Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ŻYCIE DUCHOWE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ŻYCIE DUCHOWE. Pokaż wszystkie posty

21 maja 2022

Śladami Jezusa (In His Steps) - teologia filmu

 

Króluj nam Chryste!


Jego śladami. Co zrobiłby Jezus?”, to film fabularny oparty na książce oraz inspirowany faktami, poruszający temat praktykowania wiary chrześcijańskiej w życiu codziennym.

Kościół od XV wieku propagował praktykę „naśladowania Chrystusa” (łac. Imitatio Christi), którą dobrze podsumowuje współczesne angielskie wyrażenie „Co zrobiłby Jezus?” (What would Jesus do?) Jej podwaliny dał Tomasz à Kempis, autor książki „O naśladowaniu Chrystusa” (De imitatione Christi), napisanej w latach 1418-1427, która stała się od pierwszej publikacji najpopularniejszą po Biblii książką świata, o największej liczbie wydań, przekładów i egzemplarzy.

John Wesley, założyciel metodystów, w 1766 postulował koncepcję doskonałości chrześcijańskiej, w której odrodzenie dokonywane przez Ducha Świętego skutkuje „doskonałością w miłości”, co oznacza, że ​​motywuje nas całkowicie miłość do Boga i bliźniego, bez skazy grzechem lub ukrytych innych motywów. Chociaż taka chrześcijańska doskonałość wyraża się w zewnętrznym działaniu, jest przede wszystkim efektem działania łaski Boga i współpracy z nią. Chrześcijańska doskonałość widoczna jest także w zewnętrznych dobrych uczynkach i rygorystycznie moralnym stylu życia, ale uczestnicy, nawiązującego do Wesleya, ruchu uświęceniowego podkreślali, że doskonale moralny styl życia jest konsekwencją (a nie przyczyną) stanu łaski.

Charles Spurgeon, znany ewangelicki kaznodzieja baptystyczny w Londynie, kilka razy użył wyrażenia „co by zrobił Jezus” w cudzysłowie, w kazaniu wygłoszonym 28 czerwca 1891. W kazaniu tym przytacza, jako źródło tego wyrażenia, właśnie książkę Tomasza à Kempis Naśladowanie Chrystusa.

A.B. Simpson, założyciel Kościoła Chrześcijańskiego i Sojuszu Misyjnego, napisał zarówno tekst, jak i muzykę do ewangelicznego hymnu „Co zrobiłby Jezus” także w 1891. Można go znaleźć w anglojęzycznym zbiorze pieśni "Hymny życia chrześcijańskiego".

W 1896 ukazała się powieść Charlesa Sheldona „In His Steps”, (Jego śladami) która miała podtytuł „Co zrobiłby Jezus?”. Powieść Sheldona wyrosła z serii kazań wygłoszonych w jego kongregacjonalistycznym kościele w Topeka w stanie Kansas. Etos Sheldona odnośnie życia chrześcijańskiego, został wyrażony w tym właśnie zdaniu: „Co zrobiłby Jezus”, z Chrystusem jako przykładem moralnym, ale także Zbawicielem.

Idee Sheldona połączyły się z ideami, które uformowały się w "Ewangelię Społeczną" (Social Gospel) głoszoną przez Waltera Rauschenbuscha. Ten ostatni przyznał, że jego "Ewangelia społeczna" zawdzięcza swoją inspirację bezpośrednio powieści Sheldona, a sam Sheldon utożsamił z nią swoją własną teologię.

Z powodu błędu pierwotnego wydawcy, prawa autorskie do powieści Sheldona nigdy nie zostały uznane, toteż wielu wydawców drukowało i sprzedawało powieść. To sprawiło, że była ona łatwo dostępna i sprzedała się w 30 milionach egzemplarzy na całym świecie, co czyni ją jedną z 50 najlepiej sprzedających się powieści w historii.

W tej popularnej powieści (do 1935 została przetłumaczona na 21 języków) pastor Henry Maxwell spotyka bezdomnego mężczyznę, który wzywa go do poważnego potraktowania praktyki naśladowania Chrystusa. Bezdomny nie może zrozumieć dlaczego, jego zdaniem, tak wielu chrześcijan ignoruje biednych. Mówi on na kartach powieści:

"Pewnego wieczoru słyszałem ludzi śpiewających na kościelnym spotkaniu modlitewnym:

„Wszystko dla Jezusa, wszystko dla Jezusa,
Cała moja istota należy do Niego,
Wszystkie moje myśli i wszystkie moje czyny,
Wszystkie moje dni i wszystkie moje godziny".

I zastanawiałem się, kiedy siedziałem na schodach na zewnątrz, co przez to rozumieli? Wydaje mi się, że na świecie jest strasznie dużo problemów, których by nie było, gdyby wszyscy ludzie, którzy śpiewają takie piosenki, poszli i rozwiązali je.

Ale co zrobiłby Jezus? Czy to masz na myśli, podążając Jego śladami? Czasami wydaje mi się, że ludzie w dużych kościołach mieli dobre ubrania, ładne domy do mieszkania, pieniądze na luksusy i mogli wyjeżdżać na letnie wakacje i tak dalej, podczas gdy ludzie poza kościołami, tysiącami umierają w czynszowych kamienicach i chodzą po ulicach w poszukiwaniu pracy, i nigdy nie mają fortepianu ani obrazu w domu, i dorastają w nędzy, pijaństwie i grzechu”.

W efekcie wielu bohaterów powieści pyta: „Co zrobiłby Jezus?” w obliczu ważnych decyzji. Sprawia to, że bohaterowie poważniej przyjmują chrześcijaństwo i skupiają się na tym, co postrzegają jako jego rdzeń — na życiu Chrystusa.

Opaska z napisem WWJD (Co z robiłby Jezus?),
noszona dla pamiętania o tym w każdej chwili życia

W 1993 Garrett W. Sheldon (prawnuk oryginalnego autora) i Deborah Morris opublikowali współczesną opowieść na motywach In His Steps Charlesa M. Sheldona, pod tytułem What Does Jesus Do?  Garrett Sheldon twierdzi, że jego zaktualizowana wersja „oparta jest na wielu rzeczywistych wydarzeniach z życia wierzących”.

Ekranizacją właśnie tej powieści jest film "Śladami Jezusa". Zapraszam do oglądania, a przede wszystkim do refleksji nad swoim życiem chrześcijańskim. Czy w różnych wątpliwych sytuacjach robię to, co na moim miejscu zrobiłby Jezus?

30 czerwca 2016

Intelektualizm - wróg Serca Jezusowego


Najświętsze Serce Jezusa, przyjdź Królestwo Twoje!

Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, bo zamykacie królestwo niebieskie przed ludźmi. Wy sami nie wchodzicie i nie pozwalacie wejść tym, którzy do niego idą. Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, bo obchodzicie morze i ziemię, żeby pozyskać jednego współwyznawcę. A gdy się nim stanie, czynicie go dwakroć bardziej winnym piekła niż wy sami. Biada wam, przewodnicy ślepi. Głupi i ślepi! (Mt 23, 13-16a. 17a).

Kim byli, a właściwie kim „uczeni w Piśmie”, o których tak wyjątkowo ostro wypowiedział się Jezus Chrystus? Z pewnością nie ganił On przecież samej znajomości Biblii. Światło na to rzuca Psalm 63 (64) w wersji Septuaginty (tłum. ks. Antoni Tronina):

przemyślnych zawiodły przemyśliwania.
Przyjdzie człowiek o sercu głębokim,
a Bóg będzie wywyższony (7b-8a).

Nieco inaczej wyraża to Psałterz Gallikański zawarty w Wulgacie (poniżej tłum. własne):

defecerunt scrutantes scrutinio.
Accedet homo ad cor altum,
et exaltabitur Deus.

umęczyli się przemyślni przemyśliwaniem.
Zstąpi człowiek do głębokiego serca,
a Bóg będzie wywyższony.

Septuaginta zawiera więc w tym psalmie proroctwo mesjańskie o przyjściu „Człowieka o Sercu Głębokim”. Wulgata widzieć tu może także każdego chrześcijanina, który zstępuje do głębi swego serca, gdzie mieszka Chrystus Pan, a raczej do głębokiego Serca Jezusowego, „w którym są wszystkie skarby mądrości i umiejętności (wiedzy)”. Serce to zwycięża „przemyślnych”, „uczonych w Piśmie” itp. i sprawia, że uwielbiony zostaje Pan Bóg. To pozwala nam ujrzeć jakiś przebłysk głębi tajemnicy Bożego Serca, które szczególnie czcimy w zakończonym miesiącu czerwcu oraz w pierwsze piątki miesiąca.


Przyjdzie Człowiek o Sercu głębokim,
a Bóg będzie wywyższony.

Już w tym momencie czujemy, iż słabo pojmujemy głębię tego nabożeństwa. Pomocą niech będzie choćby encyklika Piusa XII o kulcie Najświętszego Serca Pana Jezusa Haurietis aquas. Pozostaje też jedynie modlić się, aby Bóg dał nam łaskę o którą prosił za nami św. Paweł Apostoł:

Niech Chrystus zamieszka przez wiarę w waszych sercach; abyście w miłości wkorzenieni i ugruntowani, wraz ze wszystkimi świętymi zdołali ogarnąć duchem, czym jest Szerokość, Długość, Wysokość i Głębokość, i poznać miłość Chrystusa przewyższającą wszelką wiedzę, abyście zostali napełnieni całą pełnią Bożą (Ef 3, 17-19).


Przytoczone na początku słowa Psalmu ukazują fundamentalną różnicę pomiędzy ludźmi działającymi z umysłu, czyli intelektualistami [religijnymi], a tymi, którzy mają autentyczną wiarę w sercu. Wszak św. Paweł wyraźnie określa tę właściwość zbawczej wiary w Pana Jezusa: Jeśli w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych, osiągniesz zbawienie. Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia (Rz 10, 9b-10a).

Aby wyjaśnić lepiej tę różnicę, należy zdefiniować pojęcia intelektualizm i intelektualista oraz uwypuklić różnicę pomiędzy rozumem (intelektem) a intelektualizmem w sensie, w jakim pojęcia te są obecnie używane. Nie zagłębiam się tu bowiem w dawne filozoficzne rozróżnienia pomiędzy rozumem, intelektem, a umysłem, ale stosuję w znaczeniu współczesnym. Rozum (łac. ratio, intellectus; gr. dianoia, logos) jest wyższą władzą duszy, jednym z darów Boga upodabniających do Niego. Należy używać rozumu oraz reguł poprawnego (racjonalnego) rozumowania (logiki), które oddają ład stworzonej natury i są odbiciem doskonałego Rozumu (Logosu) Stwórcy.

Należy też składać Bogu rozumną ofiarę (łac. rationabile obsequium; gr. logike latreia; zob. Rz 12, 1). Rozum ludzki nie jest jednak doskonały, jak też nie stanowi całości psychicznej i duchowej natury człowieka, nie wystarcza do relacji międzyludzkich oraz głębszego poznania Boga, które dokonuje się w duchu. Dlatego św. Paweł postanawia: Cóż tedy? Będę się modlił duchem, będę się modlił i rozumem; będę śpiewał duchem, będę też śpiewał i rozumem (1 Kor 14, 15). Kościół katolicki uznaje komplementarność wiary i rozumu:

Jakkolwiek prawdą jest, że wiara przewyższa rozum, jednak nigdy nie może zaistnieć rzeczywista niezgodność między wiarą, a rozumem. Ten sam bowiem Bóg, który objawia tajemnice i wszczepia wiarę, obdarzył duszę ludzką światłem rozumu; Bóg zaś nie może przeczyć samemu sobie, ani też prawda nie może nigdy sprzeciwiać się Prawdzie. Złudny pozór tej sprzeczności pochodzi głównie stąd, że albo dogmaty wiary nie były zrozumiane i wyjaśniane po myśli Kościoła, albo fałszywe opinie uważa się za wnioski rozumowe. Przeto <wszelkie twierdzenie sprzeczne z prawdą światłej wiary określamy jako zupełnie fałszywe>. […] Wiara i rozum nie tylko nie mogą się nigdy z sobą kłócić, ale się wzajemnie wspomagają, ponieważ prawy sposób myślenia wykazuje podstawy wiary i umysł jej światłem oświecony oddaje się wiedzy o rzeczach Boskich; wiara zaś chroni i strzeże umysł przed błędami oraz wyposaża go wielorakim poznaniem” (Sobór Watykański I, Konstytucja dogmatyczna o wierze katolickiej z 1870 roku).


Część ludzi jednak dobrowolnie, lub z niedojrzałej osobowości i z powodu zranień psychicznych, porusza się swoim „ja” jedynie, bądź głównie w obszarze myślenia, naturalnych sfer umysłu, a więc na poziomie intelektu w rozumieniu nowożytnym (nie scholastycznym) tego słowa. Obejmować to może u nich także sferę wiary, a wówczas ich intelektualizm jest jedną z trzech postaci duszewności, czyli powierzchownego aktywizmu religijnego poprzez naturalne władze duszy, opisanego w tekście: "Duszewność - podróbka życia duchowego".

Intelektualista” świadomy swej postawy, to „zwolennik filozoficznego intelektualizmu, uznającego wyższość rozumu i myślenia nad innymi cechami ludzkimi”. Intelektualizm więc, to „stanowisko filozoficzne rozwijające się w różnych okresach od starożytności do współczesności, głoszące wyższość intelektu nad innymi cechami osobowości w sferze poznania i psychiki” (Tak definiuje te pojęcia Popularna Encyklopedia Powszechna, T. 7, Kraków 1995, hasła „intelektualista” i „intelektualizm”).

Tymczasem, jak pisał kard. Józef Ratzinger w „Raporcie o stanie wiary” z 1984 roku, w związku ze zmianą liturgii:

Wielką muzykę sakralną odrzucono w imię uczestnictwa aktywnego, ale czyż to uczestnictwo nie może znaczyć także percepcji przez ducha i przez zmysły? Czy rzeczywiście nie ma niczego aktywnego w słuchaniu, intuicyjnym pojmowaniu, wzruszeniu? Czyż nie umniejsza się właśnie roli człowieka, każąc mu uczestniczyć w liturgii jedynie za pomocą słów? Przecież wiemy, że to co w nas racjonalne, świadome, pojawia się na powierzchni i jest jedynie wierzchołkiem góry, w porównaniu z naszą całością”.

Ostrzegał też zarazem: „Teolog nie kochający sztuki, poezji, muzyki, natury, może być niebezpieczny. Ta bowiem ślepota i głuchota na piękno nie jest sprawą drugorzędną, lecz może wycisnąć piętno także na jego teologii”.

Można i należy być więc człowiekiem poprawnie posługującym się rozumem, zgodnie z regułami logiki, a równocześnie mieć świadomość jego ograniczeń i wznosić się ku Bogu, a także do ludzi, duchem i sercem. I odwrotnie: można być człowiekiem gardzącym rozumem i logiką, wygadującym bzdury, a równocześnie de facto pozostać intelektualistą, czyli poruszać się tylko na poziomie intelektu, myśli, bez żadnego poznania sercem i duchem. Można też być rozumnym intelektualistą (filozoficznym) oraz „prostaczkiem” o wielkim sercu i duchu. Pozostaje to w związku z greckim określeniem „nawrócenie” odnośnie do ludzi religijnych (zob. np. Dz 2, 37-38): metanoia, to znaczy „przemiana umysłu”, ale też „wzniesienie się ponad umysł”: meta (ponad) nous (umysł). W tym sensie pisał o tym papież Benedykt XVI pod koniec swego pontyfikatu, odnośnie metody czytania Biblii:

W odtwarzaniu związków między różnymi sensami Pisma decydujące znaczenie ma uchwycenie przejścia od litery do ducha. Nie jest to przejście automatyczne i spontaniczne; konieczne jest raczej wzniesienie się ponad literę: <Słowo Boże nie jest bowiem nigdy po prostu obecne w samej literackiej warstwie tekstu. Aby do niego dotrzeć, potrzebne jest wzniesienie się wyżej i proces zrozumienia kierowany przez wewnętrzną dynamikę całego zbioru tekstów, a zatem musi to być proces żywy> (Przemówienie do przedstawicieli świata kultury w Kolegium Bernardynów w Paryżu, 12 września 2008 roku). I tak odkrywamy, dlaczego autentyczny proces interpretacji nie jest nigdy procesem jedynie intelektualnym, ale również życiowym, w którym wymagane jest pełne włączenie się w życie kościelne, jako życie według ducha (Ga 5, 16)” (Verbum Domini 38).

Poznanie Pana Jezusa, jako najwyższe dobro (por. Flp 3, 8; 1 Kor 2, 1) nie jest bowiem możliwe bez pomocy Ducha Świętego, zatem zbawcza wiara potrzebuje, wymaga Jego obecności, skoro nikt nie może powiedzieć bez pomocy Ducha Świętego: „Panem jest Jezus” (1 Kor 12, 3), a więc ujrzeć Go jako Pana i centrum przekazu biblijnego. Św. Hieronim ostrzegł, że „nie możemy dojść do zrozumienia Pisma bez pomocy Ducha Świętego, który je inspirował”.

Dlatego warunkiem przyjęcia łaski zbawiającej wiary nie są jakiekolwiek studia, nawet teologiczne, ale prosta znajomość nauki Kościoła i przysposobienie się do współpracy z łaską narzędziami wiary (pokora, ufność, prośba, post, lektura duchowa, słuchanie autentycznych nauczycieli Słowa Bożego, rekolekcje, wstawiennictwo drugich itd.), by Chrystus oświecił nasze umysły, abyśmy rozumieli Pisma (por. Łk 24, 45), pamiętając, że Ojciec zakrywa te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawia je prostaczkom (por. Mt 11, 25; Łk 10, 21). Mocno i dobitnie wyraził to emerytowany papież, jeszcze jako kardynał w „Raporcie o stanie wiary”:

Każdy katolik powinien mieć pełne przekonanie, że jego wiara (we wspólnocie z wiarą Kościoła) będzie mądrzejsza od każdego <nowego magisterium> ekspertów i intelektualistów. Ich hipotezy bowiem mogą wnieść wiele do poznania genezy Biblii, ale byłby to przesąd, oparty na ewolucjonistycznym myśleniu, gdybyśmy uznali, że zrozumienie tekstu możliwe jest tylko wtedy, gdy dowiemy się, jak on powstał i w jaki sposób się rozwijał. Reguły wiary, dzisiaj i zawsze, opierają się nie na odkryciach prawdziwych czy hipotetycznych, które wskażą źródła pochodzenia poszczególnych ksiąg, ani nie na dociekaniach tylko lingwistycznych, ale na Biblii jako takiej, jaka była odczytywana w Kościele począwszy od Ojców aż do dnia dzisiejszego. To właśnie wierność takiemu odczytaniu wydała świętych, którzy często przecież byli ludźmi niewykształconymi, a już na pewno nie byli ekspertami od egzegezy. A właśnie to oni lepiej Biblię rozumieli”.

Św. Bonawentura Ojciec Kościoła z XIII wieku, zwany Doktorem Serafickim, nauczał, iż "poznanie racjonalne, chociaż konieczne i pożyteczne, jest samo w sobie niewystarczające do poznania Boga, gdyż jedynie poznanie afektywne przez intuicję może być odpowiednim środkiem zjednoczenia człowieka z Bogiem, bo najgłębsze tajemnice (zarówno te Boskie jak i ludzkie) może poznać jedynie ten, kto kocha naprawdę". Jest on autorem powiedzenia: Nie ma prawdziwego poznania bez umiłowania. Pisał też w pracy „Do sióstr o doskonałości życia”:

Błogosławiony człowiek, którego Ty, Panie, wykształcisz i pouczysz go o Twoim prawie (Ps [94/]93, 12). Wyznaję, że nikogo nie uznaję za mądrego, jak tylko tego jedynego, którego pouczyło namaszczenie Ducha Świętego. Tylko bowiem ten jedyny, jak świadczy prorok Dawid, jest naprawdę błogosławiony, tylko ten jedyny jest naprawdę mądry, którego umysł wykształcił Pan, którego ducha pouczył o swoim prawie. Przecież jedynie tylko Prawo Pana jest nieskalane (Ps [19/]18, 8), tylko ono nienaganne nawracające dusze na drogę zbawienia. Nauki zaś, czyli zdobycia doświadczenia w tym prawie należy szukać nie tylko na zewnątrz w książkach, ale raczej przez wewnętrzne przylgnięcie do niego umysłem Bogu oddanym. Należy także pragnąć poznania go w Duchu i mocy (1 Tes 1, 5), aby wewnętrznie uczył Ten, który sam potrafi zmienić zewnętrzną surowość prawa w wewnętrzną słodycz”.


Św. Bonawentura Doktor Seraficki

Biblia rozróżnia, w związku z tym tematem, mądrość Bożą (przyjmowaną zarówno rozumem oświeconym wiarą, jak sercem i duchem) oraz ludzką (jedynie intelektualną): Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami ‑ wyrocznia Pana. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje nad waszymi drogami i myśli moje nad myślami waszymi (Iz 55, 8-9). Gdzie jest mędrzec? Gdzie uczony? Gdzie badacz tego, co doczesne? Czyż nie uczynił Bóg głupstwem mądrości świata? Skoro bowiem świat przez mądrość nie poznał Boga w mądrości Bożej, spodobało się Bogu przez głupstwo głoszenia słowa zbawić wierzących. Tak więc, gdy Żydzi żądają znaków, a Grecy szukają mądrości, my głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan, dla tych zaś, którzy są powołani, tak spośród Żydów, jak i spośród Greków, Chrystusem (Mesjaszem), mocą Bożą i mądrością Bożą (1 Kor 1, 20-24 i zob. dalej).

Dlatego wyznaje następnie św. Paweł Apostoł: Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego. A mowa moja i moje głoszenie nauki nie miały nic z uwodzących przekonywaniem słów mądrości, lecz były ukazywaniem ducha i mocy, aby wiara wasza opierała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej. A jednak głosimy mądrość między doskonałymi, ale nie mądrość tego świata ani władców tego świata, zresztą przemijających. Lecz głosimy tajemnicę mądrości Bożej, mądrość ukrytą, tę, którą Bóg przed wiekami przeznaczył ku chwale naszej (1 Kor 2, 2. 4-7). Niechaj się nikt nie łudzi. Jeśli ktoś spośród was mniema, że jest mądry na tym świecie, niech się stanie głupim, aby posiadł mądrość. Mądrość bowiem tego świata jest głupstwem u Boga (1 Kor 3, 18-19).


W Liście do Rzymian natomiast św. Paweł podaje niezwykle ważny opis, jak intelektualizm, który nie prowadzi od wiedzy religijnej do wiary sercem, lecz sprzeciwia się sercu, a zarazem Bogu, wiedzie na manowce:

Ponieważ, choć Boga poznali, nie oddali Mu czci jako Bogu ani Mu nie dziękowali, lecz znikczemnieli w swych myślach i zaćmione zostało bezrozumne ich serce. Podając się za mądrych stali się głupimi. [...] Dlatego wydał ich Bóg poprzez pożądania ich serc na łup nieczystości, tak iż dopuszczali się bezczeszczenia własnych ciał. Prawdę Bożą przemienili oni w kłamstwo i stworzeniu [intelektowi] oddawali cześć, i służyli jemu, zamiast służyć Stwórcy, który jest błogosławiony na wieki. Amen. Dlatego to wydał ich Bóg na pastwę bezecnych namiętności: mianowicie kobiety ich przemieniły pożycie zgodne z naturą na przeciwne naturze. Podobnie też i mężczyźni, porzuciwszy normalne współżycie z kobietą, zapałali nawzajem żądzą ku sobie, mężczyźni z mężczyznami uprawiając bezwstyd i na samych sobie ponosząc zapłatę należną za zboczenie. A ponieważ nie uznali za słuszne zachować prawdziwe poznanie Boga, wydał ich Bóg na pastwę na nic niezdatnego rozumu, tak że czynili to, co się nie godzi (Rz 1, 21-22. 25-28).

W kontekście współczesnego kryzysu w Kościele, trzeba zwrócić uwagę na ten niezwykle interesujący szczegół: pycha umysłu, którą tu w skrócie określamy jako intelektualizm, sprawia iż Bóg dopuszcza popadnięcie w zboczenia cielesne. Wydawałoby się, rzeczy całkowicie ze sobą sprzeczne (może więc ma to prowadzić do upokorzenia, a w konsekwencji nawrócenia). Kościół, który wedle przytoczonych opinii kard. Ratzingera, późniejszego papieża Benedykta XVI, popadł w połowie XX wieku w intelektualizm, jest upokarzany skandalami „obyczajowymi”. Co gorsza, im bardziej społecznie zatraca się autentyczna wiara w sercu, a zatem łaska uświęcająca, tym bardziej rozprzestrzenia się kompromis z duchem sodomy. Luteranizm, w którym narodziło się „liberalne”, czyli intelektualistyczne, „krytyczne” podejście do Pisma Świętego, o czym pisałem w poprzednim tekście: „Biblia w rękach uczonych w Piśmie”, jako pierwszy padł też ofiarą tego ducha, legalizując związki homoseksualistów i ordynując ich.

Przykro tu o kimś pisać personalnie, ale skoro sam zainteresowany uczynił z tego sprawę publiczną, to podam przykład ks. Krzysztofa Charamzy, którego znałem osobiście. Wyróżniający się kleryk, wpierw pobożny ministrant, wysłany [niestety] w nagrodę na studia zagraniczne do Szwajcarii, potem Rzym i praca w Międzynarodowej Komisji Teologicznej. Kontakt z intelektualistyczną biblistyką i teologią okazał się dla niego toksyczny, ze skutkiem opisanym w Liście do Rzymian (nomen omen).

Najbardziej jaskrawym przykładem szkody jaką wyrządza intelektualizm wierze chrześcijańskiej, są dzieje „odnowy” liturgicznej na przełomie lat 60. i 70. Jej „wielki architekt” ks. Hannibal (ante portas Romae) Bugnini był typowym intelektualistą religijnym, zafascynowanym „liberalnym” protestantyzmem. Jeden z kardynałów w Kongregacji Kultu Bożego, po ówczesnych obradach Komisji Liturgicznej przygotowującej reformę powiedział: „Jaki to płytki człowiek ten Bugnini, jak można było powierzyć reformę liturgii komuś tak płytkiemu?”

Wystarczy przykład jednej modlitwy: Libera nos, którą kapłan odmawia po Ojcze nasz. W klasycznym Mszale Rzymskim brzmi ona: „Wybaw nas Panie od wszelkiego zła przeszłego, teraźniejszego i przyszłego...” Zawiera się w tym głębia poznania Bożego Miłosierdzia, które uwalnia nas od grzechów i przekleństw przeszłości, zbawia w teraźniejszości i daje łaskę zachowania od grożących niebezpieczeństw i grzechów w przyszłości. W Nowym Obrządku uproszczono to do: „Wybaw nas Panie od zła wszelkiego...” Niby tak, przecież słowo „wszelkie” zawiera w sobie wszystko, więc po co była ta wyliczanka? Ale czy przez to liturgia jest „bardziej zrozumiała”, co miała sprawić reforma? Można podać inne przykłady jak zmieniała liturgię komisja, która polegała na tym, że kilku „jajogłowych” siedziało przy biurku i „przemyśliwało”: to wytniemy, to wstawimy, to zamienimy miejscami, i jest „odnowa”! Nic dziwnego, że kard. Ratzinger tak ją podsumował:

To, co stało się po soborze było czymś całkowicie odmiennym [niż dotychczas]. W miejsce liturgii, będącej owocem nieprzerwanego rozwoju, przyszła liturgia sfabrykowana. Odrzuciliśmy organiczny, żywy proces wzrostu i wielowiekowego rozwoju i zastąpiliśmy go – jak to się ma w procesie produkcyjnym – fabrykacją, banalnym produktem chwili”. (Przedmowa jego autorstwa do książki jednego z najwybitniejszych liturgistów XX wieku, Klausa Gambera, „Zwróćmy się ku Panu!”).

Ten jeden przykład wystarczy, aby pojąć, iż sprawy duchowe w rękach intelektualistów mogą być jak brzytwa w ręku małpy.

02 czerwca 2016

Złe duchy religijności


Króluj nam Chryste!

Ostatnimi czasy popularne jest w środowiskach pentekostalnych nauczanie o złych duchach religii, bądź religijności. Niektórzy przypisują ich działaniu każdą uporządkowaną formę modlitwy, twierdząc iż powinna ona być zawsze spontaniczna i niepowtarzalna. Czy jest to tylko wymysł niektórych neoprotestanckich charyzmatyków, czy też rzeczywiście istnieje tego typu zagrożenie duchowe?

Nie chcemy, żeby Ten królował nad nami!

Zacznijmy od tego, iż wolno, a nawet należy modlić się ustalonymi w Kościele słowami. Biblia o tym mówi. Kiedy uczniowie prosili Chrystusa Pana, by nauczył ich, jak mają się modlić, On odpowiedział: Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się Imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja i tak dalej (zob. Mt 6, 7-15; Łk 11, 1-4), a nie: „mówcie co wam ślina na język przyniesie”.

Osobista modlitwa, własnymi słowami, to dobra rzecz, ale wiara rodzi się ze słyszenia, a tym czego się słucha jest słowo Chrystusa. W Biblii zawarta jest Księga Psalmów, którymi modlą się chrześcijanie różnych wyznań od dwudziestu wieków. Kościół od początku zapisywał formuły modlitewne, wyrażające poprawnie wiarę i zawierające prośby, dziękczynienia, ofiarowania i uwielbienia. Również protestanci przez stulecia mieli swoje modlitewniki i kancjonały.

Słowa św. Pawła: gdy nie umiemy się modlić, tak jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami (Rz 8, 26), odnoszą się do natchnionej modlitwy prośby, czy uwielbienia, na przykład w darze języków, ale Duch Święty także poprzez Kościół podaje nam gotowe teksty modlitw, których sami z siebie nie wyrazilibyśmy. Na ich podstawie wierzący uczy się też modlitwy „spontanicznej”. Św. Paweł pisze: będę się modlił duchem, ale będę się też modlił i umysłem (1 Kor 14, 15). Z resztą każda, nawet najbardziej osobista modlitwa „płynąca z serca” we własnym języku, jest zbudowana ze słów i całych fraz, które wcześniej się słyszało. „Spontaniczne” nabożeństwa protestanckie, przeciwstawiane ustalonej liturgii, zazwyczaj są śpiewaniem pieśni, które ktoś wcześniej ułożył, a nawet jak prowadzący improwizują, to i tak reszta zgromadzenia podąża za nimi.

Gdy w połowie lat 70. pojawiły się w Polsce katolickie grupy charyzmatyczne, a potem też protestanckie, czasami rekrutujące się z tych pierwszych, dążono tam do bardziej samodzielnych modlitw. Gdy duszpasterz Odnowy w Duchu Świętym, wówczas ksiądz, późniejszy biskup Bronisław Dembowski przekonywał prymasa Stefana Wyszyńskiego do zgody na to, kardynał rzekł: „jak ludzie będą się modlić jak chcą, to mogą też wygadywać herezje”. Na co ksiądz odpowiedział: „to dobrze, wówczas będziemy mogli ich skorygować, gorzej jak pozostanie to w ich myśli”, wtedy prymas się zgodził.

Pojawiło się jednak zarazem coś, co można nazwać „reżyserowaną spontanicznością” poprzez pouczenia typu: „módlcie się swoimi słowami, a nie formułkami”, „wznoście ręce w górę, a nie składajcie”, „bądźcie radośni, a nie poważni”, „musicie otworzyć serce”, „czemu jesteście smutni, przecież Pan Bóg was kocha” i tym podobne religijne manipulacje. Dręczono tym niektórych ludzi w Oazie, Odnowie i na pielgrzymkach. Ten proces zaszedł o wiele dalej w nowych zborach protestanckich, stając się obowiązującą [anty]religijną doktryną.

Michael Harper, najpierw duchowny anglikański, odsunięty od tej funkcji za używanie charyzmatów, a od 1995 roku do śmierci ksiądz antiocheńskiego kościoła prawosławnego, w latach 60. i 70. sekretarz generalny Fountain Trust, „organizacji zajmującej się służeniem pomocą kościołom wszystkich denominacji w zrozumieniu i przeżywaniu charyzmatycznych manifestacji Ducha Świętego”, przestrzegał wówczas przed tym, m. in. w książce „Chodzenie w Duchu Świętym”. Pisał tam, iż stwierdzenia „tak mówi Pan”, okrzyki „alleluja!”, „chwała Panu!”, „mogą się stać czynami automatycznymi i rytuałem”. Tak samo, jak przeszkadzające kaznodziei i słuchaczom „potwierdzenia” w czasie kazania wołaniem „ameeen”, gdyż „Duch Święty może być wtedy zagaszony”.

Przykładem skrajnego kultu spontaniczności jest wypowiedź znaczącego neoprotestanckiego ewangelisty Rodney'a Howarda Browna, który ogłosił bez żadnych ogródek: „Będę szybciej członkiem takiej społeczności, w której działa diabeł lub hołdują ciału, niż takiej, w której nic się nie dzieje. [...] Dopóki w ogóle coś się dzieje, to żadnej roli nie odgrywa, czy to jest od Boga, od człowieka, czy od diabła”. Nawet jeśli była to tylko prowokacja, dobrze wyraża pokusę aktywizmu.

W modlitwie jednak najistotniejsza jest łaska Ducha Świętego, a następnie pokora i żywa wiara modlącego się. Pierwsze przebudzenie duchowe wśród protestantów, po dwóch ciemnych wiekach od reformacji, które wyrażało się też w spontanicznych modlitwach, nie zaczęło się od nich, lecz od odmawiania zwykłej, oficjalnej litanii.

Jeden z pionierów tego przebudzenia, to Daniel Rowlands, ordynowany na pastora, choć był niewierzący, gdyż wraz z bratem odziedziczył po ojcu trzy parafie w Walii. Nawrócił się później i zaczął gorliwie się modlić. W 1735 roku, jak pisze Colin Whittaker, zielonoświątkowy historyk Kościoła: „pewnego niezapomnianego dnia w Llangeitho zostało rozniecone wyjątkowe przebudzenie, które rozeszło się na całą okolicę Walii, a stało się to, gdy Rowlands czytał Litanię Anglikańską. Gdy powtarzał słowa: przez Twoją agonię i krwawy pot, dobry Panie, wyratuj nas, całe zgromadzenie zostało natychmiast poruszone i zaczęło płakać. Rozpoczęło się ożywienie życia duchowego, które ogarnęło całe okolice”.

Pierwsze Wielkie Przebudzenie


To samo odnosi się do używania w kulcie Boga i na modlitwie przedmiotów, czy w ogóle materii. Pokusa zbytniego uduchawiania (spirytualizacji), której zwykle ulegają współcześni protestanci, jest tu jeszcze bardziej widoczna. Od początku Bóg stworzył świat materialny, z ziemi ulepił człowieka, w którego tchnął ducha. Człowiek tym różni się od aniołów, że przy oddawaniu czci Bogu posługuje się i musi się posługiwać materią, gdyż sam jest duchowo - materialny, a nie czysto duchowy.

Abel, Noe, Abraham i Jakub wykonywali ołtarze, składali ofiary z baranków i innych zwierząt. Mojżesz sporządził arkę z pozłacanego drewna, zawierającą kamienne tablice, czynił cuda przy pomocy laski. Jan chrzcił wodą, Apostołowie namaszczali olejem i uzdrawiali. Także chusty i przepaski z ciała Pawła były skutecznym narzędziem łaski (zob. Dz 19, 12). Dla jakiegoś celu sam Jezus Chrystus użył śliny, by uzdrowić głuchoniemego i niewidomego (zob. Mk 7, 32-37; 8, 22-26) oraz błota ze śliną, by uzdrowić niewidomego (zob. J 9, 1-41).

To sam Bóg uczynił materię niezbędnym środkiem zbawienia i różnych łask, a nie „tylko wiarę”. Materialne Ciało Chrystusa, którym dokonał On pojednania człowieka z Bogiem jest nim przede wszystkim. Następnie woda do chrztu, olej i nakładanie rąk do udzielania Ducha Świętego, chleb i wino do Eucharystii itd. Za negacją materialnych środków wyrażania i pobudzania wiary, ukrywa się błąd spirytualizacji, pycha duchowa, a nawet manicheizm. Za "antyreligijną", wypaczoną postacią zasady „tylko wiara” może czaić się więc religia demoniczna, wpływ złych duchów, które gardzą materią; bowiem sprzeciw wobec Wcielenia był, według chrześcijańskiej tradycji, przyczyną buntu upadłych aniołów, w oparciu o nauczanie św. Jana Apostoła, iż to zły duch nie uznaje, że Jezus Chrystus przyszedł w ciele (zob. 1 J 4, 2-3).

Obecnie jednak już i niektórzy neoprotestanci z ruchu charyzmatycznego posługują się pobłogosławionym olejem, wodą, solą i chustką, wykonują pewne symboliczne czynności, w ramach walki duchowej, jak oczyszczanie wód w rzekach, układanie w nich pobłogosławionych kamieni, wbijanie palików na rogatkach miast, a nawet zakopywanie Biblii pod budynkiem zboru. Oczywiście spotyka się to z gwałtowną krytyką tradycyjnych protestantów, że są to czynności „magiczne”.

Ma to jednakże oparcie w Biblii i jest zgodne z wiarą i tradycją Kościoła katolickiego wszystkich wieków. Już prorok Elizeusz oczyścił wodę w źródle sypiąc do niej sól (zob. 2 Kr 2, 19-22). W klasycznym katolickim obrzędzie poświęcenia wody, kapłan dodaje sól do wody, wpierw egzorcyzmując je. Odmawia też egzorcyzm nad olejem, aby służył przeciw złym duchom i chorobom (zob. Rituale Romanum). Pierwszy zapis o używaniu we wczesnym Kościele wody święconej do wypędzania złych duchów, pochodzi już ze 120 roku. Pastor anglikański Michael Green, w książce „Wierzę w klęskę szatana”, na podstawie własnego doświadczenia w służbie, pisze: „Woda święcona jest jedną z najcenniejszych pomocy przy uwalnianiu. [...] Kościoły protestanckie odrzuciły wodę święconą jako przesąd, zauważając tylko martwy symbol i sprzeciwiając się mu. Tak naprawdę głupio robimy nie korzystając z niej”.

W kościołach wschodnich do dziś praktykuje się poświęcanie wody w rzekach na pamiątkę chrztu Pana Jezusa w Jordanie. Błogosławi się pola i domy zawierzając je opiece Boga. Pierwszy biskup Kołobrzegu, Reinbern, ustanowiony w 1000 roku, za Bolesława Chrobrego, „wrzucił do morza poświęcone kamienie, aby odpędzić złe duchy i zapewnić rybakom obfite połowy”.

Oczywiście czynności te spełnia się w imię Boga i Jego mocą, opierają się na prośbie i błogosławieństwie Kościoła, a skuteczność ich użycia zależy od wiary przyjmującego. Niezliczone są niepodważalne przykłady uwolnień i uzdrowień za sprawą tych sakramentaliów. Zawsze jednak istnieje ryzyko sprowadzania tego do obrzędów magicznych (siły samego wykonania czynności), lub przypisywania skuteczności samej materii (żywiołom świata). Trzeba umiejętnie pouczać o tym wierzących, aby sakramentalia (błogosławieństwa) stosowane były właściwie.


Istnieje zagrożenie, że można być zniewolonym formami i praktykami religijnymi, na nich się zbytnio skupiając, nie tyle obłudnie, co mimowolnie, z gorliwości, braku dojrzałości i wiedzy, pójścia na religijną łatwiznę, gaszenia Ducha, nieznajomości Boga. Tak było w przypadku faryzeuszy i w inny sposób Greków. Św. Paweł przemawiając do Ateńczyków stwierdził: widzę że jesteście pod każdym względem bardzo religijni (Dz 17, 22). W oryginale greckim jest tu słowo deisidaimonesterous, po łacinie superstitiosiores, trudne do przetłumaczenia na język polski. Może ono też znaczyć „nadmiernie religijni”, lub „zabobonni”. Bliskoznaczne polskie „dewotki” i „bigoci”, to raczej tylko obraźliwe epitety ze strony niewierzących.

Podobne określenie pojawia się też, gdy św. Paweł gani samowolne praktyki ascetyczne i religijne (zob. Kol 2, 16-23), pisząc: przepisy te mają pozór mądrości dzięki kultowi własnego pomysłu; gr. ethelothreskeia; łac. superstitione (w. 23). Trochę to oddaje, może najbliższe oryginałowi, ukute przez komunistów, słowo „religianctwo”. W rzeczywistości chodzi tu raczej o skupienie się na zewnętrznej stronie religii.

Kościół katolicki używał tego łacińskiego słowa w takim negatywnym znaczeniu. W klasycznym Rytuale Rzymskim, w obrzędach chrztu dorosłych, nawracającego się z judaizmu, ksiądz wzywa: respue Hebraicam superstitionem ("odrzuć hebrajską religijność"). Protestanci nadużywają jednak słów „religia” i „religijność”, pochodzących od łacińskiego religio (a więc zupełnie innego słowa), zwykle będącego odpowiednikiem greckiego threskeia (stąd polskie „troska” [o sprawy Boga]) wyłącznie w tym kontekście. Jest to wyraźną, złośliwą manipulacją antykatolicką, gdyż słowa te mają już w językach europejskich ustalone pozytywne znaczenie, jako praktykowanie wiary.

Używanie słów „religia”, „religijny”, na określenie czegoś z gruntu negatywnego, wręcz demonicznego, nie ma oparcia w Biblii i tekstach chrześcijańskich wszystkich wyznań aż do XX wieku. Tak Stary, jak i Nowy Testament w wersji łacińskiej używa słowa religio na określenie kultu Boga, podając przykłady zarówno prawidłowej, jak wypaczonej religijności. Pierwszy raz słowo to pojawia się w Księdze Wyjścia na określenie święta Paschy: Gdy się was zapytają dzieci: cóż to za święty zwyczaj? (łac. Quae est ista religio?; dosłownie: Cóż to jest za religia?) tak im odpowiecie: To jest ofiara Paschy na cześć Pana (Wj 12, 26-27). Św. Paweł Apostoł wspomina, że żył według zasad naszej religii (łac. religionis; gr. threskeias), jako faryzeusz (por. Dz 26, 5).

Św. Jakub Apostoł rozróżnia religijność prawdziwą i fałszywą: Jeżeli ktoś uważa się za człowieka religijnego (łac. religiosum; gr. threskos), lecz łudząc serce swoje nie powściąga swego języka, to pobożność jego pozbawiona jest podstaw (łac. vana est religio; gr. mataios he threskeia; dosłownie: czcza, daremna, fałszywa [to] jest religia). Religijność czysta i bez skazy wobec Boga i Ojca (łac. religio munda et immaculata apud Deum et Patrem; gr. threskeia kathara kai amiantos para to Theo kai Patri; dosłownie: religia czysta i niepokalana przed Bogiem i Ojcem) wyraża się w opiece nad sierotami i wdowami w ich utrapieniach i w zachowaniu siebie samego nieskalanym od wpływów świata (Jk 1, 26-27). Ciekawe, że przekłady protestanckie tłumaczą to wyłącznie jako „pobożność” (BW), „nabożeństwo” (BG), byleby nie użyć znienawidzonego słowa „religia” w pozytywnym znaczeniu.

Zatem istnieje „religia czysta i niepokalana przed Bogiem”. Co więcej, jest to właśnie religia wyrażająca się w dobrych uczynkach i pracy nad sobą! Wynikają one oczywiście z wiary i stanu łaski, gdyż bezowocną „religijnością” jest „aktywizm”, będący dziełem samego człowieka, w celu „samozbawienia”, bądź tylko spełniania uczynków dla Boga. Tymczasem dla pewnej części współczesnych protestantów nurtu ewangelikalnego i charyzmatycznego, tak jedno, jak drugie, to „religia uczynków i własnych starań”, demoniczne zło, przeciwieństwo „ewangelicznego chrześcijaństwa” posługującego się „tylko wiarą” (sola fide) w skrajnie wąskiej wersji.

Niepoliczalną ilość razy można usłyszeć w kazaniach i modlitwach tego środowiska jaka to zła jest „religia”. W kółko powtarzają „religia to, religia śmo, religia tamto”, „walczmy z religią!”, „nie bądźmy religijni!” itp. itd. Zwracają uwagę, że słowo religio pochodzi od łacińskiego religere, czyli „wiązać”, dając do zrozumienia, że religia „wiąże” ludzi; nie dodają tylko, że wiąże z Bogiem. Dla niektórych krytyków owa „religia” oznacza odmawianie jakichkolwiek ustalonych modlitw, zachowywanie terminów postów, czy pór na modlitwę, praktykowanie cnót, czy choćby poważne zachowywanie się w kościele; jakoby Bogu miły był wyłącznie totalny „spontan” i brak jakiegokolwiek porządku. Inni, gdy mówią [zła] „religia”, to w domyśle mają: „katolicka”, jako przeciwieństwo [dobrej] „wiary chrześcijańskiej”, a w domyśle: „protestanckiej”.

Tego typu słowne manipulacje przybierają czasem cechy, elegancko mówiąc: programowania neurolingwistycznego (NLP), a mówiąc wprost: prania mózgu. Wyznawcy mają mieć zakodowane: „religia jest zła!”, cokolwiek rozumieją pod tym pojęciem, a że zdecydowana ich większość wywodzi się ze środowiska kulturowo katolickiego, zaś wszyscy w nim żyją, to słysząc wcześniej i później słowo „religia” używane w dobrym znaczeniu przez Kościół katolicki, reagują odrzuceniem i oto programatorom zapewne chodzi.

Chociaż pobrzmiewa w tym jakieś echo zmagań Marcina Lutra ze swoją religijnością, to zasadniczo rodowód tego typu retoryki sięga zaledwie połowy XX wieku. A stoi za nią konkretnie jeden człowiek: Karl Barth. Ten kalwiński teolog wywarł tak ogromny wpływ na współczesny protestantyzm, a nawet na modernizm pseudo-katolicki, że zwany jest przez niektórych sympatyków „XX-wiecznym protestanckim doktorem Kościoła”. To on m. in. postulował odrzucenie pojęcia duszy, jako „greckiego” i życia zaraz po śmierci, na rzecz wyłącznie zmartwychwstania ciał, on zachęcał by raczej nie zmieniać przynależności kościelnej, lecz „nawracać się do Chrystusa” w swojej wspólnocie, on też wymyślił nową dychotomię wiara – religia.

Do tej pory używano tych słów bądź wymiennie, bądź jako uzupełnianie: wiara to zespół przekonań, coś bardziej wewnętrznego, zaś religia to sposób ich uzewnętrzniania, a więc nabożeństwa, struktura kościelna, wypełnianie przykazań, miłosierdzie itp., ewentualnie całość, łącznie z wiarą. Takie rozumienia są jak najbardziej zgodne z Nowym Testamentem i ogólnie przyjętym zwyczajem w językach europejskich. Tymczasem Barth wprowadził nowe znaczenia: „wiara” to coś autentycznego, głębszego, zaś „religia”, to tylko bezmyślne wykonywanie praktyk religijnych. Zatem słowo to stało się synonimem faryzeizmu, a z czasem wręcz demonicznej pułapki.


Teraz pojawia się kwestia, czy chodzi tylko o słowa, czy też o treść. Jeżeli o słowa, to można by z pewnym zastrzeżeniem spróbować ich sens jedynie skorygować. Formalizm religijny przecież istnieje. Dawniej po polsku nazywany był „dewocją”, choć słowo to pochodzi od łacińskiego devotio, czyli pobożność, a zatem w pełni pozytywnego. O uprawiających czczą dewocję św. Paweł pisze, iż będą zachowywać pozór pobożności (łac. speciem pietatis), ale wyrzekną się jej mocy (2 Tm 3, 5). Zatem problem pustej „religijności” istnieje, tak samo jak istnieją duchy „religijne”, sam bowiem szatan podaje się za anioła światłości (2 Kor 11, 14), więc trzeba je jakoś nazwać, choćby i „duchem religii”, jeśli pozwala to je wypędzić.

Św. Jan od Krzyża, Doktor Kościoła, jeden z największych katolickich mistrzów modlitwy i życia duchowego w XVI wieku zwracał uwagę, iż wypaczone praktyki religijne mogą łączyć człowieka ze złym duchem:

"Zostawmy na razie te praktyki oszałamiające wielością niezwykłych nazw i terminów, które nic nie znaczą, oraz inne rzeczy bezbożne, jakie ludzie głupi o duszy prostackiej i zabobonnej zwykli mieszać do swoich modlitw. O tych praktykach, tak wyraźnie złych i grzesznych, w których się kryje tajemny układ z szatanem, a co za tym idzie, pobudzających Boga raczej do gniewu niźli do miłosierdzia, nie będę tutaj mówił. Zatrzymuję się tylko nad tymi, które nie są tak podejrzane, o których dzisiaj wiele osób używa z nierozumną pobożnością, przypisując im wielką skuteczność i znaczenie. [...]

Gorszą jeszcze rzeczą, [której nie można tolerować,] jest to, że niektóre osoby pragną odczuć w sobie jakiś skutek i objaw spełnienia swej prośby. Pragną otrzymać jakiś znak, że modlitwa ich i towarzyszące jej ceremonie zostały przyjęte; jest to niczym innym, jak tylko kuszeniem i obrażaniem Pana Boga. Zabobony te taki wywołują gniew Boga, iż pozwala szatanowi, ażeby im dawał uczuć i usłyszeć pewne rzeczy, zupełnie zresztą tym duszom niepożyteczne, a tym samym wprowadzał je w błąd. Dusze bowiem, powodujące się takimi zabobonami, na taką zasługują karę" („Droga na Górę Karmel” 3, 43, 1-3).

Wspomniana supestitio, czyli faryzejska, lub „pogańska” religijność (określana przez protestantów jako „religia”), jest więc spotykana wśród chrześcijan, bywa również podsycana przez złe „duchy religijności”, lub „duchy religii”. Lepiej może byłoby przyjąć jednoznaczne określenie „superstycja”, „duch superstycji”, aczkolwiek w niektórych językach, jak w angielskim, czy francuskim, słowo superstition znaczy ściśle „zabobon”, „przesąd”, a zatem kontynuuje inny sens tego łacińskiego określenia. W nowszej literaturze katolickiej, po imieniu opisał „ducha religijności” słynny francuski charyzmatyk o. Joseph-Marie Verlinde, w książce „Jeden jest Pan”.

Inną natomiast kwestią jest treść, jaką ktoś rozumie pod tymi pojęciami. Dla niektórych neoprotestantów Msze i inne nabożeństwa katolickie są demoniczne, opanowane przez „duchy religii” już z tego tylko powodu, że mają ściśle ustalony porządek! Są więc wytworem owej [złej] „religii”. W konsekwencji wszelkie cuda i uzdrowienia, które miały i wciąż mają miejsce podczas katolickich obrzędów, to zwodzenie przez „duchy religijności”, które w tym kontekście wydają się wręcz wszechpotężne. Pewne środowiska neoprotestanckie, głoszące tego typu teorie, same są pod wpływem faryzejskiej religijności, gdyż zamiast uznać działanie Ducha Świętego i dobre drzewo po owocach, chwytają się ostatniego argumentu faryzeuszy: mocą władcy złych duchów, wyrzuca złe duchy (zob. Mt 12, 22-37). Część neoprotestantów natomiast traktuje tę sprawę poważnie, nie opierając się na swych doktrynach, ale na duchowej rzeczywistości. Wówczas możliwa jest rzeczowa dyskusja na temat pułapek superstycji i przeszkód w pogłębianiu wiary.

Powierzchowna, czy wręcz wypaczona „religijność” jest zewnętrznym wyrazem duszewności, jest religijnością ludzi duszewnych. Ludzie tacy, określeni w Nowym Testamencie jako psychikoi; łac. animales (od gr. psyche i łac. anima – dusza), czyli dosłownie „duszewni” (zob. 1 Kor 2, 14; Jud 1, 19; por. Jk 3, 15; 1 Kor 15, 44-46), w różnych przekładach Biblii określeni zostali niejasno jako: zmysłowi, cieleśni, naturalni, intelektualni i odpowiednio w innych językach. Tylko niektóre tłumaczenia oddają to precyzyjnie, jak angielskie: soulical, bądź soulish, a także słowiańskie. Owi „ludzie duszewni” w Kościele z listów apostolskich, to wierzący, ale kierujący się w religii nie duchem, lecz nieprzemienionymi jeszcze, naturalnymi, a zarazem zranionymi i zaćmionymi przez grzech, władzami duszy: rozumem (intelektem), wolą (gorliwością), nieuzdrowioną pamięcią, nieuporządkowanymi uczuciami (emocjami) i wyobraźnią (fantazją), lub głównie doznaniami zmysłowymi.

Na takich właśnie, duszewnych ludzi, mogą mieć wpływ duchy religijne, powstrzymując ich rozwój duchowy. (Problematykę najpełniej opisuje w swoich dziełach św. Jan od Krzyża). Ludzie ci byli i są też utrapieniem, zwłaszcza w zakonach, dla duchowych wierzących, takich jak choćby św. Jan od Krzyża, czy św. Faustyna i św. Małgorzata Maria Alacoque. Co charakterystyczne, to właśnie święci byli z reguły podejrzewani przez tamtych o to, że ich autentyczna relacja z Chrystusem jest złudzeniem demonicznym.

Obecne oskarżenia części protestantów o wpływy „ducha religii”, czy „religijności” w katolicyzmie, są zwykle dziełem takich duszewnych, zewnętrznie rozumujących krytyków, którzy nie pojmują istoty i głębi, ani sakramentów, ani różnych form pobożności w Kościele. Człowiek zmysłowy (duszewny) bowiem nie pojmuje tego, co jest z Bożego Ducha. Głupstwem mu się to wydaje i nie może tego poć, bo tylko duchem można to zrozumieć (1 Kor 2, 14 BT wyd. V). Dlatego właśnie katolicka pobożność płytkiego rodzaju protestantom wydaje się głupstwem.

Nie znaczy to jednak, że słuszną reakcją jest oburzenie, lub kpina oraz uznanie, iż wszystko w Kościele jest doskonałe, a tłumy praktykujących katolików to giganci ducha. Problem „religijności” (w tym kontekście należałoby właśnie używać jasnego określenia „duszewność”) rozgrywa się na poziomie duszy indywidualnego wierzącego i tylko człowiek duchowy, np. autentyczny kierownik duchowy, może to rozeznać i pomóc (por. 1 Kor 2, 15). Drugi duszewny będzie raczej proponował, lub narzucał własne teorie i praktyki.


Niedojrzała, duszewna religijność może wypaczać to, co samo w sobie jest, lub było dobre, dyskredytując to w oczach innych. Król Ezechiasz potłukł węża miedzianego, którego sporządził Mojżesz, ponieważ aż do tego czasu Izraelici składali mu ofiary kadzielne, nazywając go Nechusztan (2 Kr 18, 4). Z tego nie wynika przecież, że Mojżesz wykonując go oraz ci, którzy wówczas spoglądali na węża, by zostać uzdrowieni, popełniali bałwochwalstwo. Niedopuszczalnym nadużyciem jest więc określanie bałwochwalstwem obrazów w kościołach dlatego, że dla kogoś stały się „nechusztanem”, co jest negatywnym zjawiskiem. Andrzej Stepanow, jeden z liderów charyzmatycznego protestantyzmu w Polsce, zjawisko takiego zrutynizowania, cofania się, zbytniego przywiązania do zewnętrznej formy, która kiedyś była, lub dla innych jest, dobrym środkiem w relacji z Bogiem, nazywa duchem nechusztana, bądź po prostu nechusztanem i jest to interesujące spostrzeżenie.

Subtelną odmianę tego zjawiska można dostrzec też na poziomie strukturalnym. Charakterystycznym przejawem takiego procesu jest starzenie się Odnowy w Duchu Świętym. To, co przed kilkudziesięciu laty było nowością, ożywieniem, spontanicznością, przerodziło się w ściśle obowiązujący rytuał: krąg, zapalenie świecy, ustalony wzór krucyfiksu, stałe modlitwy wstępne, porządek spotkania itd. Odnowa Charyzmatyczna, która kiedyś zainicjowała nowe sposoby modlitwy o uwolnienie, uzdrowienie fizyczne i wewnętrzne, teraz jest sceptyczna wobec ich dalszego rozwoju. Głosy krytyczne wobec modlitwy o uzdrowienie międzypokoleniowe (propagowanej m. in. przez o. Roberta DeGrandisa) wyszły także z Odnowy, podobnie wobec terytorialnej walki duchowej i niektórych spontanicznych zjawisk, np. upadania w czasie modlitwy. Wiekowo również uczestnicy spotkań modlitewnych są coraz starsi, młodzież wybiera nowsze wspólnoty tzw. „trzeciej fali charyzmatycznej”.

Ten sam proces zachodzi w tradycyjnym kościele zielonoświątkowym, acz nie wszędzie. Powstał on sto lat temu z powodu usunięcia charyzmatyków z szeregów klasycznych denominacji protestanckich. Teraz sam bywa niechętny wobec „trzeciej fali” zborów charyzmatycznych oraz ich praktyk, takich jak wspomniana walka duchowa, nowe formy działania, większa spontaniczność. Odnowa jest zresztą równoległa do zielonoświątkowców, gdyż wywodzi się z tego samego poruszenia duchowego. Znamienny jest fakt, że w numerze 90 „Zeszytów Odnowy w Duchu Świętym” z roku 2007, poświęconemu tej problematyce, autorem najbardziej niechętnego wobec „nowych charyzmatyków”, wręcz tendencyjnego artykułu, jest były pastor zielonoświątkowy przez 25 lat, a obecnie katolik z Odnowy, Richard Borgman.


Forma jest przede wszystkim nośnikiem treści, a tą treścią jest Boża Obecność. Są formy odpowiednie do tego same w sobie, są stosowne w danej epoce, czy kulturze, są wreszcie odpowiadające konkretnym osobom w ich dążeniu do zjednoczenia z Bogiem. Dlatego w Kościele katolickim (co znaczy „powszechnym”) są rozmaite obrządki, duchowości, formy modlitwy i wspólnoty, mogą też powstawać kolejne, o ile wyrażają i przekazują wiarę katolicką.

Bez względu na to, czy nabożeństwo jest „charyzmatyczne”, czy „tradycyjne”, prawdopodobnie uczestniczą w nim trzy grupy ludzi: jedni szukają formy uważanej za słuszną (nowej lub starej), drudzy zaspokojenia potrzeb emocjonalnych (radości lub powagi), trzeci autentycznego spotkania z Bogiem. Pierwsi i drudzy z reguły oburzają się, gdy ci trzeci ośmielą się dostrzec Boga także w innej formie niż zaakceptowana przez nich, bo tego nie rozumieją.

Dotyczy to zarówno rodzaju modlitwy, jak i przedmiotów pomocnych w niej (dewocjonaliów). Zadaniem Kościoła jest pomóc tym ludziom w dojrzewaniu chrześcijańskim, przejściu od religijności duszy do otwarcia duchowych oczu na to, co jest rzeczywiście.

Św. Jan od Krzyża ostrzegał: „Niektórzy pokładają wiarę w formułkach i praktykach, chcąc przez nie uzupełnić swą pobożność i modlitwę. Sądzą, że jeśli jednej kropki zabraknie, lub cokolwiek opuszczą, Bóg nie wysłucha ich modlitwy. Tym samym więc pokładają więcej ufności w tych praktykach i sposobach niż w żywej modlitwie. Jest to wielkim lekceważeniem i obrazą Boga” („Droga na Górę Karmel” 3, 43, 2).

Wielu początkujących ulega wielkiemu łakomstwu duchowemu. Szukają ustawicznie pociechy i wskazówek duchowych, wynajdują książki i bezustannie je czytają, nadto jeszcze gromadzą osobliwe obrazy i różańce, wybierając raz te raz tamte. Ujrzycie ich obwieszonych agnuskami, relikwiami, to znów spisem imion świętych, jak dzieci, które ozdabiają się świecidełkami. Jest to przeciwne ubóstwu duchowemu. Prawdziwa pobożność wypływa z serca i korzysta tylko z tego, co jest w przedmiotach duchowych prawdziwe i istotne. Wszystko zaś inne jest przywiązaniem i oznaką niedoskonałości” („Noc Ciemna” 1, 3, 1 w skrócie).

Następnie podał przykład osoby, której musiał odebrać prosty drewniany krzyżyk, gdyż była do niego chorobliwie przywiązana oraz takiej, która miała oryginalny różaniec z rybich ości, ale nie przeszkadzało to jej we wzroście duchowym. Formy pobożności dla konkretnych osób mogą być więc pomocą, lub przeszkodą. Sam św. Jan, autor tych słów, jako karmelita, nosił przecież szkaplerz i odmawiał różaniec.

św. Jan od Krzyża

Niektórzy nadgorliwi protestanci, widząc u katolika materialny różaniec, lub szkaplerz, już automatycznie podejrzewają, że jest pod wpływem złego ducha religijności, czy „królowej nieba” i przekonują do pozbycia się tych sakramentaliów. Jest to jednak z ich strony nieznajomość istoty katolickich form pobożności, w połączeniu z jakimiś jednostkowymi doświadczeniami, czasami też własnymi. Niestety, przyczyną tego jest także jej słaba znajomość wśród znacznej części zdeklarowanych katolików.

W modlitwie różańcowej najważniejsze jest rozważanie Ewangelii, na drugim miejscu znajduje się osnowa w postaci modlitwy ustnej (też biblijnej), na trzecim same paciorki, które służą przede wszystkim do liczenia modlitw, a raczej by nie myśleć o liczeniu, choć i sam materialny różaniec należy szanować jako poświęcony (przeznaczony wyłącznie do modlitwy i ubogacony błogosławieństwem Kościoła). Szkaplerz zaś jest wyrazem okrycia szatą zbawienia, a nie talizmanem. Oczywiście są tacy niedojrzali katolicy, którzy przyjmują inną hierarchię, lub wręcz popełniają błędy opisane przez św. Jana od Krzyża i należy im umiejętnie pomóc, ale przez to nie wolno całkiem odrzucić tego, co tylu innych ludzi prowadzi w głąb modlitwy do Boga.

Generalnie rzecz biorąc, modlitwy o ustalonej formule, także odmawiane na paciorkach (różańce, koronki), mają trzy stopnie dojrzewania: skupienie na słowie, na sensie i na Bogu (łac. atentio ad verbum, ad sensum et ad Deum). Zatrzymanie się na materii, bądź na pierwszych stopniach, bez wątpienia zahamuje ten rozwój i tutaj nie ma kontrowersji. Afrykańskie przysłowie mówi: „Kiedy mędrzec pokazuje księżyc, to głupiec patrzy się na palec”. Ale z tego nie wynika, że należy mędrcowi odciąć palec.