluczowe wezwanie do modlitwy za Ojczyznę i Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, zawierające podstawowy schemat wstawiennictwa w tej intencji w konkordacie z 1925 roku. Ta niezmiernie ważna sprawa pozostaje nadal aktualna, jako fundament działania każdego patrioty, który pragnie realnie wpływać na losy swego państwa. Św. Jan Paweł II ujął to najbardziej dosadnie i przekonująco:
"Ośrodki dziejów świata i historii zbawienia nie znajdują się w ruchliwych metropoliach polityki, gospodarki, pieniądza i ziemskiej potęgi. Prawdziwymi ośrodkami historii są ciche miejsca ludzkiej modlitwy.
Tutaj dochodzi do szczególnie bliskiego zetknięcia się świata ziemskiego i świata nadprzyrodzonego, do spotkania Kościoła pielgrzymującego na ziemi z wiecznym i zwycięskim Kościołem w niebie. Tutaj dzieją się rzeczy większe i ważniejsze dla życia i śmierci niż w wielkich stolicach, gdzie ludzie sądzą, że trzymają ręce na pulsie epoki i obracają kołem historii."
 Z tych słów, które chciałbym, aby każdy Czytelnik tego bloga wziął sobie za motto swej walki w szeregach Krucjaty Chrystusa Króla o Jego Panowanie w Polsce i na świecie, pragnę wyjść do zwięzłej refleksji nad wydarzeniami 5-8 lipca 2017 roku. Dodatkowym znakiem niech będzie fakt, że papież wypowiedział je w Niemczech. Obradowali właśnie w tym państwie ci, którzy sądzą, iż "obracają kołem historii" przy pomocy "pieniądza i ziemskiej potęgi". Bynajmniej nie mam zamiaru ich tu krytykować, przeklinać, czy wyśmiewać. Chodzi mi tylko o zwrócenie uwagi, że nie mamy wcale mniejszego wpływu na losy świata, niż oni. Wprost przeciwnie, możemy mieć większy, nie robiąc nawet jednego kroku, wystarczy uczynić znak Krzyża i zacząć się modlić.

Modlitwa nasza będzie po prostu spełnianiem nakazu samego Pana Jezusa, wyrażonego w wezwaniu do Modlitwy Pańskiej i jej rozwinięciem: Przyjdź Królestwo Twoje, bądź Wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi. Królestwo Boże, które już jest w niebie, mamy przenosić na ziemię. (Tym właśnie jest Intronizacja.) Czynimy to poprzez modlitwę, słowo i czyn (używając zwięzłego określenia św. Faustyny).

Warto tu przywołać znany i popularny w kaznodziejstwie biblijny przykład Mojżesza i Jozuego podczas bitwy z Amalekitami (zob. Wj 17, 8-16). Gdy Mojżesz miał ręce wzniesione w modlitwie, Izraelici pod wodzą Jozuego wygrywali, gdy je opuszczał, przegrywali, dlatego Aaron i Chur zaczęli podtrzymywać omdlałe ręce Mojżesza i walkę wygrał Izrael. Gdyby nie wstawiennictwo, żołnierze przegraliby bitwę pomimo wybitnego wodza. Czy to znaczy, że Jozue z żołnierzami byli niepotrzebni, wystarczyłby Mojżesz z pomocnikami i grom z jasnego nieba powaliłby wrogów? Nie, potrzebni byli wszyscy. I zalety wodza, i męstwo żołnierzy, i modlitwa wstawiennika, i wsparcie jego pomocników. Znaczenie tego w dzisiejszej rzeczywistości wymaga wyjaśnienia w osobnym tekście, tutaj chciałem tylko zasygnalizować absolutną niezbędność duchowej perspektywy w naszym patrzeniu na sprawy polityczne. I tak właśnie trzeba przyjrzeć się sprawie Trójmorza (dotąd  zwanego mniej precyzyjnie Międzymorzem).


święci Cyryl i Metody, twórcy idei Trójmorza


Dzieje Trójmorza, jako projektu zarazem politycznego i duchowego, sięgają połowy IX wieku. Wówczas to Bracia Sołuńscy (od miasta Sołuń  - słowiańskiej nazwy Salonik), czyli święci Cyryl i Metody (ogłoszeni przez św. Jana Pawła II współpatronami Europy, a których z całą pewnością możemy przyjąć jako Patronów Trójmorza), uznali, iż cała Słowiańszczyzna, rozciągająca się od Morza Czarnego i Adriatyku po Bałtyk, powinna stać się trzecim wielkim filarem Europy i chrześcijaństwa, pomiędzy łacińskim Zachodem a greckim Wschodem. W tym celu opracowali osobny alfabet - głagolicę (zastąpioną później przez cyrylicę) dla wspólnego języka słowiańskiego oraz przetłumaczyli nań Pismo Święte i księgi liturgiczne. Następnie, w 862 roku, udali się na północ (wcześniej prowadzili misje w Chazarii i Arabii - jaka szkoda, że nieudane!), by w ówczesnym centrum organizacyjnym Słowiańszczyzny, czyli Państwie Wielkomorawskim rozpocząć swoje posłannictwo.

I w tym momencie zaczęła się ta najdłuższa wojna średniowiecznej i nowoczesnej Europy. Idea i praca Cyryla i Metodego spotkała się z gwałtownymi sprzeciwami niemieckich księży tam działających. W 868 roku bracia udali się więc do Rzymu po wsparcie papieża Hadriana II, które uzyskali. Starszy z braci, schorowany Cyryl, wkrótce zmarł pozostawszy tam w klasztorze. Metody zaś, z błogosławieństwem papieża, kontynuował dzieło jako arcybiskup Sirmium (obecnie w Serbii). W 870 roku Metody został uwięziony przez niemieckich biskupów z poparciem króla Ludwika II Niemieckiego. Uwolniony dopiero po dwóch i pół roku, po wielokrotnych interwencjach Ojca Świętego, Jana VIII, udał się ponownie na Morawy.

Niemcy jednak nie odpuszczali i wszelkimi metodami: zbrojnymi, dyplomatycznymi i religijnymi usiłowali zniszczyć to dzieło. Mieli oni bowiem inny plan duchowo-geopolityczny: podbój i kolonizację Słowian (a po kilku wiekach Bałtów) pod pretekstem ich nawracania, aby stworzyć własną Mitteleuropę, jako zintegrowany, wysoce zorganizowany (żeby nie nadużywać współczesnego określenia "totalitarny") system polityczno-religijny, którego szczególnie charakterystycznymi ucieleśnieniami były kolejno: Państwo Krzyżackie, Królestwo Pruskie i III Rzesza.

Tutaj koniecznie trzeba zauważyć specyfikę Niemiec/Niemców jako kraju (w sensie szerokim) i narodu (takoż, zwykle zarazem rozdrobnionego i tworzącego całość) rozdwojonego wewnętrznie. Feliks Koneczny, najwybitniejszy historyk cywilizacji, nazwał to rozdwojeniem cywilizacyjnym, dowodząc szczegółowo, iż Niemcy są mieszanką cywilizacji łacińskiej i bizantyńskiej, i nie jest to tylko obecnie prosty podział na landy katolickie (rządzi CDU/CSU) i protestanckie (rządzi SPD), ale podział ten przebiega, jak pisał Koneczny, w duszach poszczególnych Niemców, którzy kierują się podwójną etyką (inną w życiu rodzinnym, inną w politycznym, symbolizowaną przez zbrodniarzy, który po pracy w obozach śmierci, w domu głaskali dzieci po główkach i słuchali płyt romantycznych kompozytorów). Bizantynizm zrodził, według niego, grzech główny Niemców, jakim jest statolatria (kult/ubóstwienie państwa), nieznana w żadnym innym narodzie europejskim, oczywiście oprócz Rosji, uważającej się za kontynuację Bizancjum.

W tekście niniejszym nie chcę jednak skupiać się na rozdwojeniu cywilizacyjnym Niemiec/Niemców, ale na ich pewnej duchowej specyfice. Otóż z nich właśnie wywodzi się pewien szczególny, negatywny wpływ duchowy na Europę i chrześcijaństwo. O ile bizantyjski wpływ cywilizacyjny zaczął się, według Konecznego, od małżeństwa cesarza Ottona II z księżniczką bizantyjską Teofano, to początek wpływu duchowego, który mam na myśli, upatruję już w koronacji Karola Wielkiego na cesarza w 800 roku i ustanowieniu "Świętego Cesarstwa Rzymskiego".

Osobiście nie sądzę, aby Wolą Bożą było przywracanie w zachodniej Europie jakiegokolwiek cesarstwa, a zwłaszcza "uniwersalnego imperium" (jak to określano), jako scentralizowanej władzy kontynentalnej, usiłującej podporządkować sobie także Kościół (co miało miejsce i w tym i w bizantyjskim cesarstwie). Fakt, że ukoronowania dokonał papież było, zdaniem niektórych historyków, jego próbą zaznaczenia zwierzchności władzy duchownej, bowiem Leon III tylko uprzedził Karola, wiedząc, iż chce on sam siebie ogłosić imperatorem. Zaczął się kilkuwiekowy spór o inwestyturę (mianowanie biskupów) i niejednokrotnie dosłownie zbrojna wojna cesarstwa z papiestwem. Biskupi niemieccy nieraz byli narzędziem politycznej ekspansji Germanii. Kontynuacją idei tego pseudo-Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego jest obecnie Unia Europejska pod przewodem Niemiec. Ich wrogiem zaś są tak teraz, jak i od początku, te narody Trójmorza, które nie chcą być ich kolonią.

Św. Hildegarda z Bingen, mistyczka i też Niemka, którą za życia i po śmierci zwalczał miejscowy biskup niemiecki, uhonorowana dopiero przez Benedykta XVI, w którymś z przyszłych cesarzy niemieckich upatrywała Antychrysta. "Cesarza" nie musimy tu rozumieć literalnie, a faktycznie to tam narodziła się idea, i jej kolejne realizacje, polityczno-religijnego tworu panującego na kontynentem, a w każdym razie jego środkową częścią, którego celem będzie zapewnienie tam dominacji niemieckiej pod płaszczykiem szerzenia niemieckiej wersji chrześcijaństwa podporządkowanego państwu. Dokładnie tym było, stworzone przez Niemców, jako wzorcowe, Państwo Krzyżackie. Tam, w Niemczech, narodził się w XVI wieku luteranizm, jako (niezależnie od kwestii doktrynalnych) niemiecki model chrześcijaństwa, czyli kościołów państwowych (gdzie księża i pastorzy są urzędnikami opłacanymi przez rząd), przyjęty oczywiście w ich praojczyźnie, germańskiej Skandynawii (Gotlandia to wszak, jak mówią Szwedzi, "macierz narodów" [germańskich]). W Niemczech też narodziła się w XVIII/XIX wieku "krytyczna biblistyka", zwana w Ameryce na przełomie XIX/XX wieku "niemiecką teologią", z której wyrósł "modernizm" niszczący Kościół katolicki w XX wieku.

Określa to symbolicznie tytuł jednej z książek o Soborze Watykańskim II i kryzysie "posoborowym": "Ren wpada do Tybru". To wpadanie "Renu" (owego negatywnego czynnika duchowego z Niemiec) do "Tybru" (rzymskiego katolicyzmu) nie zaczęło się bynajmniej w 1962 roku, ale jak wspomniałem wyżej, na przykład w 862-870 roku, gdy niemieccy biskupi postanowili zniszczyć misję świętych Cyryla i Metodego wśród Słowian. Ów "Ren" wpadał do "Tybru", gdy Krzyżacy usiłowali w Rzymie nastawiać, nieraz niestety skutecznie, papieży przeciwko Polsce. Temu "Renowi" przeciwstawił się na Soborze Konstanckim w 1414-18 roku Paweł Włodkowic, w swych słynnych conlusiones ukazując różnicę między prawdziwym katolicyzmem "polskim", wolnym, a jego krzyżackim, "niemieckim" modelem "siłowym". "Ren" również wypadał z "Tybru", gdy niektórzy biskupi niemieccy, po prostu z dnia na dzień, przechodzili w XVI wieku na "zreformowaną wiarę" pociągając za sobą księży i wiernych, którzy pewnej niedzieli dowiadywali się, że od dziś liturgia jest nieco "zreformowana", w języku narodowym itp. (nota bebe zmiany te były mniejsze niż około 1970 roku). Również obecnie "Ren" wpada do "Tybru" i wypada, gdy pewni niemieccy biskupi i kardynałowie usiłują zmienić moralną naukę Kościoła, wpływając na papieża, albo i bez niego.





Nie twierdzę przez to, że Niemcy to samo zło, absolutnie nie! Również cesarze niemieccy [i austriaccy] z pewnością nie byli z reguły wrogami Kościoła, wielu było prawdziwymi protektorami chrześcijaństwa, a także przyjaciółmi Polski. Niemcy wniosły znaczący wkład w rozwój naszej cywilizacji, wydały też wielu świętych, wśród nich i tych, których czcimy jako polskich, jak: św. Jadwiga Śląska, św. Bruno z Kwerfurtu, św. Otton z Bambergu, bł. Juta z Chełmży, bł. Dorota z Mątowów... Ta ostatnia, żona i matka w Gdańsku pod panowaniem krzyżackim, która później obrała życie w całkowitym zamknięciu jako rekluza w Kwidzynie, jest od kilkudziesięciu lat szczególnie czczona przez kard. Józefa Ratzingera-Benedykta XVI i podejrzewam, że jej przykład, obok papieża-mnicha Celestyna V, był inspiracją dla niego przy abdykacji i wyborze życia jakby w rekluzie. Przypuszczam również, że psychologicznym powodem (obok przyczyn innego typu) jego ustąpienia była przede wszystkim właśnie opozycja ze strony biskupów niemieckich. Kardynał Józef Ratzinger, a potem Benedykt XVI, był (i jest, już jako tylko wstawiennik) reprezentantem tej dobrej strony duchowej Niemiec. Był (a może i nadal jest, właśnie jako wstawiennik - jeden ze współczesnych Mojżeszów) tym, który powstrzymuje.

Ustąpienie dobrego (moim zdaniem: wielkiego) niemieckiego papieża i ofensywa ideologiczna niemieckich hierarchów reprezentujących ducha "Renu", czyli jednego z przejawów wpływu Lewiatana ("ducha  wodnego", którego specyfiką jest mącenie w chrześcijaństwie) to znak, iż w Niemczech znowu zdobywa przewagę ten negatywny czynnik duchowy. Dlatego Polska (jak i inne państwa Trójmorza) nie może w żadnym razie ustąpić przed jakimikolwiek naciskami ze strony Niemiec, choćby były pozornie dobre (przyjęcie nieszczęśliwych uchodźców, "praworządność", "wolność prasy" [niemieckiej], "wolność handlu" [niemieckiego] itp.), bowiem pochodzą z nieprawego ducha. Tu naprawdę nie chodzi o te kilka tysięcy uchodźców, bo niedawno Polska przyjęła około sto tysięcy islamskich uchodźców z Czeczenii bez żadnego problemu. Tu chodzi o duchową wojnę o chrześcijańską Europę. Dlatego nie możemy ustąpić Niemcom, od których właśnie wypływa jej destrukcja, nawet na milimetr, tak jak tysiąc lat temu nie ustąpiliśmy im pod Cedynią, Głogowem i Budziszynem.

Naciski idą i będą szły na Trójmorze, tak jak i wtedy, dwutorowo, ze strony niemieckiego kościoła i państwa. Ten germański "sojusz ołtarza z tronem" przejawia, przynajmniej czasami, jak obecnie, istniejące w rzeczywistości duchowej współdziałanie dwóch bestii biblijnych: Lewiatana i Behemota, które prowadzą ludzi ku sobie i antychrystowi. Lewiatan będzie używać manipulacji uczuciowo-religijnych: "nie można być równocześnie katolikiem i być wrogim wobec uchodźców", jak powiedział niedawno jeden z biskupów niemieckich. Behemot (imperium świeckie) będzie straszyć sankcjami i innymi karami. Cel jest jeden: otwarcie całej Europy na destrukcję wiary i cywilizacji.

Negatywna strona Niemiec nie jest i od początku nie była jedynym wrogiem Trójmorza. Drugi wróg przychodził ze wschodu. Niektórzy błędnie utożsamiają misję świętych Cyryla i Metodego i ich obrządek słowiański ze "wschodnim chrześcijaństwem" (w sensie: bizantyjskim). W rzeczywistości Bizancjum np. toczyło wojny z niepodległą Bułgarią, a przede wszystkim również wywierało naciski, aby zatrzeć odrębność słowiańskiego chrześcijaństwa i wchłonąć je przez obrządek bizantyjski, co też w części Trójmorza się stało. Szerzej napiszę o tym w kolejnym tekście, w którym omówię rolę Polski w tworzeniu trzeciego centrum chrześcijańskiego w Europie, począwszy od około 866 (a nie: 966) roku.

Trójmorze jest od 1150 lat blokowane w spełnieniu jego misji duchowej i cywilizacyjnej przez dwie potęgi inspirowane przez tego samego ducha. Jest nim jeden z duchów imperium, określony w Księdze Daniela jako "książę Helleński" (lub w innych tłum. Jawanu, co znaczy to samo, gdyż jest dawną żydowską nazwą Grecji), z którym walczą Archaniołowie Michał i Gabriel (zob. Dn 10). Książę Helleński, czyli demoniczna zwierzchność wspierająca budowę imperium "greckiego" (trzeciej bestii o wyglądzie pantery według Daniela), manifestował się w Imperium Hellenistycznym, potem w Bizancjum, w Cesarstwie Niemieckim (zarażonym u zarania duchem bizantyńskim), wreszcie w Imperium (Carstwie) Rosyjskim, jako kontynuacji Cesarstwa Bizantyjskiego, po jego upadku. Chociaż państwa te były chrześcijańskie, to jednak ich wspólną cechą było podporządkowywanie sobie lokalnych kościołów (prawosławnych, katolickich, protestanckich) i wprzęganie ich w służbę imperium. Kolejną formą istnienia tego imperium był Związek Sowiecki, a obecnie jest nim post-sowiecka Rosja. W duchowej symbolice demon wspierający imperium wyraża się przez czarnego orła.

"Między Niemcami a Rosją nie ma miejsca na Polskę słabą", jak słusznie się mawiało w dwudziestoleciu międzywojennym. "Pakt trzech czarnych orłów" dokonał rozbiorów państwa Orła Białego. Ale trzeba dodać też więcej: między Niemcami, uzurpującymi sobie prawo do budowania kontynentalnego "uniwersalnego imperium", lub przynajmniej "Mitteleuropy", a Rosją uzurpującą sobie bycie "Trzecim Rzymem" nie ma w ogóle miejsca na Polskę samotną, choćby silną. Stąd wzięło się wówczas ponowienie idei Międzymorza. Dlatego państwo nasze, od samego początku, aż do dziś, wielokrotnie brało udział w próbach utworzenia Trójmorza - cywilizacyjnej i duchowej opoki chrześcijaństwa europejskiego, ze swoją specyfiką lokalną, wolnego od wpływów imperium.

W tym miejscu należałoby dokonać szerokiego omówienia kilku ważnych etapów w ponad tysiącletnich dziejach walki o Trójmorze, ale by nie powiększać zbytnio tego tekstu, uczynię to w następnym. Chciałbym uczulić w podsumowaniu na dwie sprawy: Obecnie wzmogą się jeszcze ataki na tę ideę. Będzie ona dalej zwalczana, krytykowana, deprecjonowana i ośmieszana. Spotykając się ze sprzeciwem wobec idei Trójmorza, możemy być pewni jednego na 100% (słownie: sto procent): że mamy do czynienia z niemiecką (względnie rosyjską) agenturą, bądź jej bezmyślną papugą. Ale musimy też mieć świadomość drugiej sprawy: że mamy do czynienia z potężnymi zwierzchnościami demonicznymi (zob. Ga 6, 12), z którymi koniecznie trzeba walczyć, ale bardzo roztropnie. Nie każdy czuje się na siłach by być jak Mojżesz, walczący na pierwszej linii, ale każdy może być jak Aaron i Chur, wspierający wstawienników z pierwszej linii, np. modlić się za Benedykta XVI. Z pewnością zaś wszyscy możemy się czuć wezwani do modlitwy za Ojczyznę i Prezydenta RP.