Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LITURGIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LITURGIA. Pokaż wszystkie posty

23 maja 2022

Historia liturgii chrześcijańskiej

 
Króluj nam Chryste!


Kontynuując rozważania z poprzedniego artykułu o korzeniach chrześcijańskiej liturgii, teraz warto poznać zwięzłą historię jej rozwoju, od pierwszych wieków do współczesności.


Nowy Testament nie daje precyzyjnych opisów początków liturgii chrześcijańskiej i pierwotnego procesu jej scalania. Nadmienia tylko w różnych miejscach, że wierzący trwali „w łamaniu chleba i w modlitwach” (Dz 2, 42), spotykali się na „Wieczerzy Pańskiej” (1 Kor 11, 20), „pamiątce Pana” (1 Kor 11, 23-25), „przemawiali w psalmach, hymnach, pieśniach pełnych Ducha” (Ef 5, 19), „prorokowali i roztrząsali proroctwa” (1 Kor 15, 29), „nauczali i objawiali rzeczy skryte” (1 Kor 15, 26), „głosili Słowo i opowiadali Dobrą Nowinę” (Dz 11, 19-20), „chodzili na modlitwę o określonych porach” (Dz 3, 1), „gromadzili się w imię Pana Jezusa” (Mt 18, 20; 1 Kor 5, 4), „składali duchowe ofiary” (1 P, 2-5) i „rozumną służbę Bożą” (Rz 12, 1), „mieli własny ołtarz, z którego nie mieli prawa spożywać służący staremu przybytkowi” (Hbr 13, 10).

Św. Justyn Męczennik w swej „Apologii” chrześcijaństwa z około 155 roku, wyjaśniał cesarzowi, iż podczas zgromadzenia w Dniu Słońca (niedziela) najpierw lektor czyta księgi apostolskie, lub prorockie, a za nim przełożony głosi kazanie, po czym wszyscy wstają i modlą się. Następnie przynoszą chleb, wino i wodę, przełożony odmawia modlitwy i dziękczynienie (gr. eucharistia), a lud odpowiada: „Amen”. Potem rozdziela się to, „co stało się Eucharystią”, a nieobecnym zanoszą ją diakoni. Na koniec składa się dary dla potrzebujących. Najpierw jednak, o świcie, chrześcijanie gromadzą się, aby śpiewać pieśni pochwalne dla Boga, a potem przychodzą ponownie, aby spożyć „święty i niewinny posiłek”. Podobne określenia znajdują się już na początku Kanonu Rzymskiego (sancta sacrificia illibata). Jest to pierwsze znane przedstawienie schematu liturgicznego.

Konstytucje Apostolskie z około 380 roku podają już dokładniejszy opis przebiegu Mszy św. Polecają, iż kościół ma być podłużny, zwrócony ku wschodowi, z tronem dla biskupa i siedzeniami dla prezbiterów z przodu, mężczyźni i kobiety mają siedzieć osobno. Na początku lektor czyta z ksiąg Starego Testamentu, potem inny śpiewa Psalmy, a dalej czytanie z Dziejów lub Listów Apostolskich. Po nich diakon, lub prezbiter czyta Ewangelię, a wszyscy stoją w milczeniu. Potem kapłani głoszą naukę dla ludu. Po niej wszyscy mają powstać, „zwrócić się ku wschodowi” i odmawiać modły. Dalej następuje „pozdrowienie pocałunkiem Pana” między wiernymi, diakon odmawia modlitwy w określonych intencjach (ektenie w obrządkach wschodnich), biskup modli się „nad ludem” (oratio super populum, którą znaleźć można w tradycyjnej liturgii luterańskiej jako pozostałość średniowiecznego rytu rzymskiego). „Potem ma się odbyć ofiara, w czasie której lud ma stać i modlić się w milczeniu, po jej spełnieniu niech każda grupa z osobna przyjmuje Ciało Pańskie i najdroższą Krew Jego, przystępując w porządku z całą czcią i bojaźnią, jako do ciała Króla. Niewiasty mają przystępować z zasłoną na głowie, jak to przystoi działowi kobiet” (Eucharystia pierwszych chrześcijan, wybór i opracowanie ks. Marek Starowieyski, Kraków 1987, s. 257-258).

Konstytucje Apostolskie zawierają ponadto najstarszy zachowany formularz mszalny zwany liturgią klementyńską (przypisują bowiem jej autorstwo jakoby papieżowi Klemensowi I), w którym prócz wymienionych elementów wyszczególnione jest też umycie rąk (lavabo), przyniesienie i ofiarowanie darów, a po Komunii dziękczynienie i rozesłanie wiernych. Na Anaforę składa się: prefacja, Trishagion (śpiew „Święty Boże”), opis ustanowienia i konsekracja, anamneza, epikleza (po konsekracji, jak w obrządkach wschodnich), memento (wspomnienie tych, za których jej sprawowana Msza). W Rzymie, już w najstarszych dokumentach z pierwszych wieków, zamiast obecnego do dziś na Wschodzie Trishagionu, jest Sanctus („Święty, święty”), pojawia się dialog przed prefacją, wspomnienie zmarłych, „Ojcze nasz”, pierwsze kolekty. W V wieku dołączono śpiew Alleluja,  pozostałe części kanonu oraz Ite missa est! („Idźcie, Ofiara spełniona”). Credo („Wierzę w Boga”) włączano stopniowo do poszczególnych obrządków w V i VI wieku, kilkaset lat później zaś do rytu rzymskiego.

Przełom VI/VII wieku przyniósł pierwsze zwarte teksty Mszy, bowiem wcześniej stosowano plik osobnych kartek. Wzorem dla nich był Sakramentarz św. Grzegorza Wielkiego z 595 roku (Paweł Milcarek, Historia Mszy. Przewodnik po dziejach liturgii rzymskiej, Kraków 2009, s. 30-32; 42). Papież ten dokonał paru zmian w Kanonie Rzymskim i obrzędach mszalnych, a także przyczynił się do zreformowania i rozmoju śpiewu liturgicznego. W konsekwencji jego działań (ale już za pontyfikatu Honoriusza I) doszło do kodyfikacji tekstów liturgicznych oraz śpiewu kościelnego, który nazwany został z tej racji chorałem gregoriańskim. Stąd stary ryt rzymski jest określany również, na wzór liturgii wschodnich, od swojego głównego reformatora i kodyfikatora, Mszą św. Grzegorza Wielkiego (na podobieństwo liturgii wschodnich nazywanych od ich domniemanych autorów, jak. św. Jana Chryzostoma, św. Jakuba i św. Bazylego).

Jeszcze w starożytności zatem ukształtował się zasadniczy układ Mszy świętej, podzielonej wówczas na tzw. Mszę katechumenów (do kazania włącznie) i Mszę wiernych. Pozostałość tego rozdzielenia zachowała się w obrządku bizantyjskim, gdy kapłan (diakon, jeśli jest) woła: „Drzwi, drzwi!” (tzn. „zamknijcie drzwi po wyjściu katechumenów”), a nieco później: „Tylko wierni! Módlmy się do Pana!” Pewne drugorzędne różnice w sprawowaniu liturgii kształtowały się w poszczególnych regionach cesarstwa rzymskiego, z zasadniczym podziałem na Wschód i Zachód. Na bazie tych różnic powstały określone obrządki, wśród nich rzymski i bizantyjski, z czasem najbardziej rozpowszechnione. Jak widać powyżej, brakuje tylko w tych schematach części wstępnej. Jej elementy dołączano stopniowo przez wieki aż do XVI stulecia włącznie, czerpiąc je z przygotowujących do Mszy modlitw wiernych świeckich i duchownych.



W Rzymie liturgię mszalną poprzedzał śpiew psalmów i hymnów (z którego powstały laudes, czyli chwalby, obecnie zwane jutrznią), a który wtedy należał do wiernych oraz śpiew na wejście (introit). Kapłani wchodzili pod koniec śpiewu i wówczas następował podstawowy schemat liturgiczny pierwszej części pierwotnego rytu rzymskiego: czytanie, śpiew, modlitwa, powtarzany kilkakrotnie (do dziś pozostało to w liturgii Wigilii Paschalnej i suchych dni). Ten schemat, poprzedzony psalmami i Ojcze nasz, należącymi do ludu, pozostał też w matutinum, dawniej zwanym po polsku jutrznią, a obecnie Godziną Czytań (Joseph Andreas Jungmann, Sprawowanie liturgii. Podstawy i historia form liturgii, Kraków 1992, s. 108-119).

Śpiew Kyrie eleison („Panie zmiłuj się”) jest na Zachodzie szczątkową formą litanii w różnych intencjach (wschodniej ektenii), w której poszczególne wezwania kończyli wierni tymi właśnie słowami (Gospody pomyłuj!). W średniowieczu dodano do ich śpiewu tropy, czyli rozwinięcia po Kyrie, a od ich pierwszych słów pochodzą nazwy poszczególnych melodii (np. Kyrie fons bonitatis etc). Tropy zniknęły w mszale trydenckim, a niektóre przywrócił w 1970 roku nowy mszał, jako opcję.

Hymn Gloria in excelsis Deo („Chwała na wysokości Bogu”) jest jakby najbardziej zwięzłym streszczeniem nabożeństwa uwielbienia poprzedzającego Mszę (laudes). Znajduje się on tylko w rycie łacińskim od VI wieku, zaś na Wschodzie w liturgii godzin. Do XI wieku był intonowany jedynie przez biskupa, a przez kapłanów tylko na Wielkanoc (Johannes Bringtine, Msza Święta, Warszawa 1957, s. 60-64). W tym stuleciu dodano też ciche, osobiste modlitwy kapłańskie, jak Oramus Te, Munda cor, Domine Jesu Christe Fili Dei vivi, czy Placeat Tibi. Około 1210 roku, na polecenie papieża Innocentego III, do Mszału Rzymskiego, to znaczy wówczas papieskiego („Mszał według zwyczaju kurii rzymskiej”), który w następnych stuleciach stał się wzorem dla innych zachodnich rytów, przyjęto modlitwy Ofertorium, pochodzące z obrządku gallikańskiego, w jego różnych partykularnych odmianach.

Mszał Rzymski z 1570 roku jako integralną część Mszy ustanowił Psalm 43 (42) i dwa Confiteor („Spowiadam się”), które dotąd były prywatnymi modlitwami przygotowawczymi celebransów i ministrantów. Do XVI wieku bowiem to antyfona na wejście (introit) stanowiła właściwe rozpoczęcie Mszy, dlatego zaczynając ją, kapłan i służba liturgiczna czynią na sobie znak krzyża. Na tym zakończył się proces kształtowania wszystkich części liturgii Najświętszej Ofiary. Na polecenie Soboru Trydenckiego, następujący po nim papieże dokonali przejrzenia i oczyszczenia z błędów narosłych w trakcie kopiowania przez stulecia, najważniejszych dla Służby Bożej ksiąg: wspomnianego już Mszału (zwanego popularnie z tego powodu trydenckim, w kolejnych edycjach typicznych z 1604 i 1634 roku), Rytuału, Wulgaty, czyli wzorcowego łacińskiego tekstu Biblii (1598 rok) oraz Brewiarza Rzymskiego (1568 rok), zawierającego wzorzec liturgii godzin.

Ukształtowana przez wieki forma liturgii Mszy świętej streszczała bowiem, ale nie wyczerpywała (i nie wyczerpuje) całości liturgicznej modlitwy Kościoła oraz zanoszonej przez ogół wiernych i każdego z osobna. W pierwszych wiekach mnisi odmawiali codziennie wszystkie psalmy, ponadto znosili własne modlitwy i rozważali Pismo Święte. W V i VI wieku nastąpiło podzielenie i uporządkowanie Psałterza, który rozłożono na tydzień i poszczególne pory doby (tzw. godziny, łac. horae). Z czasem dodawano do psalmów antyfony, modlitwy i hymny, które łączyły się tematycznie ze wspomnieniem liturgicznym we Mszy na dany dzień, których również stopniowo przybywało. W ten sposób zintegrowano Liturgię Godzin ze Mszą św.

W obrządku bizantyjskim jest to wyraźnie złączone, gdy w niedzielę liturgia, w pełnej formie, rozpoczyna się rano śpiewaniem Utrenii (matutinum z laudes). Następnie duchowni odmawiają tercję, sekstę i nonę, po czym sprawowana jest Boska Liturgia (Msza św.), a dopełnia ją Weczeria (nieszpory). W niektórych liturgiach orientalnych kapłan odmawia wszystkie psalmy (Msza trwa nawet 4 godziny). Szczątkiem tej integracji w klasycznej liturgii rzymskiej jest np. mini-jutrznia na zakończenie Mszy Rezurekcyjnej w ramach Wigilii Paschalnej.

Na Zachodzie we wspólnotach monastycznych ta integracja była i jest znacznie bardziej widoczna. W tradycji katolickiej ostatnich kilku wieków popularne było śpiewanie godzinek i innych modlitw przed Mszą jako formę ludowej chwalby oraz po południu, czasem zaraz po sumie, nieszporów w języku narodowym z kazaniem dla ludu. Czasem też nieszpory, bądź kompletę kończono błogosławieństwem Najświętszym Sakramentem. Podczas śpiewu Magnificat w czasie nieszporów kapłan okadza ołtarz (nawiązanie do wieczornej ofiary kadzenia w starotestamentalnej świątyni).

Jednak również Liturgia Godzin nie wyczerpuje całości modlitwy, gdyż brewiarz (łac. breviarium – skrót, wyciąg), jak sama nazwa wskazuje, jest tylko streszczeniem modlitwy uwielbienia Boga i codziennej lektury Biblii. Powstał on w XI wieku, a ukształtował w następnym, na potrzeby podróżujących często legatów i urzędników papieskich, toteż nazwany został wówczas Breviarium Curiae Romanae. Objęto nim wszystkie psalmy, lecz tylko podstawowe hymny, modlitwy i krótkie fragmenty czytań biblijnych na dany dzień, dlatego noszą one nazwę lectio brevis („czytanie krótkie”).

Brewiarz, podobnie jak Mszał, scalił w jednej księdze modlitwy i śpiewy, które do XIII stulecia były spisywane w osobnych kodeksach, takich jak: psałterz (psalmy), antyfonarz (antyfony z liturgii mszalnej i godzin oraz pieśni), kolektarz (modlitwy zmienne, przede wszystkim kolekty), lekcjonarz i ewangeliarz (czytania biblijne), martyrologium (wspomnienia świętych na dany dzień). W skład Mszału wszedł ponadto graduał (zawierał wersety psalmów śpiewane między czytaniami; nazwa księgi oraz części liturgii pochodzi od łac. gradus – stopień, na którym stał kantor). Zapisy melodii do wszystkich części zmiennych zawarto w księdze Liber Usualis. Obrzędy właściwe dla biskupów objął Pontyfikał. W skład Brewiarza zaś weszły krótkie fragmenty pism Ojców Kościoła.


Oprócz zawartości Brewiarza oraz kolejnych skrótów na użytek świeckich: małych oficjów, różnych godzinek i brewiarzy tercjarskich oraz mszalików, powstało w dziejach chrześcijaństwa tysiące tekstów modlitw, pieśni i hymnów śpiewanych przez wiernych na wspólnych modlitwach (w kościołach, domach, przy kapliczkach przydrożnych) oraz indywidualnie. Także Pismo Święte, z którym integralnie związany jest Mszał i Brewiarz, było znacznie szerzej poznawane w kazaniach i innych nauczaniach, a przez coraz szersze grono umiejących czytać, także w osobistej lekturze. Do tego ostatniego zachęcają papieże od czasów św. Piusa X, który ogłosił: „Ponieważ wszystko pragniemy odnowić (lub: ustanowić) w Chrystusie (łac. instaurare omnia in Christo: Ef 1, 10), na niczym nam bardziej nie zależy, jak na tym, aby nasze dzieci nabyły zwyczaju częstego, nawet codziennego czytania Księgi Ewangelii, aby właśnie z niej mogły przede wszystkim nauczyć się, jak można i należy odnowić wszystko w Chrystusie” (List z 21 stycznia 1907 roku popierający Sodalicję św. Hieronima dla Rozpowszechniania Św. Ewangelii):

Omnia in Christo instaurare volentibus, nihil certe Nobis optatius quam ut id moris filii Nostri usurpent, Evangeliorum exemplaria non solum frequenti, sed quotidiana etiam lectione tenere, e quibus maxime addiscitur quo demum pacto omnia in Christo instaurari possint ac debeant.


Papież ten zainicjował proces zmian we wszystkich księgach obrządku rzymskiego, ustalonych po Soborze Trydenckim. W 1911 roku promulgował nowy Brewiarz, zrywający z dotychczasową tradycją układu psalmów, sięgającą V wieku, a w niektórych elementach nawet czasów przed Chrystusem, jak odmawiania codziennie trzech ostatnich psalmów (148-150) na zakończenie laudes (jutrzni). Była to pierwsza „rewolucja liturgiczna” XX wieku, która na jego polecenie miała być kontynuowana, co też uczynił Pius XII wprowadzając w 1945 roku nowy przekład psalmów (z hebrajskiego na łacinę), usuwający Psałterz Gallikański odmawiany powszechnie na Zachodzie od IV wieku. Wreszcie św. Paweł VI wprowadził w 1970 roku kolejną radykalną zmianę w Liturgii Godzin (Paweł Mielcarek, Od pełnego do psałterza łatwiejszego. Z dziejów reformy Brewiarza rzymskiego w wieku XX, Christianitas, 47/2012).

Pius X nakazał też śpiew chorału gregoriańskiego według reformy opactwa w Solesmes, który był sztuczną formą śpiewu, powodując bezpowrotne zaprzepaszczenie znajomości wielowiekowych sposobów jego wykonania, których zapisy nutowe nie oddają (Bartosz Izbicki, Grać Straussa jak w Wiedniu, śpiewać chorał jak w Rzymie, Christianitas, 47/2012). Ponadto polecił on rozpoczęcie prac nad zmianami w Wulgacie, czytanej przez Kościół łaciński od IV wieku, modyfikowanie według tekstów greckich i hebrajskich oraz poprawianie rzekomych błędów. Trwały one aż do 1979 roku, gdy wydano tekst tzw. Neo-Wulgaty. Tenże papież także dał impuls do zmian w liturgii Mszy świętej, dokonując znaczących reform rubryk (zebranych w nowej edycji typicznej Mszału Rzymskiego z 1920 roku, już za pontyfikatu Benedykta XV), a przede wszystkim wprowadzając pojęcie „aktywne uczestnictwo” wiernych (łac. activa, bądź actuosa participatio), jako cel przyszłych reform (już u progu swego pontyfikatu, w motu proprio Tra le sollecitudini z 22 listopada 1903 roku).


W latach 20. XX wieku pojawiły się postulaty zmian w samym rycie Mszy św., które zaczął realizować Pius XII, wśród nich reformy liturgii Wielkiego Tygodnia z 1955 roku. Kolejne zmiany w tekstach Mszału Rzymskiego wprowadzono w latach 1960-1962 (zebrane w kolejnej edycji typicznej z 1962 roku), a następne, w oparciu o Konstytucję o Liturgii soboru watykańskiego II, coraz bardziej znaczące, w 1965, 1967 i 1968 roku. Rok później został promulgowany nowy Mszał, który wszedł w życie na całym świecie w 1970 roku i jest dziś powszechnie znany.

Ponieważ ów nowy Mszał Rzymski zawierał znaczące zmiany w tekstach oraz łączył się z innym sposobem sprawowania oraz rozumienia liturgii Mszy świętej, już od 1969 roku pojawiły się postulaty wśród niektórych duchownych i świeckich, aby zachować możliwość celebracji według tradycyjnego rytu. Pojawiła się zarazem kwestia, której wersji ksiąg się trzymać (od roku 1958 do 1968). W 1971 roku Watykan udzielił indultu na możliwość odprawiania liturgii według Mszału w wersji z lat 1965-67 dla Anglii i Walii. W 1984 roku Kongregacja Doktryny Wiary skierowała do wszystkich biskupów list Quattuor abhinc annos, w którym z polecenia papieża św. Jana Pawła II, informuje o możliwości sprawowania jej według Mszału z roku 1962. Wydany przez niego cztery lata później List Apostolski motu proprio Ecclesia Dei potwierdził, iż chodzi o wydanie typiczne z tegoż roku.

Papież Benedykt XVI, w Liście Apostolskim motu proprio Summorum Pontificum z 7 lipca 2007 roku, przypominając zawsze obowiązującą możliwość odprawiania Mszy św. w tradycyjnej formie, również sprecyzował w art 1, 2, 3 i 5 tego listu, iż należy stosować edycję św. Jana XXIII z roku 1962. W art. 9 zaś potwierdził możliwość stosowania przy udzielaniu innych sakramentów tradycyjnego Rytuału i Pontyfikału oraz odmawiania Brewiarza w wersji z 1962 roku. Instrukcja wykonawcza do tego listu, Universae Ecclesiae z 2011 roku, przypomina te stwierdzenia dodając, iż sprawowanie liturgii w rytach zakonnych dozwolone jest także według ich stanu z roku 1962. Instrukcja ta zasygnalizowała też możliwość uzupełniania tradycyjnego Mszału o nowe wspomnienia świętych i prefacje, zapowiadając wydanie przepisów regulujących ten organiczny rozwój rzymskiego obrządku składania Bogu Najświętszej Ofiary.


Artykuł ten zawarty jest w książce Szymona Orkisza Servite Domino. Podręcznik dla ministrantów i ceremoniarzy do liturgii w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego i stanowi części 2-6 jej Rozdziału I "Krótka historia Najświętszej Ofiary i rytu rzymskiego", mojego autorstwa. Opublikowany został przed Traditionis custodes, toteż nie porusza tej kwestii.


07 lipca 2016

Duch antychrysta w Kościele


Króluj nam Chryste
na ołtarzach całego świata!

Wczoraj świat katolicki zelektryzowała niecodzienna wiadomość:

Prefekt Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów kard. Robert Sarah zaproponował, aby począwszy od tegorocznego Adwentu księża znów zaczęli odprawiać Msze twarzą "ad orientem", czyli "na wschód", a nie do wiernych.

"Jest bardzo ważne, aby kapłani i wierni jak najszybciej powrócili razem zwrócili się w tym samym kierunku - na wschód lub przynajmniej ku absydzie, ku Panu, który przychodzi" - powiedział gwinejski kardynał kurialny na konferencji "Sacra Liturgia" w Londynie 5 lipca (za portalem Deon.pl: Cała wiadomość).

Kard. Robert Sarah na konferencji

Kardynał poprosił obecnych na spotkaniu duchownych, aby "wszędzie, gdzie tylko jest to możliwe, wcielali w życie tę praktykę". Podkreślił, że wprawdzie niezbędne są tu "roztropność" i odpowiednia katecheza, ale zaapelował do swych słuchaczy, aby "ufali, że jest to coś dobrego dla Kościoła i dla naszego ludu". Kardynał wyraził przekonanie, że "ich własne przekonanie duszpasterskie podpowie im, jak i kiedy będzie to możliwe, ale być może warto zacząć od pierwszej niedzieli tegorocznego Adwentu, gdy czekamy «na Pana, który przychodzi» i «który się nie spóźnia»". Słowa te wywołały długą owację uczestników konferencji.

Dodał, że wiele badań nad liturgią pokazało, iż niektóre reformy posoborowe "były być może prowadzone zgodnie z duchem swoich czasów", ale "wyszły poza" wskazania ojców soborowych zwartych w konstytucji o liturgii Sacrosanctum Concilium. Jest wiele "bardzo poważnych nieporozumień w odniesieniu do liturgii" - stwierdził kardynał prefekt, wyjaśniając, że chodzi o taką postawę w czasie Mszy, w której centrum staje się bardziej człowiek niż Bóg.

"Liturgia nie jest o mnie ani o tobie" - tłumaczył i przypomniał mówca. Podkreślił, że nie jest to "sprawa naszej tożsamości, osiągnięć, uniesienia lub wspierania własnej kultury czy miejscowych zwyczajów religijnych, ale liturgia jest najpierw i przede wszystkim o Bogu i o tym, co On nam dał". Za kard. Josephem Ratzingerem powtórzył, że "zapominanie o Bogu jest najgroźniejszym niebezpieczeństwem naszych czasów".

Jest to doskonały moment, aby przypomnieć sobie nauczanie osoby Benedykta XVI z czasów, gdy obecny system liturgiczny zdominował kościoły, a Józef Ratzinger był jednym z głosów wołających na pustyni, że kult Pana Boga jest wypierany przez kult człowieka. W artykule sprzed trzydziestu lat w Consilium (opublikowanym w Polsce w zbiorze: Józef kardynał Ratzinger, "Kościół -Ekumenizm-Polityka" w 1990 roku) analizował:

"Spróbujmy w skrócie przypatrzeć się tej koncepcji [nowego rozumienia liturgii] w jej istotnych rysach. Punktem wyjścia dla liturgii jest, jak się mówi [w OWMR z 1967 roku] zgromadzenie dwóch lub trzech zebranych w imię Chrystusa. To nawiązanie do słów obietnicy Pana z Mt 16, 20 brzmi na pierwszy rzut oka niewinnie i tradycyjnie. Uzyskuje jednak rewolucyjną dynamikę na skutek pozbawienia tych słów właściwego im kontekstu biblijnego i przeciwstawienia ich całej tradycji liturgicznej.

Ci dwaj lub trzej zostają teraz bowiem przedstawieni jako przeciwieństwo instytucji z jej instytucjonalnymi zadaniami i przeciwieństwo każdego skodyfikowanego programu. Tak więc wyrażenie to oznacza, iż nie Kościół wyprzedza grupę, ale grupa wyprzedza Kościół. Nie Kościół, jako wielkość powszechna, niesie liturgię każdej pojedynczej grupy, albo parafii, lecz grupa sama jest właściwym miejscem powstawania liturgii. Dlatego też liturgia nie wyrasta z jakiejś powszechnej prazasady, z jakiegoś „rytu”; powstaje ona tu, na miejscu, z twórczości zgromadzonych. […] Izolacja tekstu Mt 16, 20 od powszechnej, biblijnej i kościelnej tradycji wspólnotowej modlitwy Kościoła powoduje, jak widzimy, daleko idące konsekwencje: z obietnicy Pana, dotyczącej modlących się w każdym miejscu, dochodzi do dogmatyzacji autonomicznej grupy.

A jak wygląda to „nowe i lepsze”? Zwróciliśmy już uwagę na wiodące koncepcje; teraz trzeba przyglądnąć się bliżej ich konkretyzacji. Na pierwszym planie zjawiają się wyraźnie dwie wartości. Pierwszorzędną – jak nam mówią – wartością odnowionej liturgii jest „pełna i autentyczna aktywność wszystkich jej uczestników”. […] Ważniejsze (tak nam mówią) niż co jest jak. Umieć świętować, znaczy przede wszystkim: umieć zrobić. […] Jedność, która na skutek oparcia liturgii o grupę, zamiast o Kościół, właściwie znika – i to nie teoretycznie lecz w konkretnej praktyce liturgicznej.

Nie mówiłbym o tym tak otwarcie, gdybym sądził, że takie idee przypisać można tylko pojedynczym teoretykom. Choć bowiem nie ulega wątpliwości, że nie mogą się one powołać na żadne teksty Soboru Watykańskiego II, to jednak w niektórych ośrodkach liturgicznych i ich organach udało się ukuć opinię, że właśnie w tym kierunku zmierza duch Soboru. [...]

Nie tylko księżom, ale nawet niektórym biskupom wydaje się, że nie byliby wierni duchowi Soboru, gdyby modlili się tylko tak, jak jest napisane w nowym Mszale; trzeba więc dorzucić przynajmniej jakąś jedną twórczą (improwizowaną) formułkę, choćby najbardziej banalną. A obywatelskie pozdrowienie uczestników, jak również serdeczne życzenia na pożegnanie stały się nieomal obowiązkowym elementem świętych czynności, którego już prawie nikt nie waży się ominąć".

W tym miejscu trzeba uczynić dygresję, czym jest, a raczej właściwie kim jest ów duch Soboru. Kard. Ratzinger, już jako prefekt Kongregacji Doktryny Wiary, uczył o nim w „Raporcie o stanie wiary”: „Przy okazji stawiania diagnozy Kardynał wspominał, że już podczas trwania Soboru <ujawnił się rzekomy jego duch, który był niczym innym jak antyduchem> (niem. Konzil-Ungeist). Za jego sprawą zaczęto uważać, że wszystko, co nowe lub rzekomo nowe (ileż to bowiem dawnych herezji odżyło w ostatnich latach jako absolutna nowość!), jest o wiele lepsze od tego, co było lub jest. To za sprawą tego antyducha zaczęto uważać, że historia Kościoła zaczyna się od Soboru Watykańskiego II jako swoistego punktu zerowego”. Przy innej okazji stwierdził, że „jeżeli istnieje jakiś <duch Soboru>, to z całą pewnością jest to duch zły”.

Rozwijając tę myśl zauważamy, że jak Duch Prawdy to Duch Chrystusa, tak antyduch to po prostu duch antychrysta. Skoro jest antychryst, to istnieje też jego antyduch. W radykalnych środowiskach chrześcijańskich, zarówno tradycjonalistów katolickich, jak i fundamentalistów protestanckich, popularne są dywagacje kto będzie, lub nawet już kto jest Antychrystem. [W tym miejscu stanowczo pragnę oświadczyć wszem, wobec i każdemu z osobna, iż według mnie nie jest, nie może być i nigdy nie będzie nim żaden papież. Amen.] Tymczasem o wiele ważniejsze zawsze jest to, co dzieje się w rzeczywistości duchowej. Należy przede wszystkim rozpoznawać przejawy obecności ducha antychrysta, niż ekscytować się zewnętrznymi sensacjami i roszadami personalnymi.

Tę korektę dał nam przecież już św. Jan Apostoł, gdy ostrzegał: Dzieci, jest już ostatnia godzina, i tak, jak słyszeliście, Antychryst nadchodzi, bo oto teraz właśnie pojawiło się wielu Antychrystów; stąd poznajemy, że już jest ostatnia godzina. Wyszli oni z nas, lecz nie byli z nas; bo gdyby byli naszego ducha, pozostaliby z nami; a to stało się po to, aby wyszło na jaw, że nie wszyscy są naszego ducha (1 J 2, 18-19). Jest to więc kwestia zawsze aktualna, a ważniejsze od tropienia tej jednej osoby, jest odróżnianie prawego ducha, czyli wpływu Ducha Świętego, od ducha antychrysta, który może się manifestować w wielu osobach pozornie będących wpierw we wspólnocie z chrześcijanami.

Zdaniem emerytowanego papieża, antyduch, czyli duch Soboru, czyli duch antychrysta, pojawił się już w czasie obrad Soboru Watykańskiego II, a w późniejszych latach sprawił, iż księża i biskupi starali się być mu wierni, zasadniczo poprzez zmianę sposobu rozumienia, przeżywania i sprawowania liturgii, z teocentrycznej na antropocentryczną. W przytaczanym artykule z tamtej epoki, Benedykt XVI wchodził w głąb tego kluczowego dla obecnej sytuacji problemu:

"Dotąd nie dotknęliśmy jednak samej istoty zagadnienia. Wszystko, co zostało powiedziane, wynika z nadania grupie pierwszeństwa przed Kościołem. […] W liturgii grupowej przekracza się ponownie, zupełnie celowo, granice określonej przestrzennie wspólnoty: w oparciu o liturgiczną formę i jej muzykę tworzy się nową solidarność, poprzez którą ma powstać nowy lud, określający się wprawdzie mianem ludu Bożego, ale przez słowo Bóg rozumiejący samego siebie i w nim urzeczywistnione, historyczne energie. […] Przeprowadzili oni swoje dzieło tak gruntownie i wywarli silny wpływ na świadomość, zauważalny nawet tam, gdzie ludzie zupełnie nie zdają sobie sprawy z jego źródła”.

Teraz wróćmy do fundamentu Pisma Świętego. W kluczowym fragmencie dla tego zagadnienia, w Drugim Liście do Tesaloniczan, św. Paweł Apostoł naucza na temat pojawienia się Antychrysta przed Paruzją:

W sprawie przyjścia Pana naszego Jezusa Chrystusa i naszego zgromadzenia się wokół Niego, prosimy was, bracia, abyście się nie dali zbyt łatwo zachwiać w waszym rozumieniu ani zastraszyć bądź przez ducha, bądź przez mowę, bądź przez list, rzekomo od nas pochodzący, jakoby już nastawał dzień Pański. Niech was w żaden sposób nikt nie zwodzi, bo [dzień ten nie nadejdzie], dopóki nie przyjdzie najpierw odstępstwo i nie objawi się człowiek grzechu, syn zatracenia, który się sprzeciwia i wynosi ponad wszystko, co nazywa się Bogiem lub tym, co odbiera cześć, tak że zasiądzie w świątyni Boga dowodząc, że sam jest Bogiem (2 Tes 2, 1-4).

Zainteresowani tematem Antychrysta zwykle przyjmują utartą interpretację, że człowiek grzechu, syn zatracenia, który zasiądzie w świątyni Boga, dowodząc, że sam jest Bogiem, to będzie jakiś konkretny światowy przywódca, który może wręcz fizycznie zasiądzie w odbudowanej świątyni jerozolimskiej. Czy na pewno to jednoznacznie wynika z listu św. Pawła? Zacznijmy od tego, iż od czasu Paschy Jezusa Chrystusa, świątynią Boga nie jest i nie będzie ta budowla w Jerozolimie (zob. J 4, 21), bo jest nią po pierwsze: Jego Zmartwychwstałe Ciało (zob. J 2, 19-21), po drugie: Jego Ciało -  Kościół Chrystusowy (zob. 1 Kor 3, 9; 1 P 2, 5), po trzecie: chrześcijanin (zob. 1 Kor 3, 16-19), jego ciało (1 Kor 6, 19), dusza i duch (zob. J 4, 23-24).

Człowiek grzechu, który dowodzi, że sam jest bogiem i wynosi się ponad wszystko, na masową skalę już objawił się w XX wieku, poprzez laicyzację, ateizm, materializm praktyczny, pychę tego życia itp. Człowiek ten, w znaczeniu ogólnym, a nie jakiejś konkretnej postaci, już wszedł do świątyni Bożej, czyli Kościoła, jako wspólnoty oraz umysłów wiernych, fizycznie, mentalnie i duchowo poprzez antropocentryzm, który odcisnął swe piętno na nowej teologii i liturgii, zwłaszcza w latach 60. tego stulecia, o czym przecież powiedział w 1972 roku papież bł. Paweł VI w słynnych słowach o dymie szatana, który przeniknął przez jakąś szczelinę do świątyni Bożej.

Skoro istotniejsze jest działanie ducha antychrysta, niż jakiegoś człowieka, przyjrzyjmy się jeszcze omawianemu wersetowi. Przyznam się, że od lat, wchodząc do któregoś nowego, bądź gruntownie przerobionego (to znaczy zdewastowanego) kościoła, przychodzi mi czasami na myśl ten fragment Pisma. Tam, gdzie był, lub powinien być tron dla Chrystusa Króla, na najwyższym miejscu, pośrodku, ponad nowym ołtarzem, znajduje się tron dla człowieka. Jest to chyba najbardziej widoczny wyraz antropocentryzmu w kościołach, związany integralnie z celebracją „twarzą do ludu”, czyli versus populum. Co bardzo istotne, owo łacińskie versus nie oznacza tylko fizycznego zwrócenia, ale nade wszystko istotowe skierowanie wewnętrzne. Dlatego kierunek „ku ludowi” jest rzeczywistym przeciwieństwem zwrócenia „ku Bogu”, czyli versus Deum.

Tę duchową istotę problemu kierunku celebracji podkreślił właśnie kard. Sarah, prefekt Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów: "Drodzy bracia, powinniśmy wsłuchiwać się w lament Boga, który przemawia do nas słowami proroka Jeremiasza: do Mnie zaś obracają się plecami, a nie twarzą (Jer 2,27). Odwróćmy się znów twarzą do Boga!” - zaapelował.



Z owego odwrócenia ołtarza i narzucenia „wspólnotowości celebracji”, czyli zwrócenia się ludzi ku sobie samym, zarówno duchowo, jak i przestrzennie wynikła dewastacja wnętrz kościołów. Masowy obłęd obrazoburstwa, który miał miejsce w Kościele katolickim na przełomie lat 60/70. XX wieku, głównie w niektórych krajach zachodnich, również był manifestacją ducha antychrysta, o czym pisałem w poprzednim tekście. Bowiem nowa teologia antropocentryczna wycisnęła swe piętno na tysiącach kościołów katolickich, z których wyrzucono niezliczone obrazy i figury, a zwłaszcza główne ołtarze.

W nowo wybudowanych kościołach nierzadko wręcz zionie ohyda ziejąca pustką, o której mówi prorok Daniel, zalegająca miejsce święte - kto czyta, niech rozumie - co świadczy, że zbliża się czas (por. Dn 9, 27; Mt 24, 15). Tu i ówdzie owa pustka duchowa „przysłaniana” jest jakimiś szpetnymi wytworami „sztuki nowoczesnej”. Nie tylko kapłan, ale cała „uczestnicząca wspólnota” siłą rzeczy odwróciła się mentalnie od przestrzeni świątyni, tworząc postulowany, teoretyczny, a w niektórych małych grupach faktyczny krąg, zwrócony ku sobie nawzajem, jakby na przekór liturgicznemu wezwaniu: „Zwróćmy się ku Panu!”

Co gorsza, zamrożony ten stan rzekomej „nowości” liturgii (taka nowa to ona już nie jest, była wytworem swojej epoki, banalnym produktem chwili, jak skwitował kard. Ratzinger, o czym szeroko pisałem w tekście „Duszewność w liturgii i teologii”), jest od początku zażarcie broniony jak świętość. Francis Frangipane, amerykański teolog życia duchowego i demonolog zauważył: „Możesz odnaleźć antychrysta w kościołach, które są pełne czci wobec swojej martwoty. Atmosfera w takich miejscach nie jest wypełniona świętością, ale nicością. Jest ona w swojej istocie taka sama jak atmosfera domu pogrzebowego. Antychryst usiądzie na ludziach, stwarzając atmosferę chłodu, która dosłownie wypełnia budynek kościoła”. Taka atmosfera właśnie sprawia, że niektórzy usiłują ją „ożywić” na sposób ludzki, co czasem pogłębia antropocentryzm, a zatem nie wypełnia duchowej pustki, dając chwilową satysfakcję z jej „urozmaicenia”.

"W ten sposób – pisał dalej kard. Józef Ratzinger w cytowanym artykule – dotarliśmy do puntu posiadającego ogromne znaczenie dla sztuki. Liturgia grupy nie jest bowiem kosmiczna; opiera się przecież na autonomii grupy. Nie posiada historii […] nawet jeśli przy tym posługuje się historycznymi rekwizytami. Liturgia grupy nie zna wreszcie tajemnicy, gdyż wszystko jest w niej z góry wyjaśnione i musi być objaśniane. Dlatego też rozwój i uczestnictwo są jej tak samo obce jak posłuszeństwo, w którym objawia się sens większy od tego, który da się objaśnić. W miejsce tych wszystkich wymiarów pojawia się natomiast kreatywność, poprzez którą pragnie się wyrazić autonomię człowieka niezależnego, kreatywność, która chciałaby być realizacją autonomii i emancypacji, staje się dokładnym przeciwieństwem jakiegokolwiek uczestnictwa. […]

W ten sposób się okazuje, że ludzka kreatywność [w sferze religii określana czasem jako duszewność], która chce być przyjęciem i uczestnictwem, jest w swej istocie bezsensowna i nieprawdziwa, ponieważ człowiek dopiero przez przyjęcie i udział może w ogóle być sobą. Ludzka kreatywność jest ucieczką z conditio humana, a więc jest nieprawdą. Nieprawda zaś powoduje rozkład kulturalny, bo wraz z utratą wiary w Boga trzeba też zaprzeczyć naturalnemu rozsądkowi”.

A zatem, podsumowując niniejszy tekst, pozostaje nam odpowiedzieć na wezwanie: „W górę serca!” nie tylko słowami, ale sercem: „Wznosimy je do Pana!”. Odrzucić antropocentryzm, który przez jakąś szczelinę wszedł do Kościoła i powrócić do prawdziwie wspólnej dla kapłana, ministrantów i wiernych celebracji „twarzą do Boga”. Przecież uczy nas Pismo Święte: Wy natomiast przystąpiliście do góry Syjon, do miasta Boga żyjącego, Jeruzalem niebieskiego, do niezliczonej liczby aniołów, na uroczyste zebranie, do Kościoła pierworodnych, którzy są zapisani w niebiosach, do Boga, który sądzi wszystkich, do duchów sprawiedliwych, które już doszły do celu, do Pośrednika Nowego Testamentu - Jezusa, do pokropienia krwią, która przemawia mocniej niż [krew] Abla. Strzeżcie się, abyście nie stawiali oporu Temu, który do was przemawia (Hbr 12, 22-25). "Uważam, że to bardzo ważny krok, aby zapewnić, że podczas celebracji Mszy świętej to Bóg jest najważniejszy" - powiedział kard. Sarah.

11 czerwca 2016

Nabożeństwo Uwielbienia w Tradycji Kościoła


Króluj nam Chryste!

W sobotni wieczór, od pierwszych wieków, chrześcijanie gromadzili się w kościołach, aby wznosić do Boga psalmy i hymny pochwalne, podobnie w niedzielę o świcie, a następnie o zachodzie słońca, gdy zapalano światła, na lucernarium, w późniejszych wiekach rozszerzone w nieszpory. Te ostatnie niemal zaniknęły po tym, jak papież Pius XII wprowadził w latach 50. Msze wieczorne.

Msza święta nie stanowi wszakże całości nieustannej ofiary składanej Bogu przez Kościół. W świątyni jerozolimskiej składano ofiarę z baranków i ofiarę kadzenia. Kościół składa Bogu nieustanną ofiarę uwielbienia, która wznosi się do tronu Boga jak dym kadzidła (zob. Ps 141/140, 2; Ap 8, 3-4) poprzez Liturgię Godzin. Jest ona chrześcijańską kontynuacją psalmodii świątynnej i synagogalnej, którą też praktykował sam Pan Jezus. Św. Paweł polecał, aby przemawiać w psalmach, hymnach, pieśniach pełnych Ducha, pod wpływem łaski śpiewając Bogu w waszych sercach (por. Ef 5, 19).


Adoracja Baranka Mistycznego, Hubert i Jan van Eyck


W 112 roku Pliniusz Młodszy, rzymski gubernator Bitynii, pisał o chrześcijanach, w sprawie których przeprowadzał śledztwo: „Mieli zwyczaj w określonym dniu o świcie zbierać się i śpiewać na przemian pieśni ku czci Chrystusa jako Boga [...]. Po tych obrzędach zazwyczaj rozchodzili się i znowu zbierali, aby spożyć wspólny i niewinny posiłek”. Ów „niewinny posiłek” to nie tyle agape, co przede wszystkim Eucharystia (to przecież jest ofiara czysta, hostia immaculata).

Przez wieki chrześcijanie na Wschodzie i Zachodzie modlili się rano i wieczór. Modlitwy poranne: laudes (chwalba), utrenia oraz wieczorne: nieszpory od vespere, weczeria. Przed świętami odprawiano wielkie powieczerze, wielikie powieczerie, zawierające nieszpory i godziny nocne; jak również wigilie (czuwania) czyli matutinum (jutrznia – obecnie jutrznią nazywa się dawną chwalbę, zaś dawna jutrznia to znacznie uproszczona godzina czytań, uniezależniona od pory dnia.

Jak twierdził Józef Jungmann, jeden z najwybitniejszych liturgistów XX wieku, w pierwszych stuleciach śpiew psalmów był modlitwą ludu, prowadzoną przez wiernych i poprzedzał właściwą liturgię, dopiero pod jego koniec wchodziło duchowieństwo, a liturgia oficjalna zaczynała się od czytań biblijnych. Podstawowy schemat liturgiczny wówczas, to: Pismo, śpiew, modlitwa.

Pierwsi pustelnicy, z IV i V wieku odmawiali w ciągu doby cały Psałterz. Mnisi w V i VI stuleciu rozłożyli go na tydzień, z dodaniem kantyków (pieśni biblijnych), a później hymnów, tworzonych przez wieki. Zgodnie ze słowami Psalmisty, siedem razy na dzień [i] pośród nocy, wstawałem, podzielono je na siedem tzw. godzin oraz modlitwę nocną. Część psalmów powtarzała się, np. codziennie rano śpiewano trzy ostatnie psalmy, zgodnie z wielowiekową tradycją starotestamentalną, zaś w ciągu dnia odmawiano najdłuższy Psalm 119/118, podzielony na 9 części.

Łącznie duchowni odmawiali, lub śpiewali codziennie co najmniej 35 psalmów, nie licząc hymnów i kantyków z dodaniem modlitw, czytań z Biblii i fragmentów tekstów Ojców Kościoła. Zajmowało to około dwóch godzin, a w chórze znacznie dłużej. Tak było przez około tysiąc czterysta lat. W celach podróży, w XII wieku stworzono podręczną formę, ze skróconymi czytaniami biblijnymi, zwaną Brewiarzem (łac. Breviarium, od brevis – krótki). 

W roku 1911 papież św. Pius X zmienił układ i znacznie skrócił psalmodię, likwidując większość powtórzeń, przy zachowaniu teoretycznej zasady odmawiania wszystkich psalmów w tygodniu chociaż raz (Historię zmian Liturgii Godzin opisuje Paweł Mielcarek w artykule „Od psałterza pełnego do psałterza łatwiejszego” w nrze 47/2012 „Christianitas”). W 1971 roku wprowadzono inny brewiarz, w którym psalmy rozłożone są na cztery tygodnie, a łączna liczba odmawianych w ciągu dnia psalmów i kantyków wynosi zwykle tylko 12, nie licząc gradualnych w ciągu dnia, zwykle tylko trzech. Można się „uwinąć” z ich odmówieniem łącznie w ciągu około 40 minut. Według badań z początku lat 90. w USA, pastorzy protestanccy poświęcają dziennie na modlitwę przeciętnie tylko 22 minuty. 

Najdłuższym i najbogatszym nabożeństwem uwielbienia w rzymskim obrządku, była niedzielna jutrznia + chwalba (łac. matutinum cum laudes). Składało się ono, do 1911 roku, łącznie z 18 + 8 palmów (w święta było 9 + 8 psalmów), dwu hymnów i kilku kantyków, 9 + 1 czytań, kilku z Biblii i kilku z nauczań Ojców Kościoła oraz modlitw. Śpiewano ją w kościołach klasztornych wieczorem, podczas nocnego czuwania, lub o świcie. Pełny śpiew mógł trwać od półtorej do dwóch godzin. Wschodnia utrenia (chwalba) zawiera 10 psalmów i 9 pieśni z czytaniem i modlitwami, śpiewana przed Mszą niedzielną zajmuje przeszło godzinę, a w sobotę wieczorem, trochę krótsza weczeria (nieszpory). W zachodnim obrządku w niedzielę po południu były nieszpory z pięcioma psalmami, hymnem i kantykiem w języku narodowym oraz kazaniem, lecz zostały niemalże wyrugowane przez Msze wieczorne wprowadzone w latach 50.

Współczesne niedzielne nabożeństwo protestanckie, składające się z „uwielbienia” (ang. worship), czyli około godzinnego śpiewu pieśni opartych zwykle na motywach psalmów i kantyków (klasyczne hymny protestanckie zarzucono) oraz długiego, czasem godzinnego, nauczania opartego na Biblii jest odpowiednikiem tych właśnie, tradycyjnych katolickich nabożeństw, które w zasadzie zaniknęły. Pieśni są czasem przeplatane wezwaniami modlitewnymi prowadzących śpiew, co odpowiada tradycyjnym antyfonom pomiędzy pojedynczymi, lub kilku psalmami. Obecna jutrznia i nieszpory, są streszczeniem nabożeństwa Uwielbienia: hymn, psalmy i pieśń, czytanie biblijne, responsorium i kantyk, modlitwy wstawiennicze, modlitwa końcowa i błogosławieństwo.


Lakewood Church pastora Joela Osteena w Houston


Jest zatem jasne, iż nabożeństwo Uwielbienia, wywodzące się z Liturgii Godzin, nie zastępuje Mszy świętej, a Msza nie zastępuje Uwielbienia. Są to dwie komplementarne części nieustannej modlitwy i ofiary Kościoła składanej Bogu. Również chybione jest ich scalanie w jedno, co w praktyce oznacza „oprawę” i dodanie do Mszy kilku „uwielbieniowych” pieśni przez grupę charyzmatyczną oraz dłuższe kazanie. Obecnie Kościół katolicki zabrania przecież nakładania na Mszę św. jakichkolwiek innych nabożeństw, co kiedyś było częste. Również posługa modlitewna związana z Mszami o uzdrowienie musi odbywać się po skończeniu liturgii.

Właściwym rozwiązaniem byłoby przywrócenie do kościołów katolickich niedzielnego, lub wieczornego sobotniego Uwielbienia, już bardziej jednak współczesnego, czyli opartego także na pieśniach, wobec zniesienia dawnej formy. Zresztą wierni zawsze mogli praktykować własne tego typu nabożeństwa (różne godzinki), oparte jedynie na schemacie brewiarza. Niegdyś sami gromadzili się też na śpiewanie pieśni i litanii. Do połowy XX wieku w parafialnych kościołach niedzielne nabożeństwo poranne przed Mszą, składało się z Godzinek, Różańca i różnych litanii.

W latach 60. pojawiły się postulaty, aby zmieniana wówczas Liturgia Godzin, zamiast otrzymać nową, „jedynie słuszną” sztywną formę dla duchownych, była bardziej naturalnym, wspólnotowym nabożeństwem wiernych i znalazła swoje stałe miejsce w tygodniowej praktyce parafialnej. Pisał o tym, na łamach Międzynarodowego Przeglądu Teologicznego Consilium w 1970 roku, irlandzki liturgista ks. David Power. Tak się jednak nie stało, pomimo nadania jej nazwy „codzienna modlitwa Ludu Bożego”. Charakter wspólnotowego śpiewu zachowała tylko w zakonach, jeszcze bardziej niedostępna dla ludu, z powodu rzadszego odprawiania jej w kościele.

Tę pustkę zaczęły wypełniać spotkania powstających wówczas grup Odnowy w Duchu Świętym i podobnych, odbywane zazwyczaj w salkach parafialnych, czasami w kościołach, przy większej liczbie uczestników, co w Krakowie i Warszawie i Gdańsku miało miejsce już na przełomie lat 70. i 80. Niestety, źle rozumiane „podporządkowanie liturgii” oraz lęk przed „protestantyzacją” sprawiają, że w Polsce charyzmatyczne grupy katolickie obecnie rzadko prowadzą pełne Uwielbienie (nazywane niestety ostatnio "Koncertami Uwielbienia" - koncert to nie modlitwa, ale występ artystów), lecz są ograniczane do „robienia oprawy Mszy”, co niektórzy wierni odczuwają nawet słusznie, jako nie na miejscu.

Siłą rzeczy ci, którzy pragną takiego nabożeństwa, zwłaszcza w Dniu Pańskim, „idą do protestantów”, często najpierw bez intencji przynależności. Wtórnie stanowi to „argument” przeciw takim formom. Jednak nie wszystkim katolikom wystarcza 45 minutowa Msza w niedzielę rano; a potem co, mają iść do hipermarketu, czy oglądać telewizję? Przecież najlepsze, co można robić, to dalej czcić Boga wspólnym śpiewem, słuchaniem nauczania i modlitwami, choćby i kilka godzin. Rozwój katolickich wspólnot, prowadzących Uwielbienie z posługą w sobotę wieczór i w niedzielę, byłby najlepszym rozwiązaniem.

Z drugiej strony, u protestantów jedynym szczątkiem Mszy św. pozostaje zbiórka dziesięciny na zakończenie nabożeństwa niedzielnego. Symboliczna „Wieczerza Pańska”, ograniczona w charyzmatycznych denominacjach tylko do przeczytania z Ewangelii słów ustanowienia i podzielenia się chlebem i winem, odbywa się raz w miesiącu. Jest to zresztą zgodne z pewnym, kilkuwiekowym zwyczajem katolickim, bowiem stowarzyszenia wiernych mają swoją Mszę „wspólnotową” także raz na miesiąc. Najważniejszą rzeczą jest przyjęcie bogactwa autentycznej katolickiej liturgii obrządków zachodnich i wschodnich. Chybione byłoby natomiast przekonywanie do praktykowania tradycyjnych protestanckich nabożeństw, zewnętrznie przypominających Mszę katolicką, od których masowo odeszli.


Wtórną rzeczą są kwestie dotyczące formy różnych nabożeństw, np. rodzaju pieśni, tak bardzo przykuwające uwagę niektórych ludzi i rozpalające emocje. Od kilkunastu wieków "śpiewem własnym" Kościoła jest chorał gregoriański, którego styl zmienił się jednakże znacząco na Zachodzie w średniowieczu. Współcześni obrońcy „tradycyjnego chorału” w rzeczywistości kultywują sztuczny sposób śpiewu, chorałowe novus ordo, sfabrykowane pod koniec XIX wieku w opactwie benedyktyńskim w Solesmes (Francja), zrywające z wielowiekową tradycją wykonania kościelnego (Ten mało znany problem opisuje Bartosz Izbicki w artykule „Grać Straussa jak w Wiedniu, śpiewać chorał jak w Rzymie” w nrze 47/2012 „Christianitas”). 

W średniowieczu był arcybiskup, który przeciwstawiał się organom w kościołach, gdyż zgodnie z dawniejszą tradycją, tylko ludzki śpiew był stosowny (tak jest do dziś we wschodnich obrządkach). Inni oburzali się wówczas na wprowadzanie pieśni w językach ludowych (czyli wulgarnych). Obecnie wierni przywiązani do tradycji łacińskiej nie akceptują użycia gitary w czasie liturgii, chociaż ksiądz na początku każdej (z wyjątkiem żałobnej) Mszy św. w klasycznym rzymskim obrządku mówi słowa Psalmu 42/41: confitebor Tibi in cithara Deus, Deus meus, co można przetłumaczyć jako „będę Cię wysławiał na gitarze Boże, mój Boże”. W Polsce nie wolno nawet na współczesnej Mszy używać trąbki, jako „instrumentu świeckiego”. W Niemczech, Austrii i Szwajcarii rozbrzmiewa ona podczas Mszy trydenckich odprawianych w Bractwie św. Piusa X, najbardziej broniącym integralności tradycyjnej liturgii. 

„Tradycyjny brewiarz”, odmawiany przez księży tradycjonalistów, wprowadzono jako obowiązujący dopiero w 1913 roku i stanowi on brewiarzowe novus ordo, będące zerwaniem z rzeczywiście tradycyjnym układem Liturgii Godzin, istniejącym od V-VI wieku, a w części od czasów biblijnych. Nabożeństwa katolickie, które teraz nazywa się „tradycyjnymi”, jak: majowe, czerwcowe, październikowe, wprowadzono powszechnie w kościołach dopiero w drugiej połowie XIX wieku.

„Tradycyjne”, „poważne” pieśni kościelne sprzed stu lat, tak pielęgnowane teraz przez tradycjonalistów i przeciwstawiane w ostatnich dziesięcioleciach „oazowym” piosenkom przy gitarze, podczas gdy powstawały, były uważane przez niektórych ówczesnych wierzących za prostackie, „rodem z operetki”, w porównaniu z wyrafinowanymi wykonaniami chóralnymi z orkiestrą, mszy Bacha czy Mozarta, gdzie np. śpiew „Chwała na wysokości Bogu” trwał 20 minut (stąd wziął się zwyczaj siadania przez celebransów i ministrantów po cichym odmówieniu Gloria).

Takie klasyczne, „uroczyste wykonania”, oparte na wielokrotnym powtarzaniu i modulowaniu tych samych wersów, wyrazów, czy nawet głosek, głównie „e” „a” i „o”, jak w chorale gregoriańskim, wielominutowe „bawienie się” graduałem, Kyrie, czy Gloria, jako żywo powraca spontanicznie na współczesnych nabożeństwach uwielbieniowych, zwłaszcza w improwizacjach charyzmatycznych „liderów uwielbienia”, przeplatanych glosolalią. 

Ciekawostką jest, że niektórzy tradycjonaliści katoliccy lubiący melizmaty (bądź wmawiający sobie, że lubią; graduał dla części z nich jest po prostu nudny), równocześnie są wyjątkowo przeciwni jubilacji w darze języków, chociaż jest ona jeszcze bardziej „tradycyjna”, czyli starsza, gdyż praktykowana była w kościołach do VIII wieku i z niej, jak niektórzy badacze twierdzą, wywodzą się spisane w następnych wiekach chorałowe ozdobniki. 

Współczesny ruch charyzmatyczny, zarówno katolicki, jak i protestancki, na przekór czterem wiekom protestanckiej tradycji, dąży do bliskości z Bogiem, także odczuwalnej i wyrażanej na sposób ludzki. Konserwatyści, zarówno protestanccy, jak i katoliccy widzą w tym tylko „emocje”. Oburzają się, gorszą, lekceważą, lub kpią. Współczesne pieśni tego nurtu, od kilkudziesięciu lat, wyrażają często potrzebę doświadczenia miłości Bożej. Jeżeli jest to banalne, czy wręcz gorszące, jak twierdzą krytycy, to co powiedzieć o słowach Oblubienicy i Oblubieńca w Pieśni nad pieśniami? Co powiemy o pamiętnikach świętych, np. św. Teresy od Dzieciątka Jezus, św. Małgorzaty Marii Alacoque, czy św. Faustyny? A co o miłosnych poematach św. Jana od Krzyża, Doktora Kościoła z czasów zaraz po Soborze Trydenckim?

Współczesne pieśni pentakostalne są przeciwieństwem dawnych protestanckich hymnów, śpiewanych w zborach zapewne wszystkich denominacji przez kilkaset lat. To Luter wprowadził do pieśni kościelnych marszowy rytm, w katolickim śpiewie go nie było. Być może stanowiło to też wpływ „germańskiego ducha”. Jeszcze bardziej istotna jest treść części z nich. Jawi się tam obraz Pana groźnego i nienawidzącego grzeszników, a śpiewający proszą, by tych wstrętnych bezbożników wreszcie ukarał (w przeciwieństwie do „słodkich” i wzruszających tradycyjnych katolickich pieśni dla ludu). Protestancka doktryna kalwińska i luterańska ukazana jest w powieściowych i filmowych obrazach, pokazujących ascetyczne nabożeństwa, na których srogo wyglądający mężczyźni i kobiety odśpiewują poważne hymny, stojąc z jeszcze bardziej „poważnymi” minami, po czym groźny pastor straszy w kazaniu piekłem. 

To właśnie, od XVI do połowy XX wieku, był „protestantyzm”. Jeden z głównych pastorów charyzmatycznych w Polsce opowiadał, że gdy ponad dwadzieścia lat temu, gość zaproszony do jego zboru modlił się do Boga naturalnie, jak do Ojca, on zgorszył się tym i upomniał go: „Bracie, my się tu tak z Bogiem nie spoufalamy!”. Tymczasem teraz, jak na ironię, dla części katolickich tradycjonalistów, którzy powinni najlepiej znać historię Kościoła, „odnowowe piosenki”, to przejaw „protestantyzacji” (jest to jeden z najbardziej absurdalnych zarzutów, jakie wypowiada się bezmyślnie pod adresem ruchu charyzmatycznego, co wynika z nieznajomości doktryny i liturgii reformacyjnej).


Na zakończenie jednak kilka słów krytycznych o współczesnej muzyce religijnej:

Istnieje kilka powodów, dla których należy się jej przeciwstawić. Po pierwsze jest zbyt nowa. Po drugie często ma charakter świecki, a nawet bluźnierczy. Nowa muzyka chrześcijańska nie jest tak przyjemna, jak styl który się już przyjął, a ponieważ skomponowano zbyt wiele nowych pieśni, nie można się ich wszystkich nauczyć. Kładzie się też przesadny nacisk na muzykę instrumentalną zamiast na przekazywanie pobożnych treści. Owa muzyka wprowadza zamęt, sprawiając że ludzie zachowują się nieprzyzwoicie i chaotycznie. Poprzednie pokolenia dobrze sobie radziły bez niej. Jej celem jest tylko zarabianie pieniędzy, zaś niektórzy z jej muzycznych parweniuszy są zmysłowi i rozwiąźli”.

To o współczesnych charyzmatykach?

Nie! - To pisał w roku 1723 o wielkiej muzyce i hymnodii XVIII-wiecznej pewien zgorszony tradycjonalista.



31 maja 2016

Duszewność w liturgii i teologii

Króluj nam Chryste!

W Kościele współczesnym, istotny jest, zawsze istniejący, problem duszewności, czyli uważania aktywności naturalnych władz duszy (umysłu, woli i uczuć) za życie duchowe. Został on zdefiniowany i omówiony w poprzednim poście:
Warto teraz zwrócić uwagę na kilka konkretnych jej przejawów, zwłaszcza w postaci intelektualizmu (czyli nadmiernego akcentowania przyrodzonego intelektu w życiu wiary). Uwięźnięcie w umyśle w okresie nowożytnym spowodowało poważne zmiany w religii. Upraszczano doktryny z braku zrozumienia duchowego sensu różnych spraw, np. form sakramentalnych, nabożeństw, roli Maryi i świętych. Przejawem tego procesu stała się najpierw reformacja. Mentalna ciasnota „reformatorów” wyraziła się najsilniej w nadużywaniu słowa „tylko”: „tylko Biblia”, „tylko łaska”, „tylko wiara”, „tylko Chrystus”, „tylko Bogu chwała”, ignorując wieloaspektowość i subtelność duchowych zagadnień. Duszewna umysłowość (intelektualizm) odcisnęła swe piętno na „poprawianiu” po ludzku Kościoła i liturgii, uproszczonej i okrojonej wpierw u protestantów, a czterysta lat później w Kościele katolickim.
Zresztą, tak podczas reformacji, jak w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku czynili to tacy sami ludzie: środowisko religijnych „intelektualistów”. Benedykt XVI, jeszcze jako kardynał, napisał: „spostrzegłem, że pewnego typu <kontestacje> niektórych teologów są typową cechą umysłowości bogatego mieszczaństwa Zachodu. Rzeczywistość Kościoła konkretnego, Kościoła jako pokornego Ludu Bożego, jest całkowicie różna od tego co sobie roją w pewnego typu laboratoriach, w których destyluje się utopię” („Raport o stanie wiary”).
I podobnie także o odrzuceniu wielowiekowej tradycyjnej egzegezy i zastąpieniu jej niby „naukowymi” spekulacjami: „W rezultacie, tego typu bibliści budują swoje sądy opierając się jedynie na własnej wizji świata, a nie na autorytecie Biblii. Mówią oni jako szczególnego rodzaju filozofowie, czy socjologowie, a ich filozofia zawiera wyłącznie banały” („Raport”).
Zaś o zmianie liturgii: „To, co stało się po soborze było czymś całkowicie odmiennym [niż dotychczas]. W miejsce liturgii, będącej owocem nieprzerwanego rozwoju, przyszła liturgia sfabrykowana. Odrzuciliśmy organiczny, żywy proces wzrostu i wielowiekowego rozwoju i zastąpiliśmy go – jak to się ma w procesie produkcyjnym – fabrykacją, banalnym produktem chwili” (Przedmowa do książki jednego z najwybitniejszych liturgistów XX wieku, Klausa Gambera, „Zwróćmy się ku Panu!”).
Tracąc z oczu istotę, jaką jest duchowa łączność duszy z Bogiem obecnym w liturgii, a widząc tylko to, co dostępne dla naturalnego umysłu, zmysłów i woli, zmieniono też rozumienie „aktywnego uczestnictwa”. Podstawą stała się literalna zrozumiałość: stąd upraszczanie tekstów oraz języki narodowe i to jeszcze w wersji kolokwialnej, jak w anglojęzycznych tłumaczeniach Mszału z lat 70. Nachalna dostępność dla zmysłów: stąd „potrzeba” odprawiania „twarzą do ludu”, poprzeczne i okrągłe kościoły, by „wszyscy mogli widzieć”, obowiązkowe mikrofony oraz głośniki ze wszystkich stron. Wreszcie „czynna” rola świeckich, polegająca na spełnianiu rozmaitych funkcji, a to czytania, a to komentarze, przynoszenie darów itp., lub chociaż głośne odmawianie, aby zaspokoić pragnienie aktywności. Nie chodzi tu o odrzucanie tłumaczeń i zdobyczy techniki, ani o podważanie wartości tych czynności liturgicznych, ale o powierzchowne motywacje części osób domagających się udziału w ich spełnianiu.
Wbrew takim motywacjom pisał też kard. Józef Ratzinger, wspominając jednego z najwybitniejszych liturgistów XX wieku, Romano Guardiniego: „W liturgii nie chodzi o to żeby działać, ale o to, żeby być. Idea głosząca, że powszechna aktywność stanowi centralną wartość liturgii, jest radykalnym przeciwieństwem koncepcji reprezentowanej przez Guardiniego. W rzeczywistości ogólna aktywność wszystkich nie tylko nie jest podstawową wartością liturgii, ale w ogóle nie przedstawia żadnej wartości” („Kościół-Ekumenizm-Polityka”).
W „Raporcie” zaś precyzował: „Actuosa participatio [z łac. aktywne uczestnictwo] to był przenajświętszy pomysł, jego interpretacje posoborowe całkowicie go zawęziły. Powstało bowiem wrażenie, że uczestnictwo aktywne to tylko aktywność zewnętrzna potwierdzana słowami, wypowiedziami, śpiewem, kazaniami, czytaniami, ściskaniem rąk. Zapomniano, iż sobór za actuosa participatio uważał także milczenie, które pozwala na uczestnictwo naprawdę głębokie, osobiste, z uważnym słuchaniem Słowa Bożego”.
Wielką muzykę sakralną odrzucono w imię uczestnictwa aktywnego, ale czyż to uczestnictwo nie może znaczyć także percepcji przez ducha i przez zmysły? Czy rzeczywiście nie ma niczego aktywnego w słuchaniu, intuicyjnym pojmowaniu, wzruszeniu? Czyż nie umniejsza się właśnie roli człowieka, każąc mu uczestniczyć w liturgii jedynie za pomocą słów? Przecież wiemy, że to co w nas racjonalne, świadome, pojawia się na powierzchni i jest jedynie wierzchołkiem góry, w porównaniu z naszą całością”.
Ten, kto nigdy w życiu nie uczestniczył w cichej Mszy w klasycznej formie obrządku, zapewne nawet nie jest w stanie sobie wyobrazić o co chodzi w duchowym „byciu” na liturgii. A jest to uczestnictwo naprawdę aktywne, jeżeli się ma otwarte serce i ducha zwróconego ku świętej Bożej Obecności. Wówczas także na duszę oddziałuje duchowa rzeczywistość, uobecniana podczas liturgii. Mentalna indoktrynacja zewnętrznością jest jednak tak silna, że nawet ludzie od lat uczestniczący w Mszach trydenckich, przez całą liturgię wertują mszalik, aby czytać tłumaczenia, zaś inni śledzą poprawność rytuału (czasem wyłapując potknięcia celebransów i ministrantów).
Problem ten dotyczy także uczestniczących w nabożeństwach protestanckich i katolickich „charyzmatycznych”. Chodzi bowiem właśnie nie o taką, czy inną formę, ale o to, czy uczestnik zwrócony jest głównie ku zewnętrznej otoczce, lub swej osobie, czy ku Chrystusowi. Jak naucza jeden z przywódców „trzeciej fali” w Polsce, Andrzej Stepanow: „Uwielbienie (granie i śpiewanie pieśni) to tylko otoczka, okrywająca Bożą Obecność i to w nią trzeba wejść”. Warto zauważyć, iż obecnie w licznych wspólnotach tego nurtu dostrzega się istotną wartość, już nie tylko w aktywnym „uwielbieniu”, ale i w tzw. „trwaniu w Bożej Obecności”, czyli milczącej adoracji.
Wielu jednak wciąż skupia się zbytnio na zewnętrznej stronie i aktywności. W związku z tym problemem przestrzegał kilka lat temu w Warszawie hinduski kaznodzieja protestancki Gideon Jacob: „Lider muzyczny może uwielbiać swoją gitarę, a nie Pana Boga”. Emerytowany dziś papież jeszcze mocniej: „Opowieść o złotym cielcu jest ostrzeżeniem przed samowolnym i samolubnym kultem, w którym ostatecznie nie chodzi o Boga, lecz o to, by z tego, co własne, stworzyć sobie mały, alternatywny świat. W takim wypadku liturgia rzeczywiście staje się pustą grą lub, co gorsza, może prowadzić do odejścia od Boga żywego, który skrywa się za sakralną zasłoną” („Duch Liturgii”).
Wierni wyedukowani w tym całym kontekście duchowym (a raczej nieduchowym) XX-wiecznej europejskiej teologii, stanowiącej późne pokłosie reformacji, oświeceniowego racjonalizmu oraz scjentyzmu, mają znaczne trudności w otwarciu się na duchową rzeczywistość, na prawdziwe spotkanie ze Słowem, zarówno w Piśmie Świętym jak i w liturgii, czy modlitwie osobistej i wspólnotowej. Jedynie intelektualne przyjmowanie go, nie uczy duszy ludzkiej wychodzenia ze zranionej naturalności, ku życiu duchowemu.


Sytuację tę pogarsza jeszcze tzw. „nowa teologia”, która w drugiej połowie lat sześćdziesiątych przyjęła doktrynę pochodzenia kalwińskiego, negującą w ogóle istnienie w człowieku nieśmiertelnej duszy (w pełnym sensie, to znaczy i ducha). Jako pierwszy, przez pewien czas, głosił to Luter, stwierdzając: „Umieszczam nieśmiertelność duszy w liczbie artykułów zmyślonych przez papieży i wyciągniętych ze śmietnika dekretów rzymskich”. W związku z tym zmarli mieli „spać bez czucia”, a dopiero po zmartwychwstaniu ciała żyć wiecznie. Ta doktryna dostała się do nurtu kalwińskiego i była akceptowana w niektórych jego odłamach, a potem przez adwentystów i jehowitów.
Od czasów reformacji do początku XX wieku, ogół protestantów stopniowo odszedł od tej fałszywej doktryny, akceptując istnienie nieśmiertelnej duchowej duszy, sądu i życia wiecznego zaraz po śmierci oraz wskrzeszenia ciał na końcu świata, tak jak głosił zawsze katolicyzm. Po pierwszej wojnie światowej powrócił do starej reformacyjnej doktryny kalwiński pastor i teolog Karl Barth. Jego znaczny wpływ na protestantyzm i katolicyzm w XX wieku stanowi osobne zagadnienie, w tym kontekście jest istotne, iż to on właśnie oraz luterański teolog Oscar Cullman, rozpowszechnili teorię, jakoby pojęcie duszy (i w ogóle dualizmu duchowo-cielesnego w człowieku) jest „wytworem filozofii greckiej”, zaś słowo „dusza” występujące Piśmie Świętym ponad pięćset razy, oznacza tam tyle, co „życie”, lub „całego człowieka”. Znacząco zmieniło to w Europie sposób rozumienia Biblii.
Pogląd taki współgrał z odrzuceniem klasycznej filozofii bytu, której częścią jest właśnie nauka o złożonej duchowo-fizycznej naturze człowieka, na rzecz filozofii egzystencjalistycznej. Jego pokłosiem w katolicyzmie po 1969 roku jest usunięcie słowa „dusza” w wielu oficjalnych modlitwach, zwłaszcza w obrzędach pogrzebu i wprowadzenie próśb o „wskrzeszenie ciał” oraz wyraźny zanik nauczania o duszy w „nowej teologii”, a nawet codziennej praktyce duszpasterskiej. Wciąż też można usłyszeć o potrzebie „oczyszczenia” teologii i biblistyki z pojęć i poglądów „greckich”.
Na początku lat siedemdziesiątych XX wieku, na styku kalwińsko-katolickim przedostała się do Kościoła jeszcze inna fałszywa doktryna - „zmartwychwstania w śmierci”, która starała się pogodzić negację duchowej duszy w człowieku z biblijną prawdą o życiu zaraz po śmierci. Wedle doktryny tej, człowiek w momencie śmierci „zmartwychwstaje” od razu w rzekomo „duchowym ciele” (może raczej rzec „eterycznym”), a zatem prawdziwego, fizycznego zmartwychwstania nigdy nie będzie. I ta doktryna również została rozpropagowana wśród katolików na Zachodzie przez zwolenników „nowej teologii”. Wówczas przeciwstawiał się jej jako teolog ks. bp Józef Ratzinger.
Równocześnie zignorowano cenne poselstwo służebnicy Bożej m. Pauli Zofii Tajber (1890-1963), polskiej zakonnicy, która z polecenia Bożego opracowała zgodne z Nowym Testamentem nauczanie o odnowieniu i uświęceniu dusz ludzkich poprzez zjednoczenie z Najświętszą Duszą Jezusa. Głosiła ona: "W Duszy Jezusa jest uzdrowienie naszych dusz". 
Skoro jednak człowiek „duszy nie ma”, to nie ma też czego uzdrawiać, odnawiać i uświęcać. Jeżeli „nie ma ducha”, którego można oddzielić, a nawet przeciwstawić ciału, to czym rozsądzać i pojmować Pismo? - tylko naturalnym, cielesnym intelektem. W ten sposób te nowe teorie protestanckiego pochodzenia utrudniły wielu chrześcijanom, zwłaszcza w Europie, duchowy rozwój, paradoksalnie utwierdzając ich w duszewności, czym przeszkodziły im w pełnej i głębokiej recepcji Słowa Bożego. Wyrzucając ze swej doktryny pojęcie duszy, „nowa teologia” stała się jeszcze bardziej duszewna.
Nieuchronną konsekwencją takiej doktryny jest błędne utożsamienie ducha z umysłem, choć św. Paweł wyraźnie je rozgranicza: będę się modlił duchem, ale będę się też modlił i umysłem (1 Kor 14, 15). Zwolennicy takiego utożsamienia, choć nie stawiający tego koniecznie wprost, istnieli zawsze, od starożytności, czego przejawem jest wieloznaczność łacińskiego słowa mens i greckiego nous tłumaczonego i rozumianego jako umysł, ale też duch, dusza i serce. Stopniowo, od IV wieku, w teologii pneuma została zastąpiona tym zaczerpniętym z filozofii umysłem”: w trójpodziale obok duszy i ciała (na Wschodzie), a w dwójpodziale jako najwyższą częścią, lub wręcz istotą duszy ludzkiej, będącej przede wszystkim „rozumną, lub „umysłową” (na Zachodzie).Umysł” więc, a nie „duch”, stał się głównym miejscem kontaktu z Bogiem. Ojcowie Kościoła i inni znaczący teologowie chrześcijańscy dokonali tego zabiegu może m. in. po to, aby uniknąć biblijnej dwuznaczności: Duch [Święty] - duch [ludzki] (alfabety starożytne miały tylko wielkie litery). Także aniołów nazwano „czystymi (tj. samymi) umysłami”, w sensieczystymi duchami”.
Wraz z upływem wieków i rozszerzaniem się intelektualizmu zapominano, iż nous/mens został w chrześcijaństwie ekwiwalentem osobowego ducha, a nie rozumu, lub intelektu, jako jednej z władz duszy. Ponieważ nous/mens w dziełach dawnych teologów tłumaczy się na polski jako umysł, a słowo to (od „myśleć”) zwykle, jak i w Biblii, jest synonimem rozumu i intelektu (choć filozofia rozróżnia te pojęcia), można źle rozumieć to, co oni pisali raczej o duchu ludzkim, niż o samej władzy myślenia i utwierdzać się w intelektualizmie.
Przy takim błędnym podejściu dusza rozumna ma czerpać życie z umysłu, a więc z samej siebie, sprawiając duszewność, czyli z drzewa poznania, zamiast być duszą żyjącą, a więc czerpać życie z ducha ożywiającego, a przezeń od Boga, czyli z drzewa życia. Zastąpienie biblijnej duszy duchowej filozoficzną duszą rozumną wywarło wpływ na różne obszary teologii. Wykluczono na przykład możliwość zbawienia przez wiarę osób „nieużywających rozumu”, na przykład dzieci zmarłych bez chrztu. Ta ostatnia kwestia (ostatnia zarazem w „Sumie Teologicznej” św. Tomasza z Akwinu) pozostaje najbardziej rażącym przejawem zejścia na manowce teologii intelektualistycznej, ale to odrębne zagadnienie.

Zbawienie dzieci zmarłych bez chrztu