Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HISTORIA KOŚCIOŁA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HISTORIA KOŚCIOŁA. Pokaż wszystkie posty

23 maja 2022

Historia liturgii chrześcijańskiej

 
Króluj nam Chryste!


Kontynuując rozważania z poprzedniego artykułu o korzeniach chrześcijańskiej liturgii, teraz warto poznać zwięzłą historię jej rozwoju, od pierwszych wieków do współczesności.


Nowy Testament nie daje precyzyjnych opisów początków liturgii chrześcijańskiej i pierwotnego procesu jej scalania. Nadmienia tylko w różnych miejscach, że wierzący trwali „w łamaniu chleba i w modlitwach” (Dz 2, 42), spotykali się na „Wieczerzy Pańskiej” (1 Kor 11, 20), „pamiątce Pana” (1 Kor 11, 23-25), „przemawiali w psalmach, hymnach, pieśniach pełnych Ducha” (Ef 5, 19), „prorokowali i roztrząsali proroctwa” (1 Kor 15, 29), „nauczali i objawiali rzeczy skryte” (1 Kor 15, 26), „głosili Słowo i opowiadali Dobrą Nowinę” (Dz 11, 19-20), „chodzili na modlitwę o określonych porach” (Dz 3, 1), „gromadzili się w imię Pana Jezusa” (Mt 18, 20; 1 Kor 5, 4), „składali duchowe ofiary” (1 P, 2-5) i „rozumną służbę Bożą” (Rz 12, 1), „mieli własny ołtarz, z którego nie mieli prawa spożywać służący staremu przybytkowi” (Hbr 13, 10).

Św. Justyn Męczennik w swej „Apologii” chrześcijaństwa z około 155 roku, wyjaśniał cesarzowi, iż podczas zgromadzenia w Dniu Słońca (niedziela) najpierw lektor czyta księgi apostolskie, lub prorockie, a za nim przełożony głosi kazanie, po czym wszyscy wstają i modlą się. Następnie przynoszą chleb, wino i wodę, przełożony odmawia modlitwy i dziękczynienie (gr. eucharistia), a lud odpowiada: „Amen”. Potem rozdziela się to, „co stało się Eucharystią”, a nieobecnym zanoszą ją diakoni. Na koniec składa się dary dla potrzebujących. Najpierw jednak, o świcie, chrześcijanie gromadzą się, aby śpiewać pieśni pochwalne dla Boga, a potem przychodzą ponownie, aby spożyć „święty i niewinny posiłek”. Podobne określenia znajdują się już na początku Kanonu Rzymskiego (sancta sacrificia illibata). Jest to pierwsze znane przedstawienie schematu liturgicznego.

Konstytucje Apostolskie z około 380 roku podają już dokładniejszy opis przebiegu Mszy św. Polecają, iż kościół ma być podłużny, zwrócony ku wschodowi, z tronem dla biskupa i siedzeniami dla prezbiterów z przodu, mężczyźni i kobiety mają siedzieć osobno. Na początku lektor czyta z ksiąg Starego Testamentu, potem inny śpiewa Psalmy, a dalej czytanie z Dziejów lub Listów Apostolskich. Po nich diakon, lub prezbiter czyta Ewangelię, a wszyscy stoją w milczeniu. Potem kapłani głoszą naukę dla ludu. Po niej wszyscy mają powstać, „zwrócić się ku wschodowi” i odmawiać modły. Dalej następuje „pozdrowienie pocałunkiem Pana” między wiernymi, diakon odmawia modlitwy w określonych intencjach (ektenie w obrządkach wschodnich), biskup modli się „nad ludem” (oratio super populum, którą znaleźć można w tradycyjnej liturgii luterańskiej jako pozostałość średniowiecznego rytu rzymskiego). „Potem ma się odbyć ofiara, w czasie której lud ma stać i modlić się w milczeniu, po jej spełnieniu niech każda grupa z osobna przyjmuje Ciało Pańskie i najdroższą Krew Jego, przystępując w porządku z całą czcią i bojaźnią, jako do ciała Króla. Niewiasty mają przystępować z zasłoną na głowie, jak to przystoi działowi kobiet” (Eucharystia pierwszych chrześcijan, wybór i opracowanie ks. Marek Starowieyski, Kraków 1987, s. 257-258).

Konstytucje Apostolskie zawierają ponadto najstarszy zachowany formularz mszalny zwany liturgią klementyńską (przypisują bowiem jej autorstwo jakoby papieżowi Klemensowi I), w którym prócz wymienionych elementów wyszczególnione jest też umycie rąk (lavabo), przyniesienie i ofiarowanie darów, a po Komunii dziękczynienie i rozesłanie wiernych. Na Anaforę składa się: prefacja, Trishagion (śpiew „Święty Boże”), opis ustanowienia i konsekracja, anamneza, epikleza (po konsekracji, jak w obrządkach wschodnich), memento (wspomnienie tych, za których jej sprawowana Msza). W Rzymie, już w najstarszych dokumentach z pierwszych wieków, zamiast obecnego do dziś na Wschodzie Trishagionu, jest Sanctus („Święty, święty”), pojawia się dialog przed prefacją, wspomnienie zmarłych, „Ojcze nasz”, pierwsze kolekty. W V wieku dołączono śpiew Alleluja,  pozostałe części kanonu oraz Ite missa est! („Idźcie, Ofiara spełniona”). Credo („Wierzę w Boga”) włączano stopniowo do poszczególnych obrządków w V i VI wieku, kilkaset lat później zaś do rytu rzymskiego.

Przełom VI/VII wieku przyniósł pierwsze zwarte teksty Mszy, bowiem wcześniej stosowano plik osobnych kartek. Wzorem dla nich był Sakramentarz św. Grzegorza Wielkiego z 595 roku (Paweł Milcarek, Historia Mszy. Przewodnik po dziejach liturgii rzymskiej, Kraków 2009, s. 30-32; 42). Papież ten dokonał paru zmian w Kanonie Rzymskim i obrzędach mszalnych, a także przyczynił się do zreformowania i rozmoju śpiewu liturgicznego. W konsekwencji jego działań (ale już za pontyfikatu Honoriusza I) doszło do kodyfikacji tekstów liturgicznych oraz śpiewu kościelnego, który nazwany został z tej racji chorałem gregoriańskim. Stąd stary ryt rzymski jest określany również, na wzór liturgii wschodnich, od swojego głównego reformatora i kodyfikatora, Mszą św. Grzegorza Wielkiego (na podobieństwo liturgii wschodnich nazywanych od ich domniemanych autorów, jak. św. Jana Chryzostoma, św. Jakuba i św. Bazylego).

Jeszcze w starożytności zatem ukształtował się zasadniczy układ Mszy świętej, podzielonej wówczas na tzw. Mszę katechumenów (do kazania włącznie) i Mszę wiernych. Pozostałość tego rozdzielenia zachowała się w obrządku bizantyjskim, gdy kapłan (diakon, jeśli jest) woła: „Drzwi, drzwi!” (tzn. „zamknijcie drzwi po wyjściu katechumenów”), a nieco później: „Tylko wierni! Módlmy się do Pana!” Pewne drugorzędne różnice w sprawowaniu liturgii kształtowały się w poszczególnych regionach cesarstwa rzymskiego, z zasadniczym podziałem na Wschód i Zachód. Na bazie tych różnic powstały określone obrządki, wśród nich rzymski i bizantyjski, z czasem najbardziej rozpowszechnione. Jak widać powyżej, brakuje tylko w tych schematach części wstępnej. Jej elementy dołączano stopniowo przez wieki aż do XVI stulecia włącznie, czerpiąc je z przygotowujących do Mszy modlitw wiernych świeckich i duchownych.



W Rzymie liturgię mszalną poprzedzał śpiew psalmów i hymnów (z którego powstały laudes, czyli chwalby, obecnie zwane jutrznią), a który wtedy należał do wiernych oraz śpiew na wejście (introit). Kapłani wchodzili pod koniec śpiewu i wówczas następował podstawowy schemat liturgiczny pierwszej części pierwotnego rytu rzymskiego: czytanie, śpiew, modlitwa, powtarzany kilkakrotnie (do dziś pozostało to w liturgii Wigilii Paschalnej i suchych dni). Ten schemat, poprzedzony psalmami i Ojcze nasz, należącymi do ludu, pozostał też w matutinum, dawniej zwanym po polsku jutrznią, a obecnie Godziną Czytań (Joseph Andreas Jungmann, Sprawowanie liturgii. Podstawy i historia form liturgii, Kraków 1992, s. 108-119).

Śpiew Kyrie eleison („Panie zmiłuj się”) jest na Zachodzie szczątkową formą litanii w różnych intencjach (wschodniej ektenii), w której poszczególne wezwania kończyli wierni tymi właśnie słowami (Gospody pomyłuj!). W średniowieczu dodano do ich śpiewu tropy, czyli rozwinięcia po Kyrie, a od ich pierwszych słów pochodzą nazwy poszczególnych melodii (np. Kyrie fons bonitatis etc). Tropy zniknęły w mszale trydenckim, a niektóre przywrócił w 1970 roku nowy mszał, jako opcję.

Hymn Gloria in excelsis Deo („Chwała na wysokości Bogu”) jest jakby najbardziej zwięzłym streszczeniem nabożeństwa uwielbienia poprzedzającego Mszę (laudes). Znajduje się on tylko w rycie łacińskim od VI wieku, zaś na Wschodzie w liturgii godzin. Do XI wieku był intonowany jedynie przez biskupa, a przez kapłanów tylko na Wielkanoc (Johannes Bringtine, Msza Święta, Warszawa 1957, s. 60-64). W tym stuleciu dodano też ciche, osobiste modlitwy kapłańskie, jak Oramus Te, Munda cor, Domine Jesu Christe Fili Dei vivi, czy Placeat Tibi. Około 1210 roku, na polecenie papieża Innocentego III, do Mszału Rzymskiego, to znaczy wówczas papieskiego („Mszał według zwyczaju kurii rzymskiej”), który w następnych stuleciach stał się wzorem dla innych zachodnich rytów, przyjęto modlitwy Ofertorium, pochodzące z obrządku gallikańskiego, w jego różnych partykularnych odmianach.

Mszał Rzymski z 1570 roku jako integralną część Mszy ustanowił Psalm 43 (42) i dwa Confiteor („Spowiadam się”), które dotąd były prywatnymi modlitwami przygotowawczymi celebransów i ministrantów. Do XVI wieku bowiem to antyfona na wejście (introit) stanowiła właściwe rozpoczęcie Mszy, dlatego zaczynając ją, kapłan i służba liturgiczna czynią na sobie znak krzyża. Na tym zakończył się proces kształtowania wszystkich części liturgii Najświętszej Ofiary. Na polecenie Soboru Trydenckiego, następujący po nim papieże dokonali przejrzenia i oczyszczenia z błędów narosłych w trakcie kopiowania przez stulecia, najważniejszych dla Służby Bożej ksiąg: wspomnianego już Mszału (zwanego popularnie z tego powodu trydenckim, w kolejnych edycjach typicznych z 1604 i 1634 roku), Rytuału, Wulgaty, czyli wzorcowego łacińskiego tekstu Biblii (1598 rok) oraz Brewiarza Rzymskiego (1568 rok), zawierającego wzorzec liturgii godzin.

Ukształtowana przez wieki forma liturgii Mszy świętej streszczała bowiem, ale nie wyczerpywała (i nie wyczerpuje) całości liturgicznej modlitwy Kościoła oraz zanoszonej przez ogół wiernych i każdego z osobna. W pierwszych wiekach mnisi odmawiali codziennie wszystkie psalmy, ponadto znosili własne modlitwy i rozważali Pismo Święte. W V i VI wieku nastąpiło podzielenie i uporządkowanie Psałterza, który rozłożono na tydzień i poszczególne pory doby (tzw. godziny, łac. horae). Z czasem dodawano do psalmów antyfony, modlitwy i hymny, które łączyły się tematycznie ze wspomnieniem liturgicznym we Mszy na dany dzień, których również stopniowo przybywało. W ten sposób zintegrowano Liturgię Godzin ze Mszą św.

W obrządku bizantyjskim jest to wyraźnie złączone, gdy w niedzielę liturgia, w pełnej formie, rozpoczyna się rano śpiewaniem Utrenii (matutinum z laudes). Następnie duchowni odmawiają tercję, sekstę i nonę, po czym sprawowana jest Boska Liturgia (Msza św.), a dopełnia ją Weczeria (nieszpory). W niektórych liturgiach orientalnych kapłan odmawia wszystkie psalmy (Msza trwa nawet 4 godziny). Szczątkiem tej integracji w klasycznej liturgii rzymskiej jest np. mini-jutrznia na zakończenie Mszy Rezurekcyjnej w ramach Wigilii Paschalnej.

Na Zachodzie we wspólnotach monastycznych ta integracja była i jest znacznie bardziej widoczna. W tradycji katolickiej ostatnich kilku wieków popularne było śpiewanie godzinek i innych modlitw przed Mszą jako formę ludowej chwalby oraz po południu, czasem zaraz po sumie, nieszporów w języku narodowym z kazaniem dla ludu. Czasem też nieszpory, bądź kompletę kończono błogosławieństwem Najświętszym Sakramentem. Podczas śpiewu Magnificat w czasie nieszporów kapłan okadza ołtarz (nawiązanie do wieczornej ofiary kadzenia w starotestamentalnej świątyni).

Jednak również Liturgia Godzin nie wyczerpuje całości modlitwy, gdyż brewiarz (łac. breviarium – skrót, wyciąg), jak sama nazwa wskazuje, jest tylko streszczeniem modlitwy uwielbienia Boga i codziennej lektury Biblii. Powstał on w XI wieku, a ukształtował w następnym, na potrzeby podróżujących często legatów i urzędników papieskich, toteż nazwany został wówczas Breviarium Curiae Romanae. Objęto nim wszystkie psalmy, lecz tylko podstawowe hymny, modlitwy i krótkie fragmenty czytań biblijnych na dany dzień, dlatego noszą one nazwę lectio brevis („czytanie krótkie”).

Brewiarz, podobnie jak Mszał, scalił w jednej księdze modlitwy i śpiewy, które do XIII stulecia były spisywane w osobnych kodeksach, takich jak: psałterz (psalmy), antyfonarz (antyfony z liturgii mszalnej i godzin oraz pieśni), kolektarz (modlitwy zmienne, przede wszystkim kolekty), lekcjonarz i ewangeliarz (czytania biblijne), martyrologium (wspomnienia świętych na dany dzień). W skład Mszału wszedł ponadto graduał (zawierał wersety psalmów śpiewane między czytaniami; nazwa księgi oraz części liturgii pochodzi od łac. gradus – stopień, na którym stał kantor). Zapisy melodii do wszystkich części zmiennych zawarto w księdze Liber Usualis. Obrzędy właściwe dla biskupów objął Pontyfikał. W skład Brewiarza zaś weszły krótkie fragmenty pism Ojców Kościoła.


Oprócz zawartości Brewiarza oraz kolejnych skrótów na użytek świeckich: małych oficjów, różnych godzinek i brewiarzy tercjarskich oraz mszalików, powstało w dziejach chrześcijaństwa tysiące tekstów modlitw, pieśni i hymnów śpiewanych przez wiernych na wspólnych modlitwach (w kościołach, domach, przy kapliczkach przydrożnych) oraz indywidualnie. Także Pismo Święte, z którym integralnie związany jest Mszał i Brewiarz, było znacznie szerzej poznawane w kazaniach i innych nauczaniach, a przez coraz szersze grono umiejących czytać, także w osobistej lekturze. Do tego ostatniego zachęcają papieże od czasów św. Piusa X, który ogłosił: „Ponieważ wszystko pragniemy odnowić (lub: ustanowić) w Chrystusie (łac. instaurare omnia in Christo: Ef 1, 10), na niczym nam bardziej nie zależy, jak na tym, aby nasze dzieci nabyły zwyczaju częstego, nawet codziennego czytania Księgi Ewangelii, aby właśnie z niej mogły przede wszystkim nauczyć się, jak można i należy odnowić wszystko w Chrystusie” (List z 21 stycznia 1907 roku popierający Sodalicję św. Hieronima dla Rozpowszechniania Św. Ewangelii):

Omnia in Christo instaurare volentibus, nihil certe Nobis optatius quam ut id moris filii Nostri usurpent, Evangeliorum exemplaria non solum frequenti, sed quotidiana etiam lectione tenere, e quibus maxime addiscitur quo demum pacto omnia in Christo instaurari possint ac debeant.


Papież ten zainicjował proces zmian we wszystkich księgach obrządku rzymskiego, ustalonych po Soborze Trydenckim. W 1911 roku promulgował nowy Brewiarz, zrywający z dotychczasową tradycją układu psalmów, sięgającą V wieku, a w niektórych elementach nawet czasów przed Chrystusem, jak odmawiania codziennie trzech ostatnich psalmów (148-150) na zakończenie laudes (jutrzni). Była to pierwsza „rewolucja liturgiczna” XX wieku, która na jego polecenie miała być kontynuowana, co też uczynił Pius XII wprowadzając w 1945 roku nowy przekład psalmów (z hebrajskiego na łacinę), usuwający Psałterz Gallikański odmawiany powszechnie na Zachodzie od IV wieku. Wreszcie św. Paweł VI wprowadził w 1970 roku kolejną radykalną zmianę w Liturgii Godzin (Paweł Mielcarek, Od pełnego do psałterza łatwiejszego. Z dziejów reformy Brewiarza rzymskiego w wieku XX, Christianitas, 47/2012).

Pius X nakazał też śpiew chorału gregoriańskiego według reformy opactwa w Solesmes, który był sztuczną formą śpiewu, powodując bezpowrotne zaprzepaszczenie znajomości wielowiekowych sposobów jego wykonania, których zapisy nutowe nie oddają (Bartosz Izbicki, Grać Straussa jak w Wiedniu, śpiewać chorał jak w Rzymie, Christianitas, 47/2012). Ponadto polecił on rozpoczęcie prac nad zmianami w Wulgacie, czytanej przez Kościół łaciński od IV wieku, modyfikowanie według tekstów greckich i hebrajskich oraz poprawianie rzekomych błędów. Trwały one aż do 1979 roku, gdy wydano tekst tzw. Neo-Wulgaty. Tenże papież także dał impuls do zmian w liturgii Mszy świętej, dokonując znaczących reform rubryk (zebranych w nowej edycji typicznej Mszału Rzymskiego z 1920 roku, już za pontyfikatu Benedykta XV), a przede wszystkim wprowadzając pojęcie „aktywne uczestnictwo” wiernych (łac. activa, bądź actuosa participatio), jako cel przyszłych reform (już u progu swego pontyfikatu, w motu proprio Tra le sollecitudini z 22 listopada 1903 roku).


W latach 20. XX wieku pojawiły się postulaty zmian w samym rycie Mszy św., które zaczął realizować Pius XII, wśród nich reformy liturgii Wielkiego Tygodnia z 1955 roku. Kolejne zmiany w tekstach Mszału Rzymskiego wprowadzono w latach 1960-1962 (zebrane w kolejnej edycji typicznej z 1962 roku), a następne, w oparciu o Konstytucję o Liturgii soboru watykańskiego II, coraz bardziej znaczące, w 1965, 1967 i 1968 roku. Rok później został promulgowany nowy Mszał, który wszedł w życie na całym świecie w 1970 roku i jest dziś powszechnie znany.

Ponieważ ów nowy Mszał Rzymski zawierał znaczące zmiany w tekstach oraz łączył się z innym sposobem sprawowania oraz rozumienia liturgii Mszy świętej, już od 1969 roku pojawiły się postulaty wśród niektórych duchownych i świeckich, aby zachować możliwość celebracji według tradycyjnego rytu. Pojawiła się zarazem kwestia, której wersji ksiąg się trzymać (od roku 1958 do 1968). W 1971 roku Watykan udzielił indultu na możliwość odprawiania liturgii według Mszału w wersji z lat 1965-67 dla Anglii i Walii. W 1984 roku Kongregacja Doktryny Wiary skierowała do wszystkich biskupów list Quattuor abhinc annos, w którym z polecenia papieża św. Jana Pawła II, informuje o możliwości sprawowania jej według Mszału z roku 1962. Wydany przez niego cztery lata później List Apostolski motu proprio Ecclesia Dei potwierdził, iż chodzi o wydanie typiczne z tegoż roku.

Papież Benedykt XVI, w Liście Apostolskim motu proprio Summorum Pontificum z 7 lipca 2007 roku, przypominając zawsze obowiązującą możliwość odprawiania Mszy św. w tradycyjnej formie, również sprecyzował w art 1, 2, 3 i 5 tego listu, iż należy stosować edycję św. Jana XXIII z roku 1962. W art. 9 zaś potwierdził możliwość stosowania przy udzielaniu innych sakramentów tradycyjnego Rytuału i Pontyfikału oraz odmawiania Brewiarza w wersji z 1962 roku. Instrukcja wykonawcza do tego listu, Universae Ecclesiae z 2011 roku, przypomina te stwierdzenia dodając, iż sprawowanie liturgii w rytach zakonnych dozwolone jest także według ich stanu z roku 1962. Instrukcja ta zasygnalizowała też możliwość uzupełniania tradycyjnego Mszału o nowe wspomnienia świętych i prefacje, zapowiadając wydanie przepisów regulujących ten organiczny rozwój rzymskiego obrządku składania Bogu Najświętszej Ofiary.


Artykuł ten zawarty jest w książce Szymona Orkisza Servite Domino. Podręcznik dla ministrantów i ceremoniarzy do liturgii w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego i stanowi części 2-6 jej Rozdziału I "Krótka historia Najświętszej Ofiary i rytu rzymskiego", mojego autorstwa. Opublikowany został przed Traditionis custodes, toteż nie porusza tej kwestii.


24 lipca 2017

Święta Kinga – patronka na obecny moment



Króluj nam Chryste!
- zawsze i wszędzie.


W ostatnich dziesięcioleciach wiele osób głosi, iż należy w Kościele katolickim dowartościować „świeckich”, wielu powołuje się na nauczanie Soboru Watykańskiego II o powszechnym powołaniu do świętości, Dekret o Apostolstwie Świeckich, adhortację św. Jana Pawła II Christifideles Laici, mówi o „domowym kościele”, doniosłej roli rodziny i zakorzenieniu jej życia w Ewangelii, o „powszechnym kapłaństwie”, o budowaniu życia społecznego na Chrystusie i Jego nauce. (Przy okazji: „wierni świeccy” to niebiblijne określenie, w Nowym Testamencie „świeccy”, czyli „ludzie ze świata” to niewierzący, a „duchowni” to ludzie duchowi, prawdziwie wierzący, a nie sami „prezbiterzy”).


Święta Kinga

Gdy jednak przychodzi do konkretów, to okazuje się, że w obecnej polskiej rzeczywistości „świeccy”, zwłaszcza kobiety, to mogą co najwyżej podlewać kwiatki w kościele. Owszem mają głos, pod warunkiem, że mówią dokładnie to, co chce hierarchia. Gdy tylko ośmielą się mieć jakieś inne postulaty, np. pełna Intronizacja Chrystusa Króla Polski, to stają się „sektą”, stawiają „poza kościołem”. Jeszcze gorzej jest na zachodzie Europy. Tam „świeccy” odgrywają sporą rolę, z braku księży, ale „głos świeckich” jest wysłuchiwany wtedy, gdy zmierza do zniszczenia tradycyjnego nauczania i praktyki. Gdy jacyś wierni chcą powrotu do form tradycyjnych, np. celebracji versus Deum, Komunii na klęcząco, wtedy już głosu nie mają, ale muszą być „posłuszni”. Zresztą w Polsce to również od dawna ma miejsce. Można by mnożyć przykłady, ale nie o tym chcę dziś pisać.

Z drugiej strony uderza nas potężna fala dążąca do wyeliminowania chrześcijaństwa, wiary katolickiej i zgodnych z nią zasad cywilizacji łacińskiej, zarówno z życia publicznego, jak rodzinnego i prywatnego. Ulegając temu, nawet tak wielu hierarchów wycofuje się z głoszenia społecznego panowania Jezusa Chrystusa, na rzecz akceptowania „demokracji”, „wolności religijnej” i „pluralizmu”, domagając się tylko „poszanowania godności człowieka” i co najwyżej respektowania „wartości chrześcijańskich”. Gdy w ostatnich dniach wzmaga się hybrydowa wojna mocy ciemności przeciwko Polsce, nie słychać od nich jednoznacznego potępienia prowokatorów i ich bezmyślnych rezonatorów.

Absolutnym novum w tej niszczącej fali jest od paru lat udział części najwyższych hierarchów w Europie, zwłaszcza z Niemiec, w ataku na katolickie małżeństwo, na jego nierozerwalność, na wartość wierności małżeńskiej, czystości, wstrzemięźliwości i świętości. „Małżeństwo niech będzie we czci pod każdym względem i łoże nieskalane, gdyż rozpustników i cudzołożników osądzi Bóg” - nakazuje Słowo Boże (Hbr 13, 4).

Inna sprawa, że tradycyjne nauczanie chrześcijańskie na temat pożycia małżeńskiego jest już praktycznie zapomniane, a jego miejsce zajmują zwodnicze poglądy własne grasantów, typu o. Ksawery Knotz w Polsce. Jest to skutek zaniku w kościele posoborowym nauczania o duszy ludzkiej (według „nowej teologii” dusza to wymysł filozofii greckiej o czym pisałem w tekstach o duszewności), o powiązaniu ciała z duchową rzeczywistością. Ostatnimi czasy w Polsce nawet oficjalnie w Kościele zwalcza się ważne prawdy o rozmaitych ranach duszy i chrześcijańskich sposobach uzdrowienia z nich.

Cielesność, materialność, doczesność, horyzontalność myślenia opanowuje różne środowiska kościelne i wyraża się w wielu aspektach (nawet „obrońcy Tradycji katolickiej” zdają się bardziej dbać o rzeczy zewnętrzne, typu koronki, stroje, obrusy, mantylki i perfekcyjność gestów ministrantów, niż o znajomość, a przede wszystkim wzrastanie w tradycyjnej katolickiej duchowości). Przy takich „obrońcach” Kościołowi katolickiemu grozi kapitulacja przed cielesnością i zmysłowością. Lekarstwem na pożądliwość i rozwiązłość ma być jej akceptacja.

Marcin Luter, którego ostatnio jakiś niemiecki hierarcha podał katolikom za wzór do naśladowania, tak radził zwalczać pokusy nieumiarkowania, gniewu i nieczystości:
„Szatańskie myśli zwalczać szatańskimi myślami. Trzeba częściej zaglądać do dzbana, śmiać się i bawić, na złość diabłu grzech jakiś popełnić, przedstawić sobie postać nadobnej dziewczyny, unieść się gwałtownym porywem gniewu”.

Dzisiaj duch, który przez niego przemawiał, mówi ustami niektórych katolickich hierarchów:
„plagę rozwodów powstrzymamy przez ich akceptację; węzeł małżeński obronimy przyspieszając procedurę jego unieważnienia”.

W tym kontekście doniosłe znaczenie mają kanonizacje osób „świeckich”, dokonane przez św. Jana Pawła II, także podczas pielgrzymek do Polski. Przedstawił nam bowiem, jako godne czci i naśladowania, m. in. królową Jadwigę i księżnę Kingę. Przeważnie beatyfikacje i kanonizacje dotyczą osób z czasów współczesnych, których życie związane jest z otaczającą nas, lub poprzednią, żywą jeszcze w pamięci rzeczywistością, której często były one ofiarami. Tymczasem w epoce totalnej demokracji, kultu pseudo-nowoczesności, konsumpcjonizmu, zmysłowości i cielesności, papież wyciągnął „z mroków średniowiecza” św. Kingę, którą dziś (24 lipca) w Kościele wspominamy.

Szok. „Weszliśmy do Europy”, a naszym wzorem nie ma być słynna piosenkarka, czy aktor? Ale święta Kinga? Jedyne co wielu współczesnych, także katolików, raczy u niej zrozumieć, to fakt, że „dbała o biednych i wykluczonych”. Ale te długie modlitwy, biczowanie, posty, chodzenie boso i inne umartwienia, to zupełnie „nie w duchu soboru”. A jeszcze to życie w małżeństwie z księciem Bolesławem Wstydliwym we wstrzemięźliwości. Bez sensu! Co na to redakcje czasopism „dla mężczyzn”, „dla kobiet” i „dla młodzieży”? A gdzie „radość miłości”? Nawet sztandarowy „obrońca katolicyzmu” Tomasz P. Terlikowski, pannie która pytała na forum Frondy o możliwość i plany życia w białym małżeństwie z przyszłym mężem, poradził aby udała się do seksuologa, skoro ma jakieś zahamowania (sic!!!).


Pierścień w soli św. Kingi

Albo po co księżna Kinga zakładała polskie kopalnie soli (do tego państwowe! - a fe, co za pisowski socjalizm!). Czy nie prościej było sprowadzać sól z sąsiednich Węgier? Albo z dalekich Chin? A na koniec jeszcze, zamiast zapewnić sobie godziwą i przyjemną emeryturę, ona oddała majątek i wstąpiła do klasztoru. Może i dobrze, tam jest jej miejsce. Ale żeby tacy mieli nami rządzić? Tacy, jak święci władcy: Ludwik, Stefan, Edward, Wacław, Jadwiga Śląska, Jadwiga Królowa, czy wreszcie Kinga oraz jej siostry Małgorzata i Jolenta, ciotka Elżbieta i stryjna Salomea? Tacy władcy, którzy wiernie wypełnili polecenie, jakie wygłaszał do przyszłej głowy państwa biskup podczas obrzędu koronacyjnego:

 „Skoro dzisiaj, najlepszy monarcho, z rąk naszych, którzy (jakkolwiek niegodni) w tej mierze zastępujemy Chrystusa Zbawiciela naszego, masz przyjąć święte namaszczenie i oznaki królewskie, wypada, abyśmy cię wprzód o ciężarze, do któregoś przeznaczony, upomnieli. Królewską dziś przyjmujesz godność i trud rządzenia wiernym ludem tobie powierzonym bierzesz. Wspaniałe zaiste między śmiertelnymi miejsce, lecz pełne trosk, niebezpieczeństw i pracy. Lecz jeżeli wspomnisz, że wszelka władza jest od Pana Boga, przez którego i królowie królują i prawodawcy co jest sprawiedliwe orzekają, i że ty także za lud tobie powierzony samemu Bogu zdasz liczbę; naprzód zachowasz pobożność, Pana Boga twego całym umysłem i sercem czystym czcić będziesz; religię chrześcijańską, wiarę katolicką, którą od urodzenia wyznajesz, do końca nienaruszoną zachowasz i jej przeciw wszystkim przeciwnikom z całych sił bronić będziesz. Przełożonym kościelnym i innym kapłanom należny szacunek będziesz oddawał. Wolności kościoła nie zdepczesz. Sprawiedliwość, bez której żadne społeczeństwo długo istnieć nie może, względem wszystkich niewzruszenie będziesz wymierzał, dobrym oddając nagrody a złym kary. Wdowy, sieroty, ubogich i ułomnych od wszelkiego ucisku będziesz bronił. Dla wszystkich udających się do ciebie będziesz się okazywał łaskawym, względnym i przystępnym stosownie do królewskiej godności twojej. I tak będziesz postępował, aby się okazało, że nie dla swego, lecz dla całego narodu pożytku królujesz. Co niech ci raczy udzielić Ten który żyje i króluje, Bóg na wieki wieków. Amen“.

09 lipca 2017

1150 lat duchowej wojny o Trójmorze


Króluj nam Chryste!
- zawsze i wszędzie.

Poprzedni wpis widniał na pierwszej stronie tego bloga przez pół roku. Było to proste, ale kluczowe wezwanie do modlitwy za Ojczyznę i Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, zawierające podstawowy schemat wstawiennictwa w tej intencji w konkordacie z 1925 roku. Ta niezmiernie ważna sprawa pozostaje nadal aktualna, jako fundament działania każdego patrioty, który pragnie realnie wpływać na losy swego państwa. Św. Jan Paweł II ujął to najbardziej dosadnie i przekonująco:
"Ośrodki dziejów świata i historii zbawienia nie znajdują się w ruchliwych metropoliach polityki, gospodarki, pieniądza i ziemskiej potęgi. Prawdziwymi ośrodkami historii są ciche miejsca ludzkiej modlitwy.
Tutaj dochodzi do szczególnie bliskiego zetknięcia się świata ziemskiego i świata nadprzyrodzonego, do spotkania Kościoła pielgrzymującego na ziemi z wiecznym i zwycięskim Kościołem w niebie. Tutaj dzieją się rzeczy większe i ważniejsze dla życia i śmierci niż w wielkich stolicach, gdzie ludzie sądzą, że trzymają ręce na pulsie epoki i obracają kołem historii."
 Z tych słów, które chciałbym, aby każdy Czytelnik tego bloga wziął sobie za motto swej walki w szeregach Krucjaty Chrystusa Króla o Jego Panowanie w Polsce i na świecie, pragnę wyjść do zwięzłej refleksji nad wydarzeniami 5-8 lipca 2017 roku. Dodatkowym znakiem niech będzie fakt, że papież wypowiedział je w Niemczech. Obradowali właśnie w tym państwie ci, którzy sądzą, iż "obracają kołem historii" przy pomocy "pieniądza i ziemskiej potęgi". Bynajmniej nie mam zamiaru ich tu krytykować, przeklinać, czy wyśmiewać. Chodzi mi tylko o zwrócenie uwagi, że nie mamy wcale mniejszego wpływu na losy świata, niż oni. Wprost przeciwnie, możemy mieć większy, nie robiąc nawet jednego kroku, wystarczy uczynić znak Krzyża i zacząć się modlić.

Modlitwa nasza będzie po prostu spełnianiem nakazu samego Pana Jezusa, wyrażonego w wezwaniu do Modlitwy Pańskiej i jej rozwinięciem: Przyjdź Królestwo Twoje, bądź Wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi. Królestwo Boże, które już jest w niebie, mamy przenosić na ziemię. (Tym właśnie jest Intronizacja.) Czynimy to poprzez modlitwę, słowo i czyn (używając zwięzłego określenia św. Faustyny).

Warto tu przywołać znany i popularny w kaznodziejstwie biblijny przykład Mojżesza i Jozuego podczas bitwy z Amalekitami (zob. Wj 17, 8-16). Gdy Mojżesz miał ręce wzniesione w modlitwie, Izraelici pod wodzą Jozuego wygrywali, gdy je opuszczał, przegrywali, dlatego Aaron i Chur zaczęli podtrzymywać omdlałe ręce Mojżesza i walkę wygrał Izrael. Gdyby nie wstawiennictwo, żołnierze przegraliby bitwę pomimo wybitnego wodza. Czy to znaczy, że Jozue z żołnierzami byli niepotrzebni, wystarczyłby Mojżesz z pomocnikami i grom z jasnego nieba powaliłby wrogów? Nie, potrzebni byli wszyscy. I zalety wodza, i męstwo żołnierzy, i modlitwa wstawiennika, i wsparcie jego pomocników. Znaczenie tego w dzisiejszej rzeczywistości wymaga wyjaśnienia w osobnym tekście, tutaj chciałem tylko zasygnalizować absolutną niezbędność duchowej perspektywy w naszym patrzeniu na sprawy polityczne. I tak właśnie trzeba przyjrzeć się sprawie Trójmorza (dotąd  zwanego mniej precyzyjnie Międzymorzem).


święci Cyryl i Metody, twórcy idei Trójmorza


Dzieje Trójmorza, jako projektu zarazem politycznego i duchowego, sięgają połowy IX wieku. Wówczas to Bracia Sołuńscy (od miasta Sołuń  - słowiańskiej nazwy Salonik), czyli święci Cyryl i Metody (ogłoszeni przez św. Jana Pawła II współpatronami Europy, a których z całą pewnością możemy przyjąć jako Patronów Trójmorza), uznali, iż cała Słowiańszczyzna, rozciągająca się od Morza Czarnego i Adriatyku po Bałtyk, powinna stać się trzecim wielkim filarem Europy i chrześcijaństwa, pomiędzy łacińskim Zachodem a greckim Wschodem. W tym celu opracowali osobny alfabet - głagolicę (zastąpioną później przez cyrylicę) dla wspólnego języka słowiańskiego oraz przetłumaczyli nań Pismo Święte i księgi liturgiczne. Następnie, w 862 roku, udali się na północ (wcześniej prowadzili misje w Chazarii i Arabii - jaka szkoda, że nieudane!), by w ówczesnym centrum organizacyjnym Słowiańszczyzny, czyli Państwie Wielkomorawskim rozpocząć swoje posłannictwo.

I w tym momencie zaczęła się ta najdłuższa wojna średniowiecznej i nowoczesnej Europy. Idea i praca Cyryla i Metodego spotkała się z gwałtownymi sprzeciwami niemieckich księży tam działających. W 868 roku bracia udali się więc do Rzymu po wsparcie papieża Hadriana II, które uzyskali. Starszy z braci, schorowany Cyryl, wkrótce zmarł pozostawszy tam w klasztorze. Metody zaś, z błogosławieństwem papieża, kontynuował dzieło jako arcybiskup Sirmium (obecnie w Serbii). W 870 roku Metody został uwięziony przez niemieckich biskupów z poparciem króla Ludwika II Niemieckiego. Uwolniony dopiero po dwóch i pół roku, po wielokrotnych interwencjach Ojca Świętego, Jana VIII, udał się ponownie na Morawy.

Niemcy jednak nie odpuszczali i wszelkimi metodami: zbrojnymi, dyplomatycznymi i religijnymi usiłowali zniszczyć to dzieło. Mieli oni bowiem inny plan duchowo-geopolityczny: podbój i kolonizację Słowian (a po kilku wiekach Bałtów) pod pretekstem ich nawracania, aby stworzyć własną Mitteleuropę, jako zintegrowany, wysoce zorganizowany (żeby nie nadużywać współczesnego określenia "totalitarny") system polityczno-religijny, którego szczególnie charakterystycznymi ucieleśnieniami były kolejno: Państwo Krzyżackie, Królestwo Pruskie i III Rzesza.

Tutaj koniecznie trzeba zauważyć specyfikę Niemiec/Niemców jako kraju (w sensie szerokim) i narodu (takoż, zwykle zarazem rozdrobnionego i tworzącego całość) rozdwojonego wewnętrznie. Feliks Koneczny, najwybitniejszy historyk cywilizacji, nazwał to rozdwojeniem cywilizacyjnym, dowodząc szczegółowo, iż Niemcy są mieszanką cywilizacji łacińskiej i bizantyńskiej, i nie jest to tylko obecnie prosty podział na landy katolickie (rządzi CDU/CSU) i protestanckie (rządzi SPD), ale podział ten przebiega, jak pisał Koneczny, w duszach poszczególnych Niemców, którzy kierują się podwójną etyką (inną w życiu rodzinnym, inną w politycznym, symbolizowaną przez zbrodniarzy, który po pracy w obozach śmierci, w domu głaskali dzieci po główkach i słuchali płyt romantycznych kompozytorów). Bizantynizm zrodził, według niego, grzech główny Niemców, jakim jest statolatria (kult/ubóstwienie państwa), nieznana w żadnym innym narodzie europejskim, oczywiście oprócz Rosji, uważającej się za kontynuację Bizancjum.

W tekście niniejszym nie chcę jednak skupiać się na rozdwojeniu cywilizacyjnym Niemiec/Niemców, ale na ich pewnej duchowej specyfice. Otóż z nich właśnie wywodzi się pewien szczególny, negatywny wpływ duchowy na Europę i chrześcijaństwo. O ile bizantyjski wpływ cywilizacyjny zaczął się, według Konecznego, od małżeństwa cesarza Ottona II z księżniczką bizantyjską Teofano, to początek wpływu duchowego, który mam na myśli, upatruję już w koronacji Karola Wielkiego na cesarza w 800 roku i ustanowieniu "Świętego Cesarstwa Rzymskiego".

Osobiście nie sądzę, aby Wolą Bożą było przywracanie w zachodniej Europie jakiegokolwiek cesarstwa, a zwłaszcza "uniwersalnego imperium" (jak to określano), jako scentralizowanej władzy kontynentalnej, usiłującej podporządkować sobie także Kościół (co miało miejsce i w tym i w bizantyjskim cesarstwie). Fakt, że ukoronowania dokonał papież było, zdaniem niektórych historyków, jego próbą zaznaczenia zwierzchności władzy duchownej, bowiem Leon III tylko uprzedził Karola, wiedząc, iż chce on sam siebie ogłosić imperatorem. Zaczął się kilkuwiekowy spór o inwestyturę (mianowanie biskupów) i niejednokrotnie dosłownie zbrojna wojna cesarstwa z papiestwem. Biskupi niemieccy nieraz byli narzędziem politycznej ekspansji Germanii. Kontynuacją idei tego pseudo-Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego jest obecnie Unia Europejska pod przewodem Niemiec. Ich wrogiem zaś są tak teraz, jak i od początku, te narody Trójmorza, które nie chcą być ich kolonią.

Św. Hildegarda z Bingen, mistyczka i też Niemka, którą za życia i po śmierci zwalczał miejscowy biskup niemiecki, uhonorowana dopiero przez Benedykta XVI, w którymś z przyszłych cesarzy niemieckich upatrywała Antychrysta. "Cesarza" nie musimy tu rozumieć literalnie, a faktycznie to tam narodziła się idea, i jej kolejne realizacje, polityczno-religijnego tworu panującego na kontynentem, a w każdym razie jego środkową częścią, którego celem będzie zapewnienie tam dominacji niemieckiej pod płaszczykiem szerzenia niemieckiej wersji chrześcijaństwa podporządkowanego państwu. Dokładnie tym było, stworzone przez Niemców, jako wzorcowe, Państwo Krzyżackie. Tam, w Niemczech, narodził się w XVI wieku luteranizm, jako (niezależnie od kwestii doktrynalnych) niemiecki model chrześcijaństwa, czyli kościołów państwowych (gdzie księża i pastorzy są urzędnikami opłacanymi przez rząd), przyjęty oczywiście w ich praojczyźnie, germańskiej Skandynawii (Gotlandia to wszak, jak mówią Szwedzi, "macierz narodów" [germańskich]). W Niemczech też narodziła się w XVIII/XIX wieku "krytyczna biblistyka", zwana w Ameryce na przełomie XIX/XX wieku "niemiecką teologią", z której wyrósł "modernizm" niszczący Kościół katolicki w XX wieku.

Określa to symbolicznie tytuł jednej z książek o Soborze Watykańskim II i kryzysie "posoborowym": "Ren wpada do Tybru". To wpadanie "Renu" (owego negatywnego czynnika duchowego z Niemiec) do "Tybru" (rzymskiego katolicyzmu) nie zaczęło się bynajmniej w 1962 roku, ale jak wspomniałem wyżej, na przykład w 862-870 roku, gdy niemieccy biskupi postanowili zniszczyć misję świętych Cyryla i Metodego wśród Słowian. Ów "Ren" wpadał do "Tybru", gdy Krzyżacy usiłowali w Rzymie nastawiać, nieraz niestety skutecznie, papieży przeciwko Polsce. Temu "Renowi" przeciwstawił się na Soborze Konstanckim w 1414-18 roku Paweł Włodkowic, w swych słynnych conlusiones ukazując różnicę między prawdziwym katolicyzmem "polskim", wolnym, a jego krzyżackim, "niemieckim" modelem "siłowym". "Ren" również wypadał z "Tybru", gdy niektórzy biskupi niemieccy, po prostu z dnia na dzień, przechodzili w XVI wieku na "zreformowaną wiarę" pociągając za sobą księży i wiernych, którzy pewnej niedzieli dowiadywali się, że od dziś liturgia jest nieco "zreformowana", w języku narodowym itp. (nota bebe zmiany te były mniejsze niż około 1970 roku). Również obecnie "Ren" wpada do "Tybru" i wypada, gdy pewni niemieccy biskupi i kardynałowie usiłują zmienić moralną naukę Kościoła, wpływając na papieża, albo i bez niego.





Nie twierdzę przez to, że Niemcy to samo zło, absolutnie nie! Również cesarze niemieccy [i austriaccy] z pewnością nie byli z reguły wrogami Kościoła, wielu było prawdziwymi protektorami chrześcijaństwa, a także przyjaciółmi Polski. Niemcy wniosły znaczący wkład w rozwój naszej cywilizacji, wydały też wielu świętych, wśród nich i tych, których czcimy jako polskich, jak: św. Jadwiga Śląska, św. Bruno z Kwerfurtu, św. Otton z Bambergu, bł. Juta z Chełmży, bł. Dorota z Mątowów... Ta ostatnia, żona i matka w Gdańsku pod panowaniem krzyżackim, która później obrała życie w całkowitym zamknięciu jako rekluza w Kwidzynie, jest od kilkudziesięciu lat szczególnie czczona przez kard. Józefa Ratzingera-Benedykta XVI i podejrzewam, że jej przykład, obok papieża-mnicha Celestyna V, był inspiracją dla niego przy abdykacji i wyborze życia jakby w rekluzie. Przypuszczam również, że psychologicznym powodem (obok przyczyn innego typu) jego ustąpienia była przede wszystkim właśnie opozycja ze strony biskupów niemieckich. Kardynał Józef Ratzinger, a potem Benedykt XVI, był (i jest, już jako tylko wstawiennik) reprezentantem tej dobrej strony duchowej Niemiec. Był (a może i nadal jest, właśnie jako wstawiennik - jeden ze współczesnych Mojżeszów) tym, który powstrzymuje.

Ustąpienie dobrego (moim zdaniem: wielkiego) niemieckiego papieża i ofensywa ideologiczna niemieckich hierarchów reprezentujących ducha "Renu", czyli jednego z przejawów wpływu Lewiatana ("ducha  wodnego", którego specyfiką jest mącenie w chrześcijaństwie) to znak, iż w Niemczech znowu zdobywa przewagę ten negatywny czynnik duchowy. Dlatego Polska (jak i inne państwa Trójmorza) nie może w żadnym razie ustąpić przed jakimikolwiek naciskami ze strony Niemiec, choćby były pozornie dobre (przyjęcie nieszczęśliwych uchodźców, "praworządność", "wolność prasy" [niemieckiej], "wolność handlu" [niemieckiego] itp.), bowiem pochodzą z nieprawego ducha. Tu naprawdę nie chodzi o te kilka tysięcy uchodźców, bo niedawno Polska przyjęła około sto tysięcy islamskich uchodźców z Czeczenii bez żadnego problemu. Tu chodzi o duchową wojnę o chrześcijańską Europę. Dlatego nie możemy ustąpić Niemcom, od których właśnie wypływa jej destrukcja, nawet na milimetr, tak jak tysiąc lat temu nie ustąpiliśmy im pod Cedynią, Głogowem i Budziszynem.

Naciski idą i będą szły na Trójmorze, tak jak i wtedy, dwutorowo, ze strony niemieckiego kościoła i państwa. Ten germański "sojusz ołtarza z tronem" przejawia, przynajmniej czasami, jak obecnie, istniejące w rzeczywistości duchowej współdziałanie dwóch bestii biblijnych: Lewiatana i Behemota, które prowadzą ludzi ku sobie i antychrystowi. Lewiatan będzie używać manipulacji uczuciowo-religijnych: "nie można być równocześnie katolikiem i być wrogim wobec uchodźców", jak powiedział niedawno jeden z biskupów niemieckich. Behemot (imperium świeckie) będzie straszyć sankcjami i innymi karami. Cel jest jeden: otwarcie całej Europy na destrukcję wiary i cywilizacji.

Negatywna strona Niemiec nie jest i od początku nie była jedynym wrogiem Trójmorza. Drugi wróg przychodził ze wschodu. Niektórzy błędnie utożsamiają misję świętych Cyryla i Metodego i ich obrządek słowiański ze "wschodnim chrześcijaństwem" (w sensie: bizantyjskim). W rzeczywistości Bizancjum np. toczyło wojny z niepodległą Bułgarią, a przede wszystkim również wywierało naciski, aby zatrzeć odrębność słowiańskiego chrześcijaństwa i wchłonąć je przez obrządek bizantyjski, co też w części Trójmorza się stało. Szerzej napiszę o tym w kolejnym tekście, w którym omówię rolę Polski w tworzeniu trzeciego centrum chrześcijańskiego w Europie, począwszy od około 866 (a nie: 966) roku.

Trójmorze jest od 1150 lat blokowane w spełnieniu jego misji duchowej i cywilizacyjnej przez dwie potęgi inspirowane przez tego samego ducha. Jest nim jeden z duchów imperium, określony w Księdze Daniela jako "książę Helleński" (lub w innych tłum. Jawanu, co znaczy to samo, gdyż jest dawną żydowską nazwą Grecji), z którym walczą Archaniołowie Michał i Gabriel (zob. Dn 10). Książę Helleński, czyli demoniczna zwierzchność wspierająca budowę imperium "greckiego" (trzeciej bestii o wyglądzie pantery według Daniela), manifestował się w Imperium Hellenistycznym, potem w Bizancjum, w Cesarstwie Niemieckim (zarażonym u zarania duchem bizantyńskim), wreszcie w Imperium (Carstwie) Rosyjskim, jako kontynuacji Cesarstwa Bizantyjskiego, po jego upadku. Chociaż państwa te były chrześcijańskie, to jednak ich wspólną cechą było podporządkowywanie sobie lokalnych kościołów (prawosławnych, katolickich, protestanckich) i wprzęganie ich w służbę imperium. Kolejną formą istnienia tego imperium był Związek Sowiecki, a obecnie jest nim post-sowiecka Rosja. W duchowej symbolice demon wspierający imperium wyraża się przez czarnego orła.

"Między Niemcami a Rosją nie ma miejsca na Polskę słabą", jak słusznie się mawiało w dwudziestoleciu międzywojennym. "Pakt trzech czarnych orłów" dokonał rozbiorów państwa Orła Białego. Ale trzeba dodać też więcej: między Niemcami, uzurpującymi sobie prawo do budowania kontynentalnego "uniwersalnego imperium", lub przynajmniej "Mitteleuropy", a Rosją uzurpującą sobie bycie "Trzecim Rzymem" nie ma w ogóle miejsca na Polskę samotną, choćby silną. Stąd wzięło się wówczas ponowienie idei Międzymorza. Dlatego państwo nasze, od samego początku, aż do dziś, wielokrotnie brało udział w próbach utworzenia Trójmorza - cywilizacyjnej i duchowej opoki chrześcijaństwa europejskiego, ze swoją specyfiką lokalną, wolnego od wpływów imperium.

W tym miejscu należałoby dokonać szerokiego omówienia kilku ważnych etapów w ponad tysiącletnich dziejach walki o Trójmorze, ale by nie powiększać zbytnio tego tekstu, uczynię to w następnym. Chciałbym uczulić w podsumowaniu na dwie sprawy: Obecnie wzmogą się jeszcze ataki na tę ideę. Będzie ona dalej zwalczana, krytykowana, deprecjonowana i ośmieszana. Spotykając się ze sprzeciwem wobec idei Trójmorza, możemy być pewni jednego na 100% (słownie: sto procent): że mamy do czynienia z niemiecką (względnie rosyjską) agenturą, bądź jej bezmyślną papugą. Ale musimy też mieć świadomość drugiej sprawy: że mamy do czynienia z potężnymi zwierzchnościami demonicznymi (zob. Ga 6, 12), z którymi koniecznie trzeba walczyć, ale bardzo roztropnie. Nie każdy czuje się na siłach by być jak Mojżesz, walczący na pierwszej linii, ale każdy może być jak Aaron i Chur, wspierający wstawienników z pierwszej linii, np. modlić się za Benedykta XVI. Z pewnością zaś wszyscy możemy się czuć wezwani do modlitwy za Ojczyznę i Prezydenta RP.

07 lipca 2016

Duch antychrysta w Kościele


Króluj nam Chryste
na ołtarzach całego świata!

Wczoraj świat katolicki zelektryzowała niecodzienna wiadomość:

Prefekt Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów kard. Robert Sarah zaproponował, aby począwszy od tegorocznego Adwentu księża znów zaczęli odprawiać Msze twarzą "ad orientem", czyli "na wschód", a nie do wiernych.

"Jest bardzo ważne, aby kapłani i wierni jak najszybciej powrócili razem zwrócili się w tym samym kierunku - na wschód lub przynajmniej ku absydzie, ku Panu, który przychodzi" - powiedział gwinejski kardynał kurialny na konferencji "Sacra Liturgia" w Londynie 5 lipca (za portalem Deon.pl: Cała wiadomość).

Kard. Robert Sarah na konferencji

Kardynał poprosił obecnych na spotkaniu duchownych, aby "wszędzie, gdzie tylko jest to możliwe, wcielali w życie tę praktykę". Podkreślił, że wprawdzie niezbędne są tu "roztropność" i odpowiednia katecheza, ale zaapelował do swych słuchaczy, aby "ufali, że jest to coś dobrego dla Kościoła i dla naszego ludu". Kardynał wyraził przekonanie, że "ich własne przekonanie duszpasterskie podpowie im, jak i kiedy będzie to możliwe, ale być może warto zacząć od pierwszej niedzieli tegorocznego Adwentu, gdy czekamy «na Pana, który przychodzi» i «który się nie spóźnia»". Słowa te wywołały długą owację uczestników konferencji.

Dodał, że wiele badań nad liturgią pokazało, iż niektóre reformy posoborowe "były być może prowadzone zgodnie z duchem swoich czasów", ale "wyszły poza" wskazania ojców soborowych zwartych w konstytucji o liturgii Sacrosanctum Concilium. Jest wiele "bardzo poważnych nieporozumień w odniesieniu do liturgii" - stwierdził kardynał prefekt, wyjaśniając, że chodzi o taką postawę w czasie Mszy, w której centrum staje się bardziej człowiek niż Bóg.

"Liturgia nie jest o mnie ani o tobie" - tłumaczył i przypomniał mówca. Podkreślił, że nie jest to "sprawa naszej tożsamości, osiągnięć, uniesienia lub wspierania własnej kultury czy miejscowych zwyczajów religijnych, ale liturgia jest najpierw i przede wszystkim o Bogu i o tym, co On nam dał". Za kard. Josephem Ratzingerem powtórzył, że "zapominanie o Bogu jest najgroźniejszym niebezpieczeństwem naszych czasów".

Jest to doskonały moment, aby przypomnieć sobie nauczanie osoby Benedykta XVI z czasów, gdy obecny system liturgiczny zdominował kościoły, a Józef Ratzinger był jednym z głosów wołających na pustyni, że kult Pana Boga jest wypierany przez kult człowieka. W artykule sprzed trzydziestu lat w Consilium (opublikowanym w Polsce w zbiorze: Józef kardynał Ratzinger, "Kościół -Ekumenizm-Polityka" w 1990 roku) analizował:

"Spróbujmy w skrócie przypatrzeć się tej koncepcji [nowego rozumienia liturgii] w jej istotnych rysach. Punktem wyjścia dla liturgii jest, jak się mówi [w OWMR z 1967 roku] zgromadzenie dwóch lub trzech zebranych w imię Chrystusa. To nawiązanie do słów obietnicy Pana z Mt 16, 20 brzmi na pierwszy rzut oka niewinnie i tradycyjnie. Uzyskuje jednak rewolucyjną dynamikę na skutek pozbawienia tych słów właściwego im kontekstu biblijnego i przeciwstawienia ich całej tradycji liturgicznej.

Ci dwaj lub trzej zostają teraz bowiem przedstawieni jako przeciwieństwo instytucji z jej instytucjonalnymi zadaniami i przeciwieństwo każdego skodyfikowanego programu. Tak więc wyrażenie to oznacza, iż nie Kościół wyprzedza grupę, ale grupa wyprzedza Kościół. Nie Kościół, jako wielkość powszechna, niesie liturgię każdej pojedynczej grupy, albo parafii, lecz grupa sama jest właściwym miejscem powstawania liturgii. Dlatego też liturgia nie wyrasta z jakiejś powszechnej prazasady, z jakiegoś „rytu”; powstaje ona tu, na miejscu, z twórczości zgromadzonych. […] Izolacja tekstu Mt 16, 20 od powszechnej, biblijnej i kościelnej tradycji wspólnotowej modlitwy Kościoła powoduje, jak widzimy, daleko idące konsekwencje: z obietnicy Pana, dotyczącej modlących się w każdym miejscu, dochodzi do dogmatyzacji autonomicznej grupy.

A jak wygląda to „nowe i lepsze”? Zwróciliśmy już uwagę na wiodące koncepcje; teraz trzeba przyglądnąć się bliżej ich konkretyzacji. Na pierwszym planie zjawiają się wyraźnie dwie wartości. Pierwszorzędną – jak nam mówią – wartością odnowionej liturgii jest „pełna i autentyczna aktywność wszystkich jej uczestników”. […] Ważniejsze (tak nam mówią) niż co jest jak. Umieć świętować, znaczy przede wszystkim: umieć zrobić. […] Jedność, która na skutek oparcia liturgii o grupę, zamiast o Kościół, właściwie znika – i to nie teoretycznie lecz w konkretnej praktyce liturgicznej.

Nie mówiłbym o tym tak otwarcie, gdybym sądził, że takie idee przypisać można tylko pojedynczym teoretykom. Choć bowiem nie ulega wątpliwości, że nie mogą się one powołać na żadne teksty Soboru Watykańskiego II, to jednak w niektórych ośrodkach liturgicznych i ich organach udało się ukuć opinię, że właśnie w tym kierunku zmierza duch Soboru. [...]

Nie tylko księżom, ale nawet niektórym biskupom wydaje się, że nie byliby wierni duchowi Soboru, gdyby modlili się tylko tak, jak jest napisane w nowym Mszale; trzeba więc dorzucić przynajmniej jakąś jedną twórczą (improwizowaną) formułkę, choćby najbardziej banalną. A obywatelskie pozdrowienie uczestników, jak również serdeczne życzenia na pożegnanie stały się nieomal obowiązkowym elementem świętych czynności, którego już prawie nikt nie waży się ominąć".

W tym miejscu trzeba uczynić dygresję, czym jest, a raczej właściwie kim jest ów duch Soboru. Kard. Ratzinger, już jako prefekt Kongregacji Doktryny Wiary, uczył o nim w „Raporcie o stanie wiary”: „Przy okazji stawiania diagnozy Kardynał wspominał, że już podczas trwania Soboru <ujawnił się rzekomy jego duch, który był niczym innym jak antyduchem> (niem. Konzil-Ungeist). Za jego sprawą zaczęto uważać, że wszystko, co nowe lub rzekomo nowe (ileż to bowiem dawnych herezji odżyło w ostatnich latach jako absolutna nowość!), jest o wiele lepsze od tego, co było lub jest. To za sprawą tego antyducha zaczęto uważać, że historia Kościoła zaczyna się od Soboru Watykańskiego II jako swoistego punktu zerowego”. Przy innej okazji stwierdził, że „jeżeli istnieje jakiś <duch Soboru>, to z całą pewnością jest to duch zły”.

Rozwijając tę myśl zauważamy, że jak Duch Prawdy to Duch Chrystusa, tak antyduch to po prostu duch antychrysta. Skoro jest antychryst, to istnieje też jego antyduch. W radykalnych środowiskach chrześcijańskich, zarówno tradycjonalistów katolickich, jak i fundamentalistów protestanckich, popularne są dywagacje kto będzie, lub nawet już kto jest Antychrystem. [W tym miejscu stanowczo pragnę oświadczyć wszem, wobec i każdemu z osobna, iż według mnie nie jest, nie może być i nigdy nie będzie nim żaden papież. Amen.] Tymczasem o wiele ważniejsze zawsze jest to, co dzieje się w rzeczywistości duchowej. Należy przede wszystkim rozpoznawać przejawy obecności ducha antychrysta, niż ekscytować się zewnętrznymi sensacjami i roszadami personalnymi.

Tę korektę dał nam przecież już św. Jan Apostoł, gdy ostrzegał: Dzieci, jest już ostatnia godzina, i tak, jak słyszeliście, Antychryst nadchodzi, bo oto teraz właśnie pojawiło się wielu Antychrystów; stąd poznajemy, że już jest ostatnia godzina. Wyszli oni z nas, lecz nie byli z nas; bo gdyby byli naszego ducha, pozostaliby z nami; a to stało się po to, aby wyszło na jaw, że nie wszyscy są naszego ducha (1 J 2, 18-19). Jest to więc kwestia zawsze aktualna, a ważniejsze od tropienia tej jednej osoby, jest odróżnianie prawego ducha, czyli wpływu Ducha Świętego, od ducha antychrysta, który może się manifestować w wielu osobach pozornie będących wpierw we wspólnocie z chrześcijanami.

Zdaniem emerytowanego papieża, antyduch, czyli duch Soboru, czyli duch antychrysta, pojawił się już w czasie obrad Soboru Watykańskiego II, a w późniejszych latach sprawił, iż księża i biskupi starali się być mu wierni, zasadniczo poprzez zmianę sposobu rozumienia, przeżywania i sprawowania liturgii, z teocentrycznej na antropocentryczną. W przytaczanym artykule z tamtej epoki, Benedykt XVI wchodził w głąb tego kluczowego dla obecnej sytuacji problemu:

"Dotąd nie dotknęliśmy jednak samej istoty zagadnienia. Wszystko, co zostało powiedziane, wynika z nadania grupie pierwszeństwa przed Kościołem. […] W liturgii grupowej przekracza się ponownie, zupełnie celowo, granice określonej przestrzennie wspólnoty: w oparciu o liturgiczną formę i jej muzykę tworzy się nową solidarność, poprzez którą ma powstać nowy lud, określający się wprawdzie mianem ludu Bożego, ale przez słowo Bóg rozumiejący samego siebie i w nim urzeczywistnione, historyczne energie. […] Przeprowadzili oni swoje dzieło tak gruntownie i wywarli silny wpływ na świadomość, zauważalny nawet tam, gdzie ludzie zupełnie nie zdają sobie sprawy z jego źródła”.

Teraz wróćmy do fundamentu Pisma Świętego. W kluczowym fragmencie dla tego zagadnienia, w Drugim Liście do Tesaloniczan, św. Paweł Apostoł naucza na temat pojawienia się Antychrysta przed Paruzją:

W sprawie przyjścia Pana naszego Jezusa Chrystusa i naszego zgromadzenia się wokół Niego, prosimy was, bracia, abyście się nie dali zbyt łatwo zachwiać w waszym rozumieniu ani zastraszyć bądź przez ducha, bądź przez mowę, bądź przez list, rzekomo od nas pochodzący, jakoby już nastawał dzień Pański. Niech was w żaden sposób nikt nie zwodzi, bo [dzień ten nie nadejdzie], dopóki nie przyjdzie najpierw odstępstwo i nie objawi się człowiek grzechu, syn zatracenia, który się sprzeciwia i wynosi ponad wszystko, co nazywa się Bogiem lub tym, co odbiera cześć, tak że zasiądzie w świątyni Boga dowodząc, że sam jest Bogiem (2 Tes 2, 1-4).

Zainteresowani tematem Antychrysta zwykle przyjmują utartą interpretację, że człowiek grzechu, syn zatracenia, który zasiądzie w świątyni Boga, dowodząc, że sam jest Bogiem, to będzie jakiś konkretny światowy przywódca, który może wręcz fizycznie zasiądzie w odbudowanej świątyni jerozolimskiej. Czy na pewno to jednoznacznie wynika z listu św. Pawła? Zacznijmy od tego, iż od czasu Paschy Jezusa Chrystusa, świątynią Boga nie jest i nie będzie ta budowla w Jerozolimie (zob. J 4, 21), bo jest nią po pierwsze: Jego Zmartwychwstałe Ciało (zob. J 2, 19-21), po drugie: Jego Ciało -  Kościół Chrystusowy (zob. 1 Kor 3, 9; 1 P 2, 5), po trzecie: chrześcijanin (zob. 1 Kor 3, 16-19), jego ciało (1 Kor 6, 19), dusza i duch (zob. J 4, 23-24).

Człowiek grzechu, który dowodzi, że sam jest bogiem i wynosi się ponad wszystko, na masową skalę już objawił się w XX wieku, poprzez laicyzację, ateizm, materializm praktyczny, pychę tego życia itp. Człowiek ten, w znaczeniu ogólnym, a nie jakiejś konkretnej postaci, już wszedł do świątyni Bożej, czyli Kościoła, jako wspólnoty oraz umysłów wiernych, fizycznie, mentalnie i duchowo poprzez antropocentryzm, który odcisnął swe piętno na nowej teologii i liturgii, zwłaszcza w latach 60. tego stulecia, o czym przecież powiedział w 1972 roku papież bł. Paweł VI w słynnych słowach o dymie szatana, który przeniknął przez jakąś szczelinę do świątyni Bożej.

Skoro istotniejsze jest działanie ducha antychrysta, niż jakiegoś człowieka, przyjrzyjmy się jeszcze omawianemu wersetowi. Przyznam się, że od lat, wchodząc do któregoś nowego, bądź gruntownie przerobionego (to znaczy zdewastowanego) kościoła, przychodzi mi czasami na myśl ten fragment Pisma. Tam, gdzie był, lub powinien być tron dla Chrystusa Króla, na najwyższym miejscu, pośrodku, ponad nowym ołtarzem, znajduje się tron dla człowieka. Jest to chyba najbardziej widoczny wyraz antropocentryzmu w kościołach, związany integralnie z celebracją „twarzą do ludu”, czyli versus populum. Co bardzo istotne, owo łacińskie versus nie oznacza tylko fizycznego zwrócenia, ale nade wszystko istotowe skierowanie wewnętrzne. Dlatego kierunek „ku ludowi” jest rzeczywistym przeciwieństwem zwrócenia „ku Bogu”, czyli versus Deum.

Tę duchową istotę problemu kierunku celebracji podkreślił właśnie kard. Sarah, prefekt Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów: "Drodzy bracia, powinniśmy wsłuchiwać się w lament Boga, który przemawia do nas słowami proroka Jeremiasza: do Mnie zaś obracają się plecami, a nie twarzą (Jer 2,27). Odwróćmy się znów twarzą do Boga!” - zaapelował.



Z owego odwrócenia ołtarza i narzucenia „wspólnotowości celebracji”, czyli zwrócenia się ludzi ku sobie samym, zarówno duchowo, jak i przestrzennie wynikła dewastacja wnętrz kościołów. Masowy obłęd obrazoburstwa, który miał miejsce w Kościele katolickim na przełomie lat 60/70. XX wieku, głównie w niektórych krajach zachodnich, również był manifestacją ducha antychrysta, o czym pisałem w poprzednim tekście. Bowiem nowa teologia antropocentryczna wycisnęła swe piętno na tysiącach kościołów katolickich, z których wyrzucono niezliczone obrazy i figury, a zwłaszcza główne ołtarze.

W nowo wybudowanych kościołach nierzadko wręcz zionie ohyda ziejąca pustką, o której mówi prorok Daniel, zalegająca miejsce święte - kto czyta, niech rozumie - co świadczy, że zbliża się czas (por. Dn 9, 27; Mt 24, 15). Tu i ówdzie owa pustka duchowa „przysłaniana” jest jakimiś szpetnymi wytworami „sztuki nowoczesnej”. Nie tylko kapłan, ale cała „uczestnicząca wspólnota” siłą rzeczy odwróciła się mentalnie od przestrzeni świątyni, tworząc postulowany, teoretyczny, a w niektórych małych grupach faktyczny krąg, zwrócony ku sobie nawzajem, jakby na przekór liturgicznemu wezwaniu: „Zwróćmy się ku Panu!”

Co gorsza, zamrożony ten stan rzekomej „nowości” liturgii (taka nowa to ona już nie jest, była wytworem swojej epoki, banalnym produktem chwili, jak skwitował kard. Ratzinger, o czym szeroko pisałem w tekście „Duszewność w liturgii i teologii”), jest od początku zażarcie broniony jak świętość. Francis Frangipane, amerykański teolog życia duchowego i demonolog zauważył: „Możesz odnaleźć antychrysta w kościołach, które są pełne czci wobec swojej martwoty. Atmosfera w takich miejscach nie jest wypełniona świętością, ale nicością. Jest ona w swojej istocie taka sama jak atmosfera domu pogrzebowego. Antychryst usiądzie na ludziach, stwarzając atmosferę chłodu, która dosłownie wypełnia budynek kościoła”. Taka atmosfera właśnie sprawia, że niektórzy usiłują ją „ożywić” na sposób ludzki, co czasem pogłębia antropocentryzm, a zatem nie wypełnia duchowej pustki, dając chwilową satysfakcję z jej „urozmaicenia”.

"W ten sposób – pisał dalej kard. Józef Ratzinger w cytowanym artykule – dotarliśmy do puntu posiadającego ogromne znaczenie dla sztuki. Liturgia grupy nie jest bowiem kosmiczna; opiera się przecież na autonomii grupy. Nie posiada historii […] nawet jeśli przy tym posługuje się historycznymi rekwizytami. Liturgia grupy nie zna wreszcie tajemnicy, gdyż wszystko jest w niej z góry wyjaśnione i musi być objaśniane. Dlatego też rozwój i uczestnictwo są jej tak samo obce jak posłuszeństwo, w którym objawia się sens większy od tego, który da się objaśnić. W miejsce tych wszystkich wymiarów pojawia się natomiast kreatywność, poprzez którą pragnie się wyrazić autonomię człowieka niezależnego, kreatywność, która chciałaby być realizacją autonomii i emancypacji, staje się dokładnym przeciwieństwem jakiegokolwiek uczestnictwa. […]

W ten sposób się okazuje, że ludzka kreatywność [w sferze religii określana czasem jako duszewność], która chce być przyjęciem i uczestnictwem, jest w swej istocie bezsensowna i nieprawdziwa, ponieważ człowiek dopiero przez przyjęcie i udział może w ogóle być sobą. Ludzka kreatywność jest ucieczką z conditio humana, a więc jest nieprawdą. Nieprawda zaś powoduje rozkład kulturalny, bo wraz z utratą wiary w Boga trzeba też zaprzeczyć naturalnemu rozsądkowi”.

A zatem, podsumowując niniejszy tekst, pozostaje nam odpowiedzieć na wezwanie: „W górę serca!” nie tylko słowami, ale sercem: „Wznosimy je do Pana!”. Odrzucić antropocentryzm, który przez jakąś szczelinę wszedł do Kościoła i powrócić do prawdziwie wspólnej dla kapłana, ministrantów i wiernych celebracji „twarzą do Boga”. Przecież uczy nas Pismo Święte: Wy natomiast przystąpiliście do góry Syjon, do miasta Boga żyjącego, Jeruzalem niebieskiego, do niezliczonej liczby aniołów, na uroczyste zebranie, do Kościoła pierworodnych, którzy są zapisani w niebiosach, do Boga, który sądzi wszystkich, do duchów sprawiedliwych, które już doszły do celu, do Pośrednika Nowego Testamentu - Jezusa, do pokropienia krwią, która przemawia mocniej niż [krew] Abla. Strzeżcie się, abyście nie stawiali oporu Temu, który do was przemawia (Hbr 12, 22-25). "Uważam, że to bardzo ważny krok, aby zapewnić, że podczas celebracji Mszy świętej to Bóg jest najważniejszy" - powiedział kard. Sarah.

04 lipca 2016

Obrazoburstwo - przejaw ducha antychrysta


Króluj nam Chryste!

Biblia naucza o tym, jak Pan Bóg nakazał Mojżeszowi: Dwa też cheruby wykujesz ze złota. Uczynisz zaś je na obu krańcach przebłagalni. Cheruby będą miały skrzydła rozpostarte ku górze i zakrywać będą swymi skrzydłami przebłagalnię, twarze zaś będą miały zwrócone jeden ku drugiemu i ku przebłagalni będą zwrócone twarze cherubów. Tam będę się spotykał z tobą i sponad przebłagalni i z pośród cherubów, które są ponad Arką Świadectwa, będę z tobą rozmawiał (Wj 25, 18. 20. 22).

Arka Przymierza z figurami cherubinów (replika)

Oraz w innym miejscu: Wtedy rzekł Pan do Mojżesza: Sporządź węża i umieść go na wysokim palu; wtedy każdy ukąszony, jeśli tylko spojrzy na niego, zostanie przy życiu (Lb 21, 8). W świątyni Salomona znajdowały się, wykonane z brązu: jabłka granatu, kwiaty, lwy, woły i cheruby (zob. Krl 7, 13, 40). Wizerunki cherubów o twarzy ludzkiej i lwa widział też prorok Ezechiel w przyszłej świątyni (zob. Ez 41, 17-20).

Ale przecież ten sam Jedyny Bóg, nieco wcześniej, nakazał w rozwinięciu Pierwszego Przykazania Dekalogu: Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią! (Wj 20, 4). Na to powołuje się część protestantów, zarzucając Kościołowi katolickiemu grzech odrzucenia tych słów.

Jeżeliby przyjąć je jako odrębne przykazanie, wyabstrahowane z kontekstu Pierwszego, to grzechem byłoby wykonanie jakiegokolwiek obrazu, fotografii, czy filmu, przedstawianie czegokolwiek. Wówczas jedynymi sprawiedliwymi na ziemi byliby islamscy ekstremiści. Chociaż i oni, niszczący wszystkie wizerunki, zakazujący fotografii, muzyki, radia i telewizji, nie mają zahamowań w filmowaniu samych siebie i umieszczaniu tego w internecie, tak jakby literalnie rozumiany przez nich zakaz czynienia wizerunku jakiegokolwiek stworzenia, tylko ich własnych postaci nie dotyczył.

Nie o to jednak chodzi, Pan Bóg wyraźnie precyzuje, dodając: Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył, bo ja Pan, Bóg twój, jestem Bogiem zazdrosnym (Wj 20, 5). Określenia „kłaniać się” i „służyć” oznaczają w Biblii cześć należną Bogu (zob. Łk 4, 5-8), bo przecież wolno zwyczajnie kłaniać się i służyć drugiemu człowiekowi. Nie można więc czcić fałszywych bogów, ich wizerunków, ani traktować wizerunków, czy zwierząt, roślin, przedmiotów, jak bóstw, gdyż to jest bałwochwalstwo, jeden ze sposobów łamania Pierwszego Przykazania (czczenie innych bogów poza Jedynym Istniejącym; hebr. AHJH; gr. ho On).

W Starym Przymierzu Bóg pozostawał niewidzialny i niewyrażalny, a Izrael był na różne sposoby oddzielony od innych narodów. Ale w Nowym Przymierzu Syn Boży przyszedł na ziemię jako widzialny Człowiek (zob. J 1, 14), a Duch Święty ukazał się w postaci gołębicy (por. Łk 3, 22). Przedstawianie Jezusa Chrystusa i Jego świętych na wizerunkach nie jest więc łamaniem Pierwszego Przykazania, tak samo jak nieświętowanie szabatu (soboty) nie jest łamaniem Trzeciego, gdyż Syn Człowieczy jest Panem szabatu. Z tych samych powodów nie ma potrzeby też przestrzegać innych przepisów starego Prawa: obrzezania, krwawych ofiar, wybijania oka za oko, zakazu łączenia dwóch rodzajów tkanin w ubraniu, czy zakazu spożywania pokarmów „nieczystych”. W świetle Nowego Przymierza, prawdziwe bałwochwalstwo, tak jak i prawdziwa nieczystość, wychodzi z serca człowieka, a nie wchodzi z zewnątrz (zob. Mk 7, 14-23), np. z ikon, których tak bardzo lękają się pewni ludzie.


Część protestantów jednak upiera się wciąż, że zakaz biblijny dotyczy też wizerunków Pana Jezusa i tych, którzy należą do Niego. W XVI wieku luteranie tłukli kamieniami witraże w kościołach, przedstawiające sceny z życia Chrystusa i świętych, bo to „bałwochwalstwo”. Po jakimś czasie umieszczali tam witraże przedstawiające sceny z życia Marcina Lutra, np. w ewangelickiej bazylice w Legnicy, nawiasem mówiąc, bardzo ładne.

Obraz z postacią Lutra (z prawej), ołtarz kościoła w Weimarze

W Genewie kalwiniści zniszczyli wszystkie wizerunki Jezusa Chrystusa i Jego świętych, a nawet krzyże, by potem postawić wielki pomnik przywódców reformacji, na którym w centralnej części, obok postaci Jana Kalwina widnieją: Wilhelm Farel, Teodor Beza i John Knox. Olivier Cromwell w Anglii nakazał zniszczyć wizerunki Pana Jezusa, bo przecież „Biblia zabrania sporządzać podobizny”, po czym polecił malarzowi wykonać swój dokładny portret.

Jeżeli zatem wolno protestantom namalować obraz jakiejkolwiek postaci z ich tradycji, np. Lutra, Kalwina i Cromwella, albo zrobić fotografię słynnego ewangelisty Billy'ego Grahama (i ozdobić nimi pomieszczenia zboru), to wolno też wykonać obraz Syna Bożego, który stał się Człowiekiem, Maryi Panny, Piotra Apostoła, czy Antoniego z Padwy. Było to oczywiste dla pierwszych chrześcijan, którzy malowali obrazy, zwłaszcza Chrystusa Dobrego Pasterza i Maryi z Dzieciątkiem, już w katakumbach. Wizerunki są czymś zwyczajnym nie tylko w kościołach katolickich i prawosławnych (ikony), ale także luterańskich i anglikańskich, a zdarzają się i u denominacji post-kalwińskich.

Środowisko protestanckie wywodzące się od Williama Marriona Branhama, słynącego darem uzdrawiania, posługującego od lat 30. do 60. XX wieku w USA (jego syn, który mu asystował twierdził, iż wówczas "katolicy mieli największą wiarę"), dziś mające misje w kilku krajach, rozpowszechnia cudowne fotografie (tak!), wieszane też w ich zborach na wyeksponowanym miejscu. Jedna to Oblicze Chrystusa, które pojawiło się na stratosferycznej chmurze nad miastem, gdzie William Branham głosił, na drugim widać kolorowe cienie, mające być widzialną „chwałą Bożą”, trzecia przedstawia go samego przy kazalnicy, a nad jego głową... aureola!

William Branham, Boży Generał, czyli pentakostalny święty

Kwestia nie jest więc tak jednoznaczna, jak ją niektórzy potocznie przedstawiają. Może więc bałwochwalstwem jest samo zwracanie się w kierunku wizerunków na modlitwie? Gdyby tak było, to Bóg nakazując wykonać figury cherubów przy Arce, domagał się od Mojżesza popełnienia bałwochwalstwa! To jest przecież absurd, Biblia mówi: Nikomu On nie przykazał być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć (Syr 15, 20). Obrazy i figury ułatwiają uzmysłowienie sobie obecności Boga i rozmowę z Nim. To On sam powiedział: Z pośród [figur] cherubów będę z tobą rozmawiał.

Ponieważ chodzi o wizerunki Chrystusa, Jego Matki, aniołów i świętych, więc same w sobie też zasługują na szacunek - „należną cześć”, jak to określa Sobór Trydencki, a więc taką, jaka należy się wizerunkom, a nie Bogu (tutaj najistotniejsze wyjaśnienie: Biblia konsekwetntnie używa dwóch odrębnych słów, w łac. adorare - adorować, wielbić i honorare - czcić, szanować; to pierwsze odnosi się tylko do Boga, to drugie do Boga, ale też ludzi, aniołów i ważnych spraw z nimi związanych). Przecież i fotografie zwykłych ludzi, a nawet sztandary i godła należy traktować z szacunkiem ze względu na godność człowieka. Poprzez przedmioty i gesty możemy symbolicznie, gestem oddać cześć Bogu. Kiedy ktoś wpatruje się w fotografię żony, stawia na biurku, a nawet całuje zdjęcie, to przecież nie zdradza żony, ani nie popełnia bałwochwalstwa. Całując zdjęcie, wyraża uczucia i pragnienie pocałowania jej. Współcześni obrazoburcy powinni w końcu konsekwentnie odpowiedzieć sobie na pytanie: wolno czy nie wolno posiadać, oglądać, zawiesić na ścianie, nosić przy sobie, całować, czyli „czcić” wizerunku ukochanej osoby? Jeśli tak, to niech przyznają, że katolickie obrazy są dopuszczalne. Jeśli nie, to niech zniszczą wszystkie fotografie swoich bliskich.


Omawiany problem pokazuje, jak „dzikie”, prywatne wyjaśnianie Biblii doprowadza do absurdów godzących w samą naturę stworzonego świata. Przecież Bóg po to dał człowiekowi oczy, by widział. Po to dał mu talent artystyczny, by przedstawiał to co widzi, po to dał mu wyobraźnię, by zachowywał w swym wnętrzu piękno stworzenia. Jeżeli czytamy w Biblii, że prorok Daniel, lub św. Jan Apostoł ujrzał Syna Człowieczego, czy Niewiastę obleczoną w słońce, to możemy to opisać, ale równie dobrze, albo i lepiej możemy to narysować, czy namalować. Do XIX wieku ponad 80% ludzi nie umiało czytać i dla nich też malowano sceny z Pisma Świętego i życia Kościoła, zwane „Biblią ubogich” (łac. Biblia pauperum). Jeżeli wolno napisać i opowiedzieć o tym, jak np. Pan Jezus uzdrowił niewidomego, to wolno też tę scenę namalować.

Chrystus uzdrawia niewidomego,
Gioacchino Asserto (1600-1649)

Różne są formy przekazu, bo człowiek jest istotą o wielu zmysłach. Znamienne jest, że Kalwin przeciwstawiał się nie tylko wizerunkom, ale i muzyce kościelnej, którą znacznie zubożył. A przecież rzeczą najoczywistszą na świecie jest, że miejsca modlitwy przyozdabia się wizerunkami o treści religijnej. Jak trudno jest współczesnym protestantom wyrazić, że ich mieszkanie jest chrześcijańskie – nie wolno im powiesić obrazu, ani krzyża. Ich doktryna każe im pod tym względem upodobnić się do wojujących ateistów.

To purytanie po przejęciu władzy w Anglii w połowie XVII wieku, przeprowadzili „akcję dekrucyfiksacyjną”, niszcząc niemal wszystkie krzyże przy drogach i w miastach. Po trzech wiekach komuniści ich tylko naśladowali. Jakiś czas temu akcję dekrucyfiksacyjną w Warszawie nakazała Hanna Gronkiewicz-Waltz (zapewne pod wpływem swego mentora, pastora jednej ze wspólnot neoprotestanckich w Polsce), usuwając niemal sto krzyży przy drogach i wywożąc je na śmietnik. Cóż za paradoks, protestanci – byli katolicy, po „nawróceniu” wizerunek Chrystusa Pana, który mają np. od I Komunii, wyrzucają na śmietnik!

Bez wątpienia, agresja niektórych środowisk protestanckich i modernistycznych wobec chrześcijańskich wizerunków: od infantylnej krytyki, poprzez wyśmiewanie, faryzejskie gorszenie się, aż do niszczenia (ikonoklazmu, obrazoburstwa), jest przejawem ducha antychrysta. Zgodnie z Biblią każdy duch, który uznaje, że Jezus Chrystus przyszedł w ciele, jest z Boga. Każdy zaś duch, który nie uznaje Jezusa, nie jest z Boga i to jest duch Antychrysta (1 J 4, 2-3).

Odrzucenie i niszczenie wizerunków Chrystusa (tak jak i negacja realności Ciała Chrystusa w Eucharystii oraz awersja do Maryi, od której przyjął Ciało) jest formą nieuznawana, że Jezus Chrystus przyszedł w ciele, stał się widzialnym, dostępnym dla zmysłów Człowiekiem. Jest sprzeciwianiem się Apostołom, głoszącym: [To wam oznajmiamy], na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce (1 J 1, 1). Jest nieuznawaniem całości aktu Wcielenia, jako oczyszczenia, uświęcenia i zjednoczenia z Bogiem stworzonej natury.

Pogarda wobec przedmiotów religijnych z powodów „duchowych” jest też echem pychy demonów, ich pogardy wobec materii. Część protestantów, w walce z chrześcijańskimi wizerunkami i dewocjonaliami, staje niestety w jednym szeregu z wojującymi ateistami, masonami i innymi sługami Antychrysta, którzy również toczą taką wojnę. Jest to smutna ilustracja, cytowanych w poprzednim tekście, słów kard. Józefa Ratzingera:

„Teolog nie kochający sztuki, poezji, muzyki, natury, może być niebezpieczny. Ta bowiem ślepota i głuchota na piękno nie jest sprawa drugorzędną, lecz może wycisnąć piętno także na jego teologii”.

Z kolei wśród nowych kościołów protestanckich są jeszcze inne wyjątki od negacji wizerunków. Największe na świecie zbory typu zielonoświątkowego znajdują się w Korei Południowej i pozostają przedmiotem zachwytu protestantów na całym świecie. Wielu opisuje je, niektórzy jeżdżą tam uczyć się modlitwy i ewangelizacji. Tamtejsze kościoły mają własne góry, na których zbudowano centra modlitewne. Peter C. Wagner, w książce „Kościoły, które się modlą”, opisuje z przejęciem jedną z takich gór, iż „każdy ze specjalnie skonstruowanych regionów modlitewnych jest ozdobiony naturalnych rozmiarów posągami Jezusa i Jego uczniów w różnych epizodach ich służby”. To czym neprotestanci gorszą się, a nawet przerażają w kościołach katolickich, u swych braci koreańskich podziwiają.

Jeszcze dalej idzie Ana Mendez Ferrell, jedna z liderów neoprotestanckiego ruchu charyzmatycznego. Od kilku lat propaguje ona w środowisku protestanckim naukę wschodniego chrześcijaństwa o ikonie, jako nośniku Bożej Obecności. Argumentuje, że obrazy mają swoją rolę także w walce duchowej i jak demony wykorzystują złe wizerunki, tak samo powinniśmy używać wizerunków chrześcijańskich. Na konferencji w Warszawie w 2009 roku, pod hasłem „Rozszerzanie Królestwa Bożego” opowiadała o roli malowanych, także przez nią samą, obrazów aniołów w nowej ewangelizacji Holandii, ponieważ w kraju tym malarstwo odgrywało wielką rolę.


Chrystus - Baranek Ofiarny, Ana Mendez Ferrell

Swoją drogą ciekawe, że współcześni protestanci zachodni, którzy zwykle z zasady sprzeciwiają się nawet małym obrazkom Chrystusa, rozprowadzają filmy o Nim, tak jakby film, to nie był ciąg obrazów. Co więcej, piszą jak wielu ludzi nawróciło się podczas oglądania filmu „Jezus”. Nie mają też nic przeciwko plakatom i fotosom z tego filmu i podobnych. Dziwne, bo przecież z punktu widzenia tej doktryny neoprotestanckiej dopuszczalne być powinny jedynie słuchowiska radiowe.

Skoro protestanci owi akceptują możliwość przeżycia nawrócenia, czy uzdrowienia oglądając film o Chrystusie Panu, to czemu nie uznają tego samego, patrząc na nieruchomy obraz przedstawiający Go? Z założenia nie przyjmują do wiadomości niezliczonych łask, które otrzymało miliony ludzi podczas modlitwy przed chrześcijańskimi wizerunkami. Trzymają się w tym zasady filozofii luteranina Hegla: „jeżeli fakty przeczą naszym ideom, to tym gorzej dla faktów”.

Pozostaje pytanie, jak protestanccy ikonoklaści wyobrażają sobie postać Chrystusa? Bo robią to w myśli, na modlitwie, będąc ludźmi. Odpowiedź jest prosta – na podstawie katolickich obrazów, które kiedyś widzieli, inaczej pozostaje im niestety postać aktora z filmu o Nim, zresztą również stylizowanego według tradycji katolickiej. Trudno żeby było inaczej, człowiek nie jest czystym duchem, ale ma duszę i ciało.

Konsekwentny spirytualizm nie jest możliwy. Widać to choćby na powyższych przykładach. Nawet zasady „tylko Biblia” nie da się oderwać od realności świata materialnego. U luteranów, a także u klasycznych zielonoświątkowców można zobaczyć Biblię leżącą na jakby ołtarzu z przodu zboru, w którego stronę się modlą. Wielu fundamentalistów protestanckich w USA klęczy przed Biblią czytając ją, trzyma też Księgę na honorowym miejscu w domu. Liczni protestanci (ale też niektórzy katolicy) noszą ją zawsze ze sobą, jako najważniejszy przedmiot. Stosując sposób rozumowania wielu neoprotestantów odnośnie obrazów i dewocjonaliów u katolików, należy analogicznie uznać że i oni są bałwochwalcami, gdyż czczą papier, z którego jest zrobiona Biblia.


Nie da się jednak zaprzeczyć, że używanie wizerunków może czasem przynosić szkodę duszy i być jakimś bałwochwalstwem. Zdarza się ludziom zatracić w tym miarę i same wizerunki traktować jak bożki, czy po prostu zbyt się do nich przywiązywać. Takie bałwochwalstwo może być obecne w duszy także w subtelny sposób. To uczynili Żydzi, którzy kilkaset lat po wydarzeniach na pustyni czcili miedzianego węża (nechusztana), zrobionego przez Mojżesza, wobec czego król Ezechiasz był zmuszony go zniszczyć (zob. 2 Kr 18, 4), o czym było szerzej w tekście o złych duchach religijności. Z tych samych powodów, rzeczywiście niektórym katolikom należy pomóc uwolnić się od zbytniego przywiązania do wizerunków świętych, aby weszli w głąb modlitwy. Na przykład św. Jan od Krzyża wyjaśniał:

„Wiele można by powiedzieć na temat braku zrozumienia dla obrazów u niektórych osób. Niektórzy większą nadzieję pokładają w jednych obrazach niż w innych. Sądzą, że Bóg wysłucha ich prędzej przed tymi niż przed innymi obrazami, chociaż jedne i drugie przedstawiają to samo, np. Chrystusa czy Matkę Najświętszą. Jest to gruba ciemnota, jeśli chodzi o obcowanie z Bogiem i oddawanie Mu należnej czci i chwały, Bóg bowiem patrzy na wiarę i czystość modlącego się serca.
Zdarza się wprawdzie czasem, że Bóg udziela więcej łask w pewnych miejscach, przed jednym niż przed drugim obrazem. Przyczyną tego nie jest jednak większa skuteczność jednego, czy drugiego obrazu (który sam przez się nie jest niczym więcej niż malowidłem), lecz to, że ludzie więcej rozbudzają swą pobożność za pośrednictwem któregoś z tych obrazów. Gdyby zaś potrafili wzbudzić tę samą pobożność przed jednym i przed drugim, albo i bez pomocy żadnego z nich, otrzymaliby od Boga te same łaski.
Niech dusza uważa to za pewne, że im większe ma przywiązane do posiadania jakiegoś obrazu, czy innego środka, tym niedołężniej będzie się wznosić ku Bogu jej pobożność i modlitwa” („Droga na Górę Karmel” 3, 35-36).

Trzeba pamiętać, że wizerunek jest czymś zewnętrznym i ukazuje najpierw to, co widzialne (choć może wyrażać jakieś wewnętrzne cechy przedstawianej osoby oraz rzeczywistość duchową stojącą za twórcą), błogosławieństwo Kościoła nadaje mu wartość religijną, jednakże dopiero wewnętrzny stan duszy odbiorcy nadaje temu wizerunkowi określony sens duchowy dla niego. To, że ikona przedstawia brodatego mężczyznę z księgą w ręku, nie oznacza jeszcze, że dla patrzącego będzie ona pomocą w spotkaniu z Chrystusem, gdyż to dopiero jego wiara uwolni ten sens. Figura kobiety dla katolika będzie wizerunkiem Najświętszej Maryi Panny, ale dla bałwochwalcy (nawet formalnego chrześcijanina) może być jego boginią. Istotna jest duchowa rzeczywistość obecna w duszy człowieka, a jeśli jest zła, to i rzeczy dobre same w sobie, mogą służyć złemu (por. Mt 15, 10-20). Dla czystych wszystko jest czyste, dla skalanych zaś i niewiernych nie ma nic czystego, lecz duch ich i sumienie są zbrukane (Tt 1, 15). Dlatego też demon może wykorzystywać obrazy i figury do złudzeń i zwiedzeń religijnych, tak samo jak i Biblię.

Być może i tacy właśnie ludzie trafiają do nowych grup protestanckich, zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej, gdzie czują się uwolnieni. Źle, że niektórzy z nich wówczas stosują, opisany przez psychologię, mechanizm projekcji, czyli przypisywania innym, lub całej społeczności, np. Kościołowi katolickiemu, swoich własnych problemów. Analogicznie, to że chorym na żołądek niektóre potrawy szkodzą i nie powinni ich jeść, nie upoważnia tych ludzi do tego, żeby głosili, iż w ogóle są one trujące, lub że wszyscy, którzy je jedzą są chorzy.

Niezliczone są przykłady korzyści z obrazów i figur dla wierzących, potwierdzane niezwykłymi znakami i cudami od Boga, czego nie da się podważyć, a jedynie, jak czynią niektórzy, po faryzejsku zatkać sobie uszy. A wystarczy poczytać np. książki Joan Carroll Cruz: „Cudowne wizerunki Najświętszej Maryi Panny” i „Cudowne wizerunki naszego Pana”. Jeśli każdy, kto spojrzał na węża miedzianego na palu, który symbolizował Chrystusa Ukrzyżowanego (zob. J 3, 14), był uzdrowiony, to tym bardziej ci, którzy spoglądają na obraz przedstawiający Go, na przykład na Krzyżu. Dla milionów chrześcijan wizerunki były i są pomocą w wierze, przedstawiając im ukochaną Osobę.

Przykładem niech będzie katolicka królowa Szkocji Maria Stuart, legalna pretendentka do tronu Anglii, uwięziona i po 19 latach, w 1587 roku, wydana na śmierć z powodu Jezusa (por. 2 Kor 2, 11), przez rządzących w tym drugim kraju protestantów. Przed ścięciem napisała:
„Boże i Panie mój! W Tobie nadzieja moja, Najdroższy Jezu! Ocal mnie! Skrępowana więzami na miejscu krwawej śmierci, tęsknię do Ciebie, klęcząc i łzy lejąc i pragnąc Cię ujrzeć. Błagam Cię pokornie, abyś mnie zbawić raczył”.
Idąc na miejsce straceń trzymała w ręku krucyfiks i całowała go, rozpamiętując Mękę i Śmierć swego Zbawiciela.
Widząc to, jeden z protestanckich gapiów krzyknął oburzony:
„Powinnaś raczej mieć Ukrzyżowanego w sercu!”.
Na to królowa odpowiedziała:
„Nie tylko w sercu, ale i w ręku”.
Zanim oddała głowę pod miecz kata, Maria rzekła te słowa:
„O najmilszy Jezu, jak Ty wyciągnąłeś ramiona na krzyżu, tak obejmij mnie teraz ramionami nieskończonego Miłosierdzia Twego”. Amen.